Michał Płociński: Europejska rozgrywka PiS

aktualizacja: 16.03.2017, 17:52
Foto: PAP, Radek Pietruszka

Prawo i Sprawiedliwość gra na czarny scenariusz przyszłości Unii Europejskiej. Rząd tworzy własną narrację wydarzeń, które dopiero mają nastąpić – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

REDAKCJA POLECA

Obozowi rządzącemu w Polsce nie zależy na rozpadzie Unii. Wbrew życzeniowemu myśleniu tych, którzy bardzo chcieliby widzieć w PiS partię antyunijną i antyzachodnią, rzeczywista polityka europejska Prawa i Sprawiedliwości pokazuje, że Jarosław Kaczyński ma dość spójną wizję dalszej integracji europejskiej i miejsca Polski w UE (raczej mocna pozycja Polski w silnej Unii niż silna Polska na obrzeżach słabej). Można oczywiście zarzucać mu, że wielokrotnie tę pozycję z niezrozumiałych przyczyn sam osłabiał lub kosztem polskich interesów rozgrywał w Brukseli potyczki z krajowego podwórka, ale nie to, że gra na rozpad Unii.

Demonstracja bezsilności

Prezes PiS starał się do tej wizji przekonać Angelę Merkel podczas niedawnych spotkań (nieoficjalnie wiemy, że odbyły się co najmniej dwa). Kaczyński namawiał kanclerz Niemiec do zmiany traktatów unijnych, zwiększenia roli Rady Europejskiej kosztem zmniejszenia wpływów Komisji. Lider Prawa i Sprawiedliwości miał oburzać się na odchodzenie od traktatów ku centralizacji. Jednak na zachodnich salonach królują pomysły zgoła przeciwne. Niedawno w Wersalu przywódcy Francji, Hiszpanii, Niemiec i Włoch debatowali nad Unią dwóch prędkości i dużo większą centralizacją, na razie bez zmiany zapisów traktatowych.

W poniedziałek Kaczyński określił niedawny szczyt UE mianem „czarnego czwartku". Powiedział, że w walce o Europę dwóch prędkości „padły pierwsze strzały". Koncepcję tę nazwał „końcem Unii w dzisiejszym tego słowa znaczeniu". Tyle że to, co działo się w Brukseli, było jedynie dramatycznym przedstawieniem odegranym na potrzebę dziennikarzy z całego świata. Spektakl z Saryusz-Wolskim i Tuskiem był tylko pokłosiem tego, co w unijnych kuluarach zostało przesądzone już wcześniej. Trudno więc mówić o „ostrzegawczych strzałach". Takie padły już bowiem na początku stycznia, a trzy dni przed „czarnym czwartkiem" w Wersalu mieliśmy już do czynienia z egzekucją. I Unii, jaką znamy, i wizji Kaczyńskiego. W Brukseli widzieliśmy jedynie, odpaloną przez Beatę Szydło, flarę ratunkową.

Ciąg zdarzeń rozpoczął się 12 stycznia w Parlamencie Europejskim, gdy były premier Włoch Mario Monti, kierujący międzyinstytucjonalną grupą wysokiego szczebla ds. zasobów własnych (tzw. Grupa Montiego), przedstawił pomysł reformy unijnego budżetu, proponując m.in. wprowadzenie nowych federalnych podatków (europejskie przedsiębiorstwa zapłacą bezpośrednio do brukselskiego skarbca). W praktyce oznaczać to będzie koniec składek narodowych i żmudnych negocjacji państw członkowskich nad kształtem kolejnych unijnych budżetów. Te negocjacje to duży problem dla Brukseli, jako że państwa, przekazując dziś z budżetu narodowego składki do unijnej kasy, oczekują w zamian polityk, poprzez które środki te w jak największej części powrócą do ich krajów. Dlatego reforma oznaczać będzie koniec rozbudowanej polityki rolnej czy polityki spójności, których wielkim beneficjentem jest Polska.

Zmiany tej prawdopodobnie nie jesteśmy w stanie powstrzymać. Oczywiste jest, że taka reforma systemu finansowego nie uzyska wśród państw członkowskich wymaganej jednomyślności. Dlatego w Wersalu kraje, które chcą pójść nową drogą, ustaliły, że zrobią to bez reszty Unii. To będzie prowadzić do stworzenia nowych polityk, opartych prawdopodobnie na budżecie strefy euro. Stąd europosłowie z polskiej opozycji ostrzegają, że jeśli nie przyjmiemy szybko euro, zostaniemy poza głównym nurtem unijnych funduszy.

Prawo i Sprawiedliwość obrało jednak inną strategię. Wydaje się, że „czarny czwartek" był zamierzoną demonstracją bezsilności Polski, największego kraju tzw. nowej Unii, wobec siły politycznej europejskich potęg. Demonstracją skierowaną do wszystkich naraz: wyborców w Polsce, potencjalnych sojuszników w Europie Środkowej, a także krajów wprowadzających Europę dwóch prędkości. PiS uznało, że skoro układ na szachownicy jest wyjątkowo niekorzystny, to trzeba wywrócić stolik.

Wskazać winnego

Przekaz skierowany do wyborców jest jasny. PiS nie zamierzało brać odpowiedzialności za to, że to za jego rządów osłabi się nie tylko pozycja Polski w Unii, ale i sama Unia. Dlatego odpowiedzialność za los Polski ma ponosić „zły Zachód", który ma nas za kraj drugiej kategorii.

Po części też „zły Tusk", którego PiS tak bardzo nie chciało na stanowisku szefa RE. Tylko jeśli PiS rzeczywiście nie miało wpływu na rozwój wypadków, to nie miało również alternatywy. Miało walczyć na śmierć i życie (Nicea albo śmierć?), by i tak wrócić do Warszawy na tarczy?

Przecież lepiej, żeby to Donald Tusk pogrzebał polską pozycję w Unii, niż żeby zrobiła to Beata Szydło. Innymi słowy: lepsza spektakularna i przekonująca porażka „na niby" na brukselskim szczycie niż prawdziwa porażka po rzeczywistej walce o z góry przegraną sprawę.

Wybór Donalda Tuska na szefa RE to ciekawy spektakl, który łączy wszystkie zarzuty, jakie PiS stawia Unii: że prawdziwa polityka toczy się gdzieś na salonach (szczyt w Wersalu); że zasady są nieprzejrzyste (kandydat, którego żadne z państw nie zgłosiło); że Unia jest niedemokratyczna (głosowanie za zamkniętymi drzwiami, którego właściwie nie było, bo zapytano jedynie, czy ktoś jest przeciwko nominacji Tuska). Do tego opozycja w Polsce szybko odtrąbiła sukces, z czego trudno będzie jej się wycofać, gdy sukces ten okaże się tak właściwie porażką. Donald Tusk jako grabarz Unii raczej nie wróci do kraju na białym koniu, pomijając już fakt, że jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by polityk wrócił do swego kraju z tak ważnego stanowiska międzynarodowego i ponownie objął w nim rządy.

Opozycja powinna raczej przygotować się na taki scenariusz, na jaki szykuje się PiS. Wiele wskazuje na to, że Kaczyński ma rację. I że poświęcił pionka, by zbić Platformie królową. Odstawiając żenujący spektakl w Brukseli i blokując z całych sił Tuska, którego zablokować i tak się nie dało (a właściwie jedynie umacniając jego pozycję), PiS zjadło ciastko i ma ciastko. Donald Tusk wcześniej jako przewodniczący RE był przez wyborców w Polsce prawie niezauważony. A na pewno nie był do tej pory kojarzony z unijnymi salonami. Teraz stał się symbolem zjednoczonej przeciw Polsce Europy. A gdy UE rozpadnie się na wspólnoty dwóch prędkości, ten symbol nabierze nowego znaczenia.

POLECAMY

KOMENTARZE