Publicystyka

o. Ludwik M. Wiśniewski: Ołtarz kontra tron

archiwum prywatne
We współczesnej Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem nowym i śmiertelnie niebezpiecznym. Kłamstwo, oszczerstwo i nienawiść ubrały się w szaty religijne – pisze duchowny i publicysta.

Michał Szułdrzyński, znakomity dziennikarz, po przeczytaniu mego artykułu „Oskarżam" opublikowanego przez „Tygodnik Powszechny" postanowił początkowo „nie pastwić się" nad „emocjonalnym", „łatwym do skrytykowania tekstem", z uwagi na to, że jego autor „ma zbyt piękną kartę historyczną". Później jednak zmienił zdanie i zamieścił w redagowanym przez siebie magazynie „Plus Minus" felieton pt. „Oskarżam ojca Wiśniewskiego". Zazwyczaj przyjmuję z wdzięcznością teksty polemiczne, bo stwarzają one okazję do doprecyzowania wyrażonych myśli, a niekiedy także do wyjaśnienia nieporozumień. Dlatego na wstępie pragnę podziękować mojemu polemiście.

Kościół upolityczniony

Redaktor Szułdrzyński polemizuje ze stwierdzeniami, których nie wypowiedziałem i które są mi głęboko obce. Miałem według niego twierdzić, że „kościoły pustoszeją, dlatego że rządzi PiS", a także, że „PiS i życzliwe mu kręgi kościelne niszczą chrześcijaństwo w Polsce". Miałem napisać też, że „brak potępienia polityki partii rządzącej uważam za główną przyczynę kryzysu wiary w Polsce", a także przekonywać, „że ostatnie dane o wyludniających się kościołach to wina biskupów, którzy nie reagują na działania rządu PiS" . Wyłącznie PiS jest winien złej kondycji polskiego Kościoła, mam podobno uważać. Nie po raz pierwszy dochodzi do takiej właśnie, dziwnej, interpretacji moich słów.

Pan Szułdrzyński nawet wie, co jest źródłem tych moich, pożałowania godnych, przekonań. Pisze on: „Rozumowanie to bowiem oparte jest na pewnym nieporozumieniu, które polega na całkowitym upolitycznieniu myślenia o Kościele". Pozwolę sobie mniemać, że mój polemista w tym ostatnim zdaniu pisze o sobie, a nie o mnie. To jego myślenie o Kościele, a nie moje, jest „całkowicie upolitycznione".

Duszpasterski obowiązek

Dopóki precyzyjnie nie odróżni się polityki od metapolityki, nie ma szans na uporządkowanie problemów na linii „państwo – Kościół". Polityka, upraszczając nieco, jest sztuką zdobywania i utrzymywania władzy, rządzenia społeczeństwem. Nie jest ona ze swojej istoty „brudna", choć niekiedy taka bywa. W polityce zabiega się często o interesy partykularne, forsuje się ideologię własnej grupy czy partii, mniej dbając o prawdę, a bardziej o skuteczność. Na polityków bezustannie czyha pokusa, by „postawić na swoim", często niestety wbrew dobru obywateli. W ten sposób dochodzi niekiedy do samowoli, a nawet arogancji rządzących.

Przez całe wieki ludzie widzący te niebezpieczne „meandry" polityki usiłowali ustalić reguły wiążące wszystkie strony gry politycznej, które miałyby zapobiec nadużyciu władzy. Akcentowano nadrzędność dobra wspólnego nad partykularnymi roszczeniami. Próbowano ustalić i ustalano wartości, bez których nie można zbudować sprawiedliwego ładu społecznego. Postawiono na naczelnym miejscu godność osoby ludzkiej i jej naturalne prawa... I to jest właśnie metapolityka!

Od kiedy biorę udział w życiu publicznym, świadomie dbam, aby pozostać na płaszczyźnie metapolitycznej i nie wchodzić na płaszczyznę stricte polityczną. Było tak zarówno przed 1989 rokiem, jak i po nim. Piętnowałem wtedy i piętnuję dzisiaj łamanie ludzkich sumień, deptanie ludzkiej godności, niesprawiedliwe oskarżanie i rzucanie oszczerstw, niszczenie chrześcijaństwa i Kościoła. Zawsze jednak, i za komunizmu, i w demokracji, jestem oskarżany o politykierstwo. Powtarzam: piętnuję kłamstwa, oszczerstwa, oskarżanie innych o najcięższe zbrodnie... i uważam to za swój obowiązek duszpasterski. Nie popieram wprost żadnej formacji politycznej, świadom, że zaraza nienawiści może zapuścić korzenie w każdej partii. Ciągle jednak spotykam ludzi, którzy lepiej niż ja sam wiedzą, co myślę i do czego dążę.

Nie mogę się nadziwić, że pan Szułdrzyński – wybitny dziennikarz, znakomity pisarz, autor błyskotliwych syntez – nie dociera do meritum mojego tekstu zamieszczonego w „Tygodniku Powszechnym". Panie Redaktorze, zawsze mieliśmy w Polsce kłopoty z metapolityką. Od zawsze też szowinizm, ksenofobia, a także anty...rosyjskość-niemieckość-ukraińskość-żydowskość były naszymi zmorami. Apogeum polskiego szowinizmu było, jak wiadomo, zabójstwo prezydenta Narutowicza.

Przeciwko wrogości

Wydawałoby się zatem, że to, co obecnie przeżywamy, to nic nowego. W swoim artykule zamieszczonym w „Tygodniku Powszechnym" próbowałem pokazać, „zakrzyknąć", że mamy dziś w Polsce do czynienia ze zjawiskiem nowym i śmiertelnie niebezpiecznym. Oto kłamstwo, oszczerstwo, nienawiść ubrały się w szaty religijne! Pisałem: „Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo (...) Cóż się takiego stało? Wprowadziliśmy w naszą religijność element, który ją rozsadza: wrogość. Jesteśmy nią nie tylko zarażeni, ale przyzwyczailiśmy się do niej, stała się do pewnego stopnia wręcz naszym znakiem rozpoznawczym (...). Można więc pluć, drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie i równocześnie powoływać się na Ewangelię, stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i Kościoła...".

Po ukazaniu się mojego artykułu w „Tygodniku Powszechnym" napływają do mnie niezliczone podziękowania. Dotarły też do mnie głosy krytyczne.

W swoim tekście wskazałem na kilka miejsc, w których wrogość i nienawiść przystroiła się w religijne łachmany. Takich miejsc jest zapewne więcej. Krytykuje się mnie, a nawet rzuca gromy, ale przymyka oczy na zwykłą niegodziwość, którą piętnuję.

Artykuł „Oskarżam ojca Wiśniewskiego" jest w mojej opinii najpoważniejszym głosem krytycznym. Ale wciąż nie wiem, a chciałbym wiedzieć, o co tak naprawdę oskarża mnie redaktor Szułdrzyński.

Autor jest duszpasterzem akademickim, rekolekcjonistą, byłym działaczem opozycji antykomunistycznej

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL