Publicystyka

Polska maszyna bezpieczeństwa narracyjnego w 10 krokach

Amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson odwiedził Polskę, by we wspólnym interesie naszych dwóch krajów skrytykować budowę drugiej nitki gazociągu północnego. Tymczasem wizyta ta zostanie bardziej zapamiętana z powodu jego krytycznych słów dotyczących ustawy o IPN
EAST NEWS, Bartosz Krupa
Własne maszyny bezpieczeństwa narracyjnego mają albo państwa silne i pewne swego, albo bogate reżimy, których biura propagandy muszą pudrować wstydliwą rzeczywistość. Nasza MaBeNa ma być sprawną maszyną do budowania polskiej soft power.

MaBeNa to nie postmodernistyczne kobiece imię. MaBeNa to Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego wymyślona przez prof. Andrzeja Zybertowicza. Podobno mają ją Izraelczycy, a także inne roztropne narody na kuli ziemskiej. MaBeNa ma dawać rezonans naszego myślenia o własnej historii na cały świat. Przykładowo: można się spierać o to, ilu Polaków donosiło na Żydów w czasie II wojny światowej, i debatować, ilu poszło na karuzelę, zamiast zanosić do getta chleb, i dlaczego tak się działo. Tu zdania będą podzielone. MaBeNa ma za zadanie w takim razie pokazać przede wszystkim tych, którzy byli wzorem, i wszystkim powiedzieć jasno, że na gruncie prawnym – kluczowym dla wieloetnicznego państwa, jakim była II Rzeczpospolita – Polska zdała egzamin. Polskie legalne władze nie poszły na współpracę z Hitlerem i pozostały w 100 proc. po stronie prześladowanych Żydów.

Można oczywiście zamiast nowoczesnej broni kupić w Tel Awiwie patent na budowę polskiej MaBeNy. Gdyby patent na kopię z Izraela albo z USA – Stany także mają swoją wspaniałą opowieść o historii – był za drogi, można się na przykładzie wydarzeń ostatnich tygodni zastanowić, czy przypadkiem nie można jednak naszej MaBeNy zrobić metodą Adama Słodowego z rzeczy, których kupować nie trzeba.

Ta MaBeNa, którą projektuję, nie będzie wielkim tajnym urzędem, sądem ani nowym instytutem z wieloma etatami, ta MaBeNa będzie tania – bo oparta na relacjach różnych ludzi, którym zależy na Polsce. Lepiej stworzyć MaBeNę, niż wydawać pieniądze na firmy PR na Zachodzie. MaBeNy mają silne, pewne swego państwa, a anglojęzyczne biura propagandy otwierają bogate reżimy, które muszą pudrować rzeczywistość. Nasza MaBeNa ma być sprawną maszyną do budowania polskiej soft power. Jak ją stworzyć?

1. Będzie nam potrzebna zgoda narodowa. Zgoda na konkretną politykę informowania o państwie musi obejmować znacznie więcej niż tylko posłów i senatorów obozu rządowego. W głosowaniach poprawek do ustawy o IPN na pierwszym etapie opozycja się wstrzymywała – chyba nie do końca rozumiała potencjał problemów, jakie wiążą się z nowymi przepisami. Przedstawiciele władz nie tylko nie konsultowali z opozycją poprawek, ale też – już w Senacie – demonstracyjnie ich nie przyjmowali. Nie będzie żadnej MaBeNy, jeśli jedyną metodą polityczną utrzymywania władzy będzie pogłębianie podziału. Po prostu część obywateli w wyniku nieustannego tłumaczenia im przez przedstawicieli władz, że są do niczego, a ich praca w ostatnich dekadach była na nic, zaczyna ich głos utożsamiać z państwem. Zresztą sami przedstawiciele władzy, gdy mają kłopoty, wręcz żądają, by ich uważać za „państwo", a gdy idzie im lepiej, mają czas i serce tylko dla swoich wyborców.

2. Elity polityczne powinny mieć wspólny strategiczny cel. Dobry przykład to polityka wobec Ukrainy po 1991 roku. Czy u władzy była PO, czy PiS, czy SLD, czy UW. Efekt? Bez wielkich nakładów udało się osiągnąć największe rażenie polskiej miękkiej siły właśnie na Ukrainie. To dzisiaj jedyne państwo na świecie, w którym Polacy wzbudzają największą sympatię spośród wszystkich narodów – wyprzedziliśmy nawet Amerykanów i Niemców. Mamy przykład, że coś już się maszynie do soft power udało. Teraz tylko trzeba zbudować na tym relacje gospodarcze, kulturalne. Gdy ma się tak silne poparcie społeczne w jakimś kraju, można się mniej przejmować głosami skrajnych polityków.

W polityce wobec Ukrainy przez lata działała prawdziwa MaBeNa – wspólny polski cel. A jak wyglądało to przy okazji nowelizacji ustawy o IPN? Trzeba jasno powiedzieć, że taktycznym celem większości parlamentarnej w głosowaniu nad zmianami w tej ustawie nie było zwiększenie polskiej chwały, tylko bardzo konkretny polityczny cel: tzw. przykrycie reportażu TVN o neofaszystach i zamknięcie dyskusji na temat tego, czy i w jakim stopniu większość rządowa toleruje tego rodzaju wybryki. Poprawki były zbierane naprędce. Poprawka „ukraińska" została dorzucona przez posłów Kukiz'15 bez wiedzy IPN i jakiejkolwiek poważnej analizy. Trudno wymagać wsparcia opozycji dla pomysłów, które są niejasne. Nawet w sprawach, które ewidentnie rozwadniają problem zbrodni wojennych w czasie II wojny światowej i zrównują je wręcz z wydarzeniami takimi, jak obrabowanie poczty. Jeśli polityka historyczna będzie tylko dodatkowym orężem w walce z opozycją lub opozycji z rządem, żadnej MaBeNy nie będzie – pozostanie tylko propaganda. Rozwiązanie? Korona z głowy przedstawicielom władzy nie spadnie, jeśli przyjmą w przyszłości część poprawek opozycji – dzięki temu „wymuszą" na drugiej stronie dużo więcej solidarności. Tak działają prawdziwe MaBeNy na świecie.

3. Rozstańmy się z tzw. syndromem neokolonialnym. Budując MaBeNę, trzeba być pewnym swego. Syndrom neokolonialny jest jednym z kluczowych pojęć w prawicowych debatach nad polityką: oznacza niemożność podjęcia decyzji wbrew zagranicy. Jeśli ten syndrom istnieje, to niestety potrafi być jak alkoholizm, uzależnić także tych, którzy go z bliska obserwują. Otóż głównym argumentem za podpisaniem ustawy przez prezydenta były również głosy z zewnątrz – tyle że chodziło o niejako automatyczne poczucie, że trzeba „pokazać, co potrafimy" Amerykanom, Kanadyjczykom, Ukraińcom i Żydom. Syndrom był tak mocny, że oficjalnie tak właśnie motywowano konieczność podpisania ustawy, całkowicie ignorując niebywale liczne i w oczywisty sposób zasadne wątpliwości własnych ekspertów, całych środowisk polskich historyków, prawników itd.

4. Unikajmy gromadomyślenia. Jest ono najgorszym przeciwnikiem prawdziwej MaBeNy – to rdza na jej karoserii. Gromadomyślenie to tzw. myślenie grupowe, możemy je nazwać stadnym lub lemingozą. Następuje wtedy, gdy u członków jakiejś grupy zamiast naturalnego dystansu i krytycyzmu pojawia się skłonność do ulegania sugestii grupy, mediów itd. Ludzie wtedy gubią istotę rzeczy. Pierwszy raz od lat w dużej skali społecznej gromadomyślenie pojawiło się w Polsce po uchwaleniu poprawek do ustawy o IPN. Twitter i FB pozwalały śledzić, jak zamiast logicznych argumentów pojawia się gromadomyślenie. Oczywiście, wynikało ono z patriotyzmu i szczerej miłości do ojczyzny. Z miłością do ojczyzny jest jednak tak samo jak z miłością do dzieci. Nie wystarczy kochać, trzeba też sprawdzać i myśleć.

Najlepszy przykład gromadomyślenia w ostatnim tygodniu? Reakcja na oświadczenie Sigmara Gabriela. Niemiecki polityk powiedział, że Niemcy uznają swoje winy za to, co działo się podczas II wojny światowej. Problem w tym, że była to tyleż słuszna, ile oczywista deklaracja. Po 8 maja 1945 roku akurat Niemcy nawet przez minutę nie próbowały twierdzić inaczej. Tymczasem na polskim Twitterze oklaskom dla Gabriela nie było końca, a poważni politycy jego tweety przedstawiali jako... sukces własnej kampanii i niemal przełom w polityce Niemiec. Jestem pewien, że pod wpływem nastroju chwili w to wierzyli.

5. Nie bierzmy kurtuazyjnych gestów za sukces MaBeNy. Celem działania maszyny wymyślonej przez prof. Zybertowicza nie może być „załatwianie" dla Polski miłych słówek. Bo celem MaBeNy jest skuteczność, a nie nasza satysfakcja, poczucie, „żeśmy komuś nagadali". Miękka siła, którą wyprodukuje MaBeNa, musi się przekładać na lepsze relacje gospodarcze, nowe kontrakty itd. Znów posłużymy się przykładem Sigmara Gabriela, jednego z chyba najistotniejszych polityków niemieckich, zwolennika budowy Nord Stream 2. Jednym oczywistym tweetem zmienił opinię o sobie w Polsce. Dla porównania Rex Tillerson, amerykański sekretarz stanu, który przyjechał tydzień wcześniej do Warszawy, żeby demonstracyjnie walczyć z niekorzystnym dla Polski gazociągiem północnym, po kilku krytycznych słowach na teamt ustawy o IPN był odsądzany od czci i wiary. Wniosek dla polityków na Zachodzie? Chyba już każdy musi rozumieć, że trzeba przywozić nad Wisłę, jak pisał Parnicki w „Srebrnych orłach", drewnianego konika zamiast prawdziwego rumaka.

6. Musimy wiedzieć, jak działa świat. Anna Azari, która starała się wpływać na legislację w Polsce, chodziła zapewne do Sejmu, rozmawiała z ministrami, uśmiechała się, a jedyny błąd, jaki popełniła (ale zapewne zrobiła to świadomie, w jakimś celu, lub otrzymała taką instrukcję z Tel Awiwu), to fakt, że opowiadała publicznie o tajnikach swojej dyplomatycznej kuchni. Wrzask, jaki się podniósł w Polsce, że „nikt nam nie będzie wpływał na decyzje Sejmu", wynikał zapewne z pewnego rodzaju naiwności wielu polityków w postrzeganiu świata. Tyle że wpływanie na decyzje rządów i parlamentów to pierwsze z cichych zadań dyplomatów i pozostaje mieć nadzieję, że polscy są skuteczniejsi niż pani Azari w tej sprawie. Jeśli dyplomacie uda się wyperswadować politykom w kraju urzędowania wprowadzenie jakiegoś rozwiązania, to mamy do czynienia z sukcesem dyplomatycznym.

Przykładowo polska dyplomacja odniosła sukces, wpływając na głosowanie w Kongresie USA w sprawie rozszerzenia NATO. Gdyby zaś ktoś na poważnie robił jej z tego powodu zarzuty i twierdził, że ugodziliśmy w ten sposób w suwerenność USA, to obserwatorzy sceny politycznej turlaliby się ze śmiechu.

Dyplomaci są właśnie po to, żeby perswadować, a nie tylko ogrzewać w dłoniach koniak w eleganckich hotelowych lobbies. Lepiej, by dyplomaci perswadowali, niż gdyby w regulowanie spornych kwestii włączali się generałowie i wojska. Pozostaje mieć nadzieję, że polska dyplomacja, i to dyplomatycznymi metodami, powiedzmy językiem ostatnich dni: „pogwałci suwerenność Niemiec" w sprawie gazociągu północnego. Wniosek: nie da się na świecie niczego załatwić, jeśli MaBeNa będzie zaskoczona oczywistymi sytuacjami w politycznej przyrodzie. MaBeNy też nie powinno dziwić stanowisko Amerykanów: nam zależy przykładowo, żeby oni postawili się Kremlowi w sprawie Nord Stream, a im, żeby nie wywoływać konfliktów z Izraelem i środowiskami żydowskimi. Jeśli ktoś promuje „realistyczne podejście", to jego nauczycielem był w ostatnich dniach sekretarz Tillerson.

7. Doceńmy to, co zrobili nasi poprzednicy. Walka z posądzaniem Polski o współudział w Holokauście trwa od lat. Jak podaje portal Dzieje.pl, w okresie rządów PO, a dokładnie w latach 2008–2015, Ministerstwo Spraw Zagranicznych interweniowało w tego typu sprawach 913 razy, czyli ponad 100 razy w roku. W 2015 r. ambasady i konsulaty najczęściej interweniowały w Wielkiej Brytanii (105 przypadków), USA (35), Słowacji (17), Kanadzie (16), Niemczech (14), Izraelu (12), Danii (12) i Hiszpanii (11). Oświadczenie premiera Mateusza Morawieckiego w Markowej, że „polska polityka historyczna była całkowicie odwrócona do góry nogami; albo nieistniejąca, albo w większości całkowicie niewłaściwa", jest niesprawiedliwe. Nie wspominam już o tym, że po otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego, które odwiedziły już miliony cudzoziemców, Polska stała się wręcz fenomenem muzealnym na skalę globalną, gdzie właściwie stale powstają nowe placówki, a lwia część je odwiedzających to cudzoziemcy.

Nawet najbliżsi współpracownicy premiera brali udział w takich akcjach, także siedzący obok niego w Markowej dr Mateusz Szpytma, który przecież zorganizował praktycznie od zera Muzeum Ulmów. Polityk może powiedzieć, że od niego zaczął się świat, i nic w tym złego, ale jeśli chce skonstruować MaBeNę, nie może zapomnieć o tych którzy już nad nią pracowali. Żeby teraz wszystkich zachęcić do współpracy z MaBeNą, trzeba zamiast mówienia im, że nic nie zrobili, docenić to, co jednak udało im się zrobić.

8. Bądźmy szczerzy z partnerami. Do MaBeNy potrzeba sieci uczonych, wydawców, organizacji pozarządowych. W polskich warunkach tego rodzaju środowiska utrzymują się w dużej mierze z dotacji państwowych czy samorządowych. Jest jasne – chociaż trudne do przyjęcia, jeśli myśleć o rzeczach propaństwowo, a nie propartyjnie – dlaczego wielu z tych, którzy nie klaszczą władzy, obcięto fundusze na działalność kulturalną, dotacje na think tanki itd. Są jednak sprawy, w których nawet jeśli ktoś krytykuje sędzię Przyłębską czy poseł Pawłowicz, to na działalność za granicą powinien dostać środki. Taki „niepewny politycznie" osobnik, który jest trochę krytyczny, byłby dla mającej ambicje być sprawną MaBeNy szczególnie pożyteczny, bo wiarygodny za granicą. MaBeNa nie jest bowiem pudłem rezonansowym, w które każdy może uderzać jak w bęben. Ona wymaga doświadczonych i wiarygodnych na zewnątrz ludzi.

9. Sami coś zróbmy. Na Twitterze Maciej Gnyszka napisał: „Będąc w Niemczech parę razy, szukałem książek polskich autorów po niemiecku, by sprezentować je przyjaciołom Niemcom. Niestety, tłumaczy się chyba tylko Stasiuka, Kuczoka et cons." Pomijając Stasiuka czy Kuczoka, popularnych autorów, gwarantujących zyski, Gnyszka ma rację. Powiem więcej: nie jesteśmy też wystarczająco reprezentowani na Ukrainie ani na wielkich uniwersytetach w USA i Wielkiej Brytanii, gdzie stale kształcą się miliony członków zachodnich elit. Patrząc na budżet Fundacji Narodowej, można być pewnym, że pieniędzy to nam chyba pierwszy raz od saskich czasów nie brakuje. „Do czasu" – jak zapewne powiedziałby Leszek Balcerowicz.

Zamiast się więc po naszemu mazać, że nic nie ma i nas nie kochają i „wszystkiemu winni Niemcy", MaBeNa powinna przekazać te pieniądze ludziom, którzy nie są kojarzeni z władzą, ale znają się na produkcji i dystrybucji książek na poszczególnych rynkach. Za pieniądze nie tylko nie kupi się miłości, ale nawet nie zrobi się poważniejszej promocji państwa: liczy się doświadczenie ludzi. W produkcji filmów czy wydawaniu książek. I tu chęć szczera partyjnych działaczy nie wystarczy.

10. Unikajmy podwójnych standardów. Na Zachodzie integralność oznacza wiarygodność. Jeśli więc pouczamy Ukraińców, żeby przemyśleli swój stosunek do zbrodni na Wołyniu, naszym mocnym argumentem jest to, że potrafiliśmy potępić działania wojskowe przeciw ludności cywilnej, nie szczędząc nawet legend powojennego podziemia, takich jak słynny „Bury", któremu IPN zarzuca ludobójstwo na Białorusinach. Podwójne standardy się nie sprawdzają: jeśli teraz nie potępimy zbrodniczych czynów „swoich" w oczywistych sprawach, to nie będziemy wiarygodni w głoszeniu zasad dotyczących działań wojennych innych.

Tylko czy na tego typu MaBeNę jeszcze nas jako społeczeństwo stać?

Paweł Kowal jest historykiem, publicystą, politykiem, byłym posłem na Sejm i europosłem. W latach 2011–2014 był prezesem partii Polska Jest Najważniejsza

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL