Publicystyka

Migalski o konflikcie wokół ustawy o IPN

Fotorzepa
By zminimalizować straty związane z konfliktem wokół ustawy o IPN, musimy przestać mówić o polskim narodzie, a zacząć mówić o państwie polskim – pisze politolog.

Licytacja o to, który naród bardziej ucierpiał w II wojnie światowej, nie ma sensu. W tym sporze powinniśmy porzucić kryterium narodowe na rzecz państwowego. Jest różnica w tym, jak zachowywali się w czasie wojny Polacy, a jak państwo polskie. Państwo walczyło z nazistami od pierwszego dnia, wspomagało Żydów, utworzyło Żegotę, zabijało szmalcowników. Funkcjonariuszami tego państwa byli Jan Karski, Irena Sendler, Witold Pilecki. Państwu polskiemu nie można nic zarzucić.

A Polacy? Według różnych szacunków w pomoc Żydom zaangażowanych było od 300 tys. do miliona naszych rodaków. Od kilkudziesięciu tysięcy do 200 tys. z kolei brało udział w zabójstwach, rabunkach, donosicielstwie wobec naszych żydowskich sąsiadów. Oznacza to, że około 95 proc. Polaków była wobec ich losu... no właśnie – obojętna? Bezspornym faktem pozostaje, że w działalność prożydowską lub antyżydowską angażował się margines naszego narodu, a jego przygniatająca część pozostała bez reakcji na Holokaust.

Strona polska musi porzucić płaszczyznę debaty nad tym, jak zachowywali się Polacy, i przenieść debatę na ocenę działań państwa polskiego. W tym pierwszym przypadku na pewno poniesiemy klęskę – zawsze znajdzie się jakiś żyjący jeszcze świadek Zagłady, który prawdziwie przypomni sobie, jak jego polski gospodarz zabijał kogoś z jego rodziny lub jak musiał uciekać przed polskimi szmalcownikami. Chwaląc się Sprawiedliwymi Wśród Narodów Świata, musimy mieć świadomość, że w tysiącach liczą się także najgorsze kanalie, które były Polakami i nie wahały się zabijać i prześladować swoich żydowskich sąsiadów (nawet po wojnie).

W niedzielę byłem w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. Szczególną uwagę poświęciłem temu, jak przedstawiony jest tam nasz kraj. Z jednej strony bardzo pozytywnie – wystawę otwierają informacje o tym, że Polska była pierwszą ofiarą nazistowskich Niemiec; ofiary terroru w Bydgoszczy i innych polskich miastach jesienią 1939 są mocno wyeksponowane. Ale większość Polaków określa się jako „bystanders", czyli biernych widzów, obserwatorów, a dalej miejsce poświęca się pogromom w Kielcach, Lublinie, Sosnowcu i Krakowie (kończąc informacją, że ponad 60 tys. Żydów opuściło Polskę w 1945 roku, by udać się do... zachodnich części Niemiec). Jak widać, nasz obraz jest na tej wystawie co najmniej dwuznaczny i o ile działania państwa polskiego przynoszą nam chlubę, o tyle opis tego, jak zachowywali się Polacy – raczej wstyd.

Jeśli więc nadal polska dyplomacja posługiwać się będzie terminem „Polacy", to wojnę o pamięć o tym, co działo się w Europie w latach 1939–1945, na pewno przegramy. Szansą, być może jedyną, jest posługiwanie się terminem „państwo polskie" – wówczas mamy wszelkie narzędzia ku temu, by wyjść z tego konfliktu z niewielkimi stratami. Bo że wyjść z niego bez strat nie możemy, to już wiadomo...

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL