Publicystyka

Kleyff: Dajmy szansę Mateuszowi!

Fotorzepa, Roman Bosiacki
Całą swoją reputacją obstawiam, że Mateusz Kijowski nie jest złodziejem. Wierzę mu, że ani złotówki nie wziął z tych zakwestionowanych faktur do domu, oprócz jawnej pensji wynoszącej 2,5 tys. zł brutto za pracę bez przerwy, całymi miesiącami aż do dziś – pisze poeta i kompozytor.

Ojciec mego przyjaciela ze studiów, śp. profesor, światowej sławy chirurg „miękki" opowiadał, że całe swe mistrzostwo zawdzięczał, niestety, Hitlerowi, ponieważ w czasie II wojny światowej miał pod sobą hektar polowego szpitala i codzienny dowóz wagonami rannych i umierających. Szedł po prostu z nićmi i skalpelem, z miejscowym felczerem niosącym balon z wysokoprocentowym bimbrem do polewania ran – jedynie zszywając wnętrzności i kończyny lub je amputując, a w ostateczności nierzadko stwierdzając zgon. Zwierzył się też, że ma absolutną pewność popełniania w tym amoku – co najmniej w kilkudziesięciu procentach przypadków – błędów nie tylko w sztuce medycznej, ale i w etyce zawodowej, wybierając nie tę kolejność zabiegów lub zużywając nadmierną ilość w ogóle niezaksięgowanego bandaża i szmat, które sugerowała skala grozy napotykanych po drodze okaleczeń.

Piszę o tym, by – oczywiście metaforycznie – porównać całą sytuację do palącej się już w listopadzie 2015 roku ziemi pod polowym szpitalem leczącym skutki działań państwa, jakim był Trybunał Konstytucyjny. Dziś już nie ma ani profesora chirurga, ani tego trybunału.

Artystyczne natury

Całą swoją reputacją obstawiam, że Mateusz Kijowski nie jest złodziejem, ale nie wykluczam, że może w tamtych gorących czasach KOD powinien wydać nie 90 tysięcy złotych, bo i pół miliona mogłoby nie starczyć na uniknięcie dzisiejszej naszej frustracji. I znów trzeba przyznać rację Jackowi Żakowskiemu, który celnie spostrzega, że w normalnym społeczeństwie od razu na starcie KOD miałby parę najprzenikliwszych kancelarii adwokackich dla uchronienia go przed wszelkimi prawnymi wpadkami.

Mateusza znam nie dłużej, niż istnieje sam KOD, ale odbieram go tak jak niejednego superwykształconego informatycznie artystę dźwiękowca, albo malarza, albo poetę z założenia niezwracającego uwagi na szczegóły materialne. Możliwe, że z tych samych powodów sporo czasu przed KOD wpadł w pułapkę alimentów wyższych niż późniejsze niższe zarobki, choć – jak wiem – stara się cały czas z tych alimentów wywiązywać, na ile jest w stanie. Niemniej wierzę mu, że ani złotówki nie wziął z tych zakwestionowanych faktur do domu, oprócz jawnej pensji 2,5 tys. zł brutto za pracę bez przerwy, całymi miesiącami aż do dziś.

Moi bliscy KOD-erzy słusznie mówią, że nie po to od 25 lat uczymy się organizacji pozarządowych, żeby dziś pieniędzy tych organizacji nie traktować ze świątobliwą, księgową pieczołowitością, chociaż wspominają też, że np. Jacek Kuroń ze swą „artystyczną" naturą pewnie dziś wpadłby w bardzo podobne tarapaty, ale nie po to od 25 lat uczymy się organizacji pozarządowych, żeby... (da capo).

Twarz ruchu, twarz człowieka

Wyobraźmy też sobie, że w początkach lat 80. funkcjonują już media społecznościowe z hejtem i jadowitymi trollami, i zapytajmy sami swej bezlitosnej uczciwości, czy przetrwałby wtedy Lech Wałęsa na pozycji ikony ruchu, szczególnie po arłamowskiej fałszywce z domniemanej rozmowy z bratem. A nawet jeśli na spotkaniu z bratem rozmawiali o kasie, to czy nie mieli prawa..., a nawet jeżeli wcześniej, w 1970 r., myśląc, że jest cwańszy, niż jest, podpisał jakieś papiery, to czy dziś, poznawszy wszystkie owoce jego działań, uważamy, że w latach 80. powinien zrezygnować czy odejść; czy naprawdę uważamy, że ikonę da się tak łatwo zastąpić i że cały ruch dalej poprowadziłby pan Krzysztof Wyszkowski?

Setki tysięcy lat stadnego życia ukształtowały nas w poczuciu potrzeby, by wszelkie nasze działania zbiorowe dostawały twarz jednego człowieka; nawet te najwspółcześniejsze, wysublimowane już w systemach demokratycznych działania zawsze mają swoją twarz.

W KOR, mimo szacownego kilkunastoosobowego gremium autorytetów, tą twarzą był Jacek Kuroń, w Solidarności Lech Wałęsa, a w najbliższej mi „Gazecie Wyborczej" jest nią Adam Michnik. Probierzem współczesnej dojrzałości takich ruchów i środowisk jest to, czy te zarządy, te ich twarde rdzenie kolegialne są w stanie rządzić się demokratycznie, nie oddając nadmiaru władzy decyzyjnej w ręce „twarzy ruchu" i czy ta „twarz ruchu" jest w stanie zadowolić się tym, że jej głos w rozstrzygnięciach demokratycznych jest tylko dwa, góra trzy... no, niech będzie i cztery razy silniejszy od siły głosu każdej z innych osób głosujących, a nie np. 10 razy albo 60, albo w ogóle milion... czyli cała władza w ręce dyktatora.

Inkwizycyjne błyski

Na swój prywatny użytek nazywam ten delikatny stan demokratycznej równowagi – tajemnym koloidem przeróżnych relacji i odczynów międzyludzkiej chemii, która się danemu ruchowi przydarza lub nie; KOD się chyba jeszcze nie zdążyła przydarzyć, a już inkwizycyjne błyski z oczu Andrzeja Gwiazdy dostrzegam w dzisiejszych oczach niektórych zasłużonych skądinąd KOD-erek i KOD-erów (patrz Warmińsko-Mazurskie albo Gdańskie, albo...).

Możliwe, że za kilkaset lat po kolejnych doświadczeniach – ludzkość wykształci w sobie (jeśli tfu, tfu – przetrwa) umiejętność samorządzenia się w pełnej demokracji bezpośredniej, bez konieczności intronizowania „twarzy ruchu"; pomóc jej mogą w tym coraz wyżej skomplikowane systemy informatyczne, a może nawet coś na kształt przyszłej, elektroniczno-intuicyjnej telepatii, ale teraz mamy jedynie sytuację, w której nie ma papieru na to, że Mateusz brał dla siebie coś poza pensją, ani nie ma takiego papieru, że nie brał. Są jedynie słowa przeciw słowom i świadomość potwornego konfliktu interesów, w który wpadł na początku swego, wspólnego przecież z nami, szaleńczego biegu.

Jestem przekonany, że na jego miejscu też bym wpadł, ale wpadł on, i to na jego temat chcę dziś zadać pytanie: Szanowne Panie i Panowie KOD-erki i KOD-erzy, szczególnie ci, co od początku mieli świadomość zlecania konkretnych usług za te nieszczęsne faktury, nawet jeśli na wykonanie tych usług brak jest teraz twardych jak papier dowodów, poza realnie stworzonym w Polsce i na paru kontynentach paromilionowym ruchem! Powiedzcie mi szczerze, dlaczego od początku nie było – że gadżeciarz, że brzydko się rozwodził, że jakieś spory o działkę. Powiem wam dlaczego. Dlatego że wszystkim nam udzielił się entuzjazm współtworzenia nowego polskiego światowego wynalazku, przy którym znikły jednostkowe przywary, bo ten wynalazek to sprawa bardzo doniosła dla wszystkich chcących stać się samosterownymi – społeczeństw umęczonych polityką; bo ten wynalazek to nieuwikłana w politykę straż.

A swoją drogą w ustach najagresywniejszych dziś polityczek i polityków największą zniewagą jest (sic!) nazwać kogoś politykiem. Czy nie dowodzi to cichej nienawiści do swego zawodu?

Panie i Panowie politycy, zarzucający dziś KOD bliżej nieudowodnioną polityczność! Przyjmijcie do wiadomości, że w przyszłości KOD jeszcze i was może będzie musiał obronić właśnie dlatego, że żadnego politykierstwa nie uprawia, ponieważ nie jest i nie zamierza być żadną partią, lecz, jako się rzekło – strażą politycznego lasu, niezależnie z której strony się pali. Ale jeżeli wy sami polityczkami i politykami będąc – tak się polityką brzydzicie, to jest przecież tyle innych zawodów na „p"... np. piosenkarz albo piekarz, albo pasterz... Na szczęście polityka nie jest jeszcze żadnym patriotycznym obowiązkiem; wypiszcie się z tego biznesu, to Was opuszczą wyrzuty sumienia.

A z kolei szanowne Panie i Panowie dziennikarze nawet z tej bliskiej mi strony! Czy nawet w „Newsweeku", gdy piszecie, że Kijowski musi odejść, a w najbliższej mi z gazet codziennych dodajecie, że to dla dobra ruchu, nie robicie tego z obawy przed wejściem na ścieżkę bronienia domniemanego (nieudowodnionego przecież) przekrętu – nie czując jednocześnie, że milczycie, stojąc nad flekowanym przez rozjuszone stado, samotnym chłopakiem z sąsiedztwa.

Każda z tych sześciu rat to było 15 tys. brutto; po odjęciu legalnej pensji Mateusza (2500 zł, bynajmniej nie za ideową, 20-godzinną na dobę działalność w KOD, lecz za czystą, dodatkową, informatyczną pracę chroniącą ruch przed zmasowanymi jadowitymi atakami trolli, bo kto miał to robić, jak nie ktoś będący najbardziej w tym kierunku wyspecjalizowanym i zaufanym człowiekiem – w tych dramatycznych momentach – w pobliżu) i po odjęciu składek ZUS oraz podatku VAT – zostaje miesięcznie marne 8 tysięcy na podróże, wynajmowanie biur i inne takie niezaksięgowane w zagonieniu i oczywiście w nagannej beztrosce – wydatki.

W równie wielkich organizacjach, tyle że politycznych, np. w PiS, obsługa informatyczna idzie rocznie w miliony, a i im zdarza się antydatować w pośpiechu np. swoją minioną obecność na obradach w Sali Kolumnowej.

Wielkie niedopatrzenie, ale nie przekręt

Powtarzam: to wielkie niedopatrzenia Mateusza, ale nie przekręty i jedynie w tysiącach, a w tym samym czasie, na co dzień, świadomie i naprawdę przekręca się dużo więcej po drugiej stronie sporu – w milionach. Poznajcie proporcje, mocium Państwo, i obudźcie się, póki Wasze ręce są jeszcze – bezgrzeszne do nieprzytomności – na kołderkach; zobaczcie za to, jak radośnie z powyższych powodów swe rączki zaciera dziś pan poseł Jarosław Kaczyński z całym szacunkiem dla jego skromnej i nikomu nienarzucającej się z pazernością na osobiste stanowiska – osoby.

Są też i takie pseudoopozycyjne pisma jak „Wprost", posiadające u swych fundamentów Stefana Kisielewskiego, a w stopce bardzo zacnych felietonistów (których przez grzeczność nie wymieniam) i ten właśnie jadowity, cotygodniowy tabloid w swym ostatnim numerze gani Mateusza za to, że nie płacił alimentów z tych właśnie nieszczęsnych sześciu 15-tysięcznych faktur. No „Wprost" (bo nie „Po Prostu") majstersztyk.

Obrońmy demokrację

A z kolei, czy to wszystko razem nie jest dowodem na to, że ci, co dla świętego spokoju lub z populizmu po cichu zgadzają się na rozwalanie demokracji lub ją własnymi rękami wprost rozwalają, najbardziej boją się właśnie KOD. Obstawiam, że i trzy razy głębsze finansowo wpadki przywódców politycznych partii opozycyjnych nie spowodowałyby aż tak zmasowanych ataków, jakich doświadcza KOD. Paradoksalnie to właśnie jest dowodem na skuteczność KOD – potencjalną – jeśli się pozbiera i murem stanie wokół swojej „twarzy ruchu".

Coś musiało być na rzeczy, co od początku nas w Mateuszu uwiodło na tyle, że uznaliśmy jego wczesne wpadki za mniej ważne dla SPRAWY (choć na pewno bardzo istotne i ważne w jego życiu).

Dzisiaj nieprawdą jest, że Mateusz idzie w zaparte, bo nie chce się wycofać. Sam niniejszym mu radzę, by się nie wycofywał, bo jedynie sprawi – tym niesłusznym przyznaniem się do nieudowodnionego złodziejstwa – radość czekającym na to potknięcie ludziom atakującym Demokrację.

Obrońmy Ją jeszcze i teraz, dając Mateuszowi szansę stanięcia do uczciwych szerokich wyborów. Przecież niczego więcej on się nie domaga.

Po wojnie wspomniany na początku śp. profesor chirurg dostał najlepszą salę operacyjną w mieście; z góry świeciła mu bezcieniowa lampa, a czworo asystentek i asystentów podawało mu skalpele, nożyce i już nawleczony na sterylne igły katgut do zszywania ran. Miał już dobrze wyrobioną rękę i po paru spektakularnych, udanych operacjach zaczęli do niego zjeżdżać pacjenci z całej Europy z królami skandynawskimi włącznie. Dajmy Mateuszowi tę bezcieniową lampę, poświećmy mu na ręce i podawajmy narzędzia w postaci swej energii i pomysłów. Jestem przekonany, że po doświadczeniach mogącej właśnie zakończyć się wojny między nami już nas więcej nie zawiedzie.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL