Zmarnowana szansa PiS

aktualizacja: 14.01.2016, 00:20
Foto: Fotorzepa, Roman Bosiacki

Czy rząd Beaty Szydło rozumie, że bezpieczeństwo materialne polskich rodzin jest determinowane bezpieczeństwem polskich finansów publicznych? – pytają członkowie rządu Donalda Tuska.

REDAKCJA POLECA

Tuż przed końcem roku rząd przedstawił w Sejmie projekt ustawy budżetowej na 2016 rok. To miał być budżet dobrych zmian, wynik ciężkiej pracy rządu, a nawet całej „biało-czerwonej drużyny PiS".

I to był moment, w którym minister finansów PiS miał szansę zostać beneficjentem odpowiedzialnej polityki finansowej prowadzonej przez swoich poprzedników z PO. Niestety tę szansę zaprzepaścił, a działania konsekwentne zamienił na chaotyczne, o czym się z bólem przekona, gdy w przyszłym roku przyjdzie mu przygotować budżet na 2017 r.

Podbieranie pieniędzy

PiS zastał stabilny budżet na rok 2015 i mógł wysłać dobry sygnał do inwestorów, także do polskich przedsiębiorców, że nowy rząd będzie kontynuował odpowiedzialną politykę, w tym dojście do unijnego średniookresowego celu budżetowego, czyli deficytu na poziomie 1 proc. PKB. Taki komunikat był tym bardziej uzasadniony, że gospodarka rozwija się szybko, a nawet przyspiesza! Nie ma lepszego czasu na zmniejszanie deficytu.

PiS mógł nawet z odpowiedzialnej polityki finansowej PO zrobić swój atut polityczny i powiedzieć światu: „Może nie szanujemy prawa i konstytucji, łamiemy podstawowe standardy demokracji, ale przynajmniej jesteśmy odpowiedzialni w obszarze gospodarczym". Trudno powiedzieć, czy to by pomogło, bo przestrzeganie przez rząd zasad demokratycznego państwa prawnego jest niezwykle istotnym czynnikiem dla wszystkich podejmujących decyzje inwestycyjne. Ale miałoby jakiś sens. (Dotyczy to nie tylko wielkich międzynarodowych korporacji, ale także naszych rodzimych przedsiębiorców, dla których istotna jest nie tylko przewidywalność stanowionego prawa, ale też niezawisłość sądów).

Niestety minister finansów Prawa i Sprawiedliwości nie wykorzystał szansy na utrzymanie dobrego wizerunku, a jego niszczenie rozpoczął od zwiększenia deficytu budżetowego w roku 2015. Zamiast zamknąć rok deficytem niższym niż zaplanowany, dzięki dochodom z aukcji częstotliwości szybkiego internetu, Paweł Szałamacha podebrał 9 mld zł i przerzucił je na rok 2016.

Ten ruch był potrzebny PiS, żeby odsunąć na 2017 rok problem sfinansowania swoich populistycznych obietnic wyborczych.

A co z budżetem na rok 2016? Jaki jest efekt ciężkiej pracy „całej biało-czerwonej drużyny"? Oprócz podebranych 9 mld zł z 2015 r. mamy... dwa nowe podatki. Podatki wprowadzane z podniesionym czołem, bo PiS jest jak Janosik, co bogatym zabiera i rozdaje biednym. Problem w tym, że gdy fiskus ściągnie 7,5 mld zł z banków, ubezpieczycieli i supermarketów, one tyle samo ściągną ze swoich klientów (polskich rodzin) i małych dostawców, najczęściej polskich firm.

Podatek bankowy i od sklepów wielkopowierzchniowych to realizacja jednej z obsesji PiS, jaką jest zagraniczny kapitał. To on, przede wszystkim, miał być objęty nowymi podatkami. Niestety, plan się nie powiódł i podatek ten najbardziej uderzy w PZU i PKO Bank Polski. Dwie świetnie prosperujące polskie firmy, w których pakiety kontrolne ma Skarb Państwa, zapłacą podwójnie: raz w postaci nowego podatku, drugi raz w postaci wyższej dywidendy, którą PiS ma zamiar pobrać.

To dziwny sposób na wspieranie polskiego kapitału, bo kapitał powstaje w wyniku racjonalnej, oszczędnej polityki rządu, jego determinacji w kreowaniu długofalowego wzrostu poprzez m.in. redukcję deficytu. Taka polityka pozytywnie wpływa na oszczędności krajowe, na spadek premii za ryzyko uwzględnianej w cenie kapitału. To pozwala na szybszą akumulację kapitału w sektorze prywatnym i w całej gospodarce. A PiS robi dokładnie na odwrót: podwyższa deficyt i podnosi premię za ryzyko, a tym samym podnosi koszt inwestycji.

Oprócz wprowadzenia nowych danin minister finansów chce uszczelnić system i poprawić ściągalność podatków. Nie ma jednak żadnych nowych pomysłów poza realizacją działań przygotowanych przez poprzedni rząd, takich jak klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania czy systemy elektroniczne w administracji podatkowej. Bo raczej trudno będzie kontynuować rozpoczętą przez poprzedników edukację finansową odwołującą się do postaw propaństwowych oraz szacunku dla prawa: jak wymagać praworządności od obywateli, skoro rząd sam seryjnie łamie konstytucję? Obawiamy się, że w tych warunkach uzyskanie szumnie zapowiadanych kilkudziesięciu miliardów złotych dodatkowych dochodów z uszczelnienia systemu w krótkiej perspektywie jest po prostu niemożliwe.

Czym jest prawdziwa niezawisłość

I tu zaczyna się problem, bo nowych dochodów, które będą miały swoje źródła także w roku 2017, będzie około 9 mld zł. A nowe wydatki PiS to prawie 50 mld zł. Około 20 mld zł to program 500+, kolejne 20 mld zł – kwota wolna PIT i około 7 mld zł na wcześniejsze emerytury.

Gdzie minister finansów chce znaleźć brakujące 40 mld zł na spełnienie obietnic wyborczych? A przecież to rzekomo priorytety rządu! To nic, że ich spełnienie niesie ogromne ryzyka dla finansów publicznych. Przecież nie chodzi o to, żeby polska gospodarka była bezpieczna, nie chodzi o długofalową politykę prorodzinną. Chodzi o obietnice wyborcze, za które zapłacą wszyscy Polacy, ale dzięki którym PiS wreszcie może realizować marzenie o nieograniczonej niczym władzy. Niczym, nawet konstytucją, chociaż większości konstytucyjnej nie uzyskał.

Więc co tam problemy chińskiej giełdy, co tam wojna na Bliskim Wschodzie i jakaś trzecia fala kryzysu, o której mówią ekonomiści. Wreszcie co tam Unia Europejska i ponad 80 mld euro, które trafią do Polski, tylko jeśli utrzymamy deficyt poniżej 3 proc. PKB.

Przecież nikt nie będzie PiS mówił, co ma robić, bo polski rząd jest niezawisły. Co prawda grecki rząd też jest niezawisły, ale raczej nie on, tylko wierzyciele decydują, jak ma wyglądać system emerytalny wolnych Greków! Dlatego tak ważne jest pytanie: czy rząd Prawa i Sprawiedliwości rozumie, że prawdziwa niezależność Polski i bezpieczeństwo materialne polskich rodzin są determinowane bezpieczeństwem polskich finansów publicznych?

Jacek Rostowski jest politykiem PO, w latach 2007–2013 był ministrem finansów (w roku 2013 – wicepremierem)

Izabela Leszczyna jest posłanką PO, w latach 2013–2015 była sekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów

Zobacz także:

Co się dzieje między Polską a Niemcami?

 

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE