Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Polska w strefie euro?

Kołodko pisze o nie przyjęciu euro: strategiczny błšd

Fotorzepa, Piotr Guzik
Opłacalne dla Polski jest zastšpienie złotego wspólnš europejskš walutš - uważa Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów.

Staram się, by nie zawodziła mnie wyobraŸnia, bo pomaga ona w unikaniu nie zawsze przyjemnych zaskoczeń. Ale bywa, że jej nie starcza. Tak też było wtedy, gdy w 1996 roku jako wicepremier i minister finansów przedstawiłem rzšdowi i społeczeństwu pakiet „Euro-2006", trzeciš częœć „Strategii dla Polski" (zob. Publikacje na www.tiger.edu.pl). Pokazywał on, jak prowadzić gospodarkę, aby po dekadzie, już w roku 2006, być gotowym do przyjęcia wkrótce potem wspólnej waluty europejskiej, tego fundamentalnego spoiwa procesu integracji.

Dwie dekady temu euro jeszcze nie istniało, ale wiadomo było, że powstanie. Najwczeœniej jak było to możliwe, w roku 2007, przystšpiła doń tylko jedna gospodarka posocjalistyczna, Słowenia. Polska mogła być drugš, ale tak się nie stało. Przyznam, nie starczało mi wtedy wyobraŸni, że wczeœniej dokonajš tego poradzieckie Estonia, Łotwa i Litwa; że po 20 latach, w roku 2017, Bułgaria będzie bliżej euro niż Polska; że w Polsce nadal będš trwały deliberacje, czy w ogóle wstępować do strefy euro...

Euro a sprawa polska

To dobrze, że artykułem „Czy Polska zbawi Europę?" („Rzeczpospolita", 3.01.2017) udało się rozpętać ogólnonarodowš debatę w sprawie przystępowania Polski do euro. Na tych łamach pojawiło się kilkanaœcie ciekawych tekstów, głos zabrało wielu znaczšcych profesorów, dwu byłych ministrów i dwu wiceministrów finansów, a także – co ważne – główni ekonomiœci wpływowych organizacji przedsiębiorców i menedżerów. Pracodawcy RP, Polska Rada Biznesu i BBC jednoznacznie wypowiedzieli się za wprowadzaniem euro. Takie stanowisko zajęła też zdecydowana większoœć dyskutantów, acz żaden z nas, co jasne, nie bezwarunkowo.

Dyskusja głoœnym echem przebija się też w innych mediach i na rozmaitych forach politycznych, akademickich i społecznoœciowych. I słusznie, bo to obecnie jedna z zasadniczych kwestii, do których musimy się sensownie odnieœć. W sferze gospodarczej bodajże najważniejsza. Dlatego nic dziwnego, że wypowiedzieli się również czołowi rzšdzšcy politycy. Czy jest szansa, że zachowajš się racjonalnie? A niby dlaczego mieliby tak nie postšpić? Jeœli niektórzy z nich – także ci najbardziej wpływowi – nie majš racji, to trzeba ich skutecznie przekonać do sprawy konwergencji. Nie służy temu mentorski ton pouczania i polityczne ataki w stylu zaprezentowanym w artykułach S. Gomułki i M. Goliszewskiego (14.03.2017) czy A. Wojtyny (28.03.2017). Jeœli decydenci z najwyższej półki majš zmienić zdanie, to można to osišgnšć wyłšcznie poprzez zasianie wštpliwoœci w ich toku myœlenia. Nic nie służy temu lepiej niż dobre argumenty i spokojna, rzeczowa rozmowa. Nic nie szkodzi temu bardziej niż wymšdrzanie się wobec tych, od których decyzje zależš.

Argumenty polityczne

Być może szansa w tym, że choć częœć rzšdowej opozycji opowiada się za wprowadzeniem euro, to zarazem bardzo ona nie chce, aby dokonała tego władza Prawa i Sprawiedliwoœci, byłby to bowiem jej wiekopomny sukces. Może zatem rzšd, Sejm, Senat, NBP i prezydent zrobiš to na złoœć opozycji, a przy okazji z pożytkiem dla społeczeństwa i gospodarki?

Jarosław Kaczyński, prezes PiS-u, sšdzi, że z wprowadzeniem euro należy poczekać, aż œrednie dochody w Polsce osišgnš co najmniej 85 proc. dochodów w Niemczech. Bynajmniej nie ma takiej koniecznoœci. Więcej nawet; jeœli przystšpimy do euro, przewaga naszego tempa wzrostu nad Niemcami może się zwiększyć o dodatkowe ok. 0,5 punktu procentowego i wtedy szybciej cyferki się odwrócš. Z obecnego 58 proc. ich PKB na mieszkańca (liczšc parytetem siły nabywczej) poziom 85 proc. można by osišgnšć o pięć lat szybciej, około 2030 roku. Pozostanie poza euro ten dystans wydłuża, a nie skraca.

Mateusz Morawiecki, wicepremier-minister rozwoju i finansów, powiada, że może warto zaczekać jeszcze 10–20 lat, bo ani euro nie jest optymalnym obszarem walutowym, ani Polska nie jest jeszcze do konwersji walutowej gotowa. Pierwsza teza jest słuszna, ale to nie zmienia faktu, że euro istnieje i przebywajšc poza nim, nie możemy korzystać z pewnych możliwoœci wzmacniania procesów wzrostu i szybszego wzbogacania się. Na tym też ma polegać odpowiedzialna strategia rozwoju. Co zaœ do tezy drugiej, to jesteœmy prawie gotowi i to „prawie" można dobrš politykš za parę lat usunšć.

Adam Glapiński, prezes NBP, chyba najlepiej rozumie istotę sprawy, bo spędza na szczytach banku centralnego – a to naprawdę dobry punkt obserwacji – już ósmy rok. Tym bardziej dziwna jest jego powœcišgliwoœć odnoœnie do euro. Uzasadnione zadowolenie z kondycji własnego pienišdza nie zaprzecza szansie na jeszcze większe zadowolenie, kiedy w kraju NBP będzie miał mniej do powiedzenia, ale za to przedstawiciel Polski współkształtować będzie europejskš politykę monetarnš, zasiadajšc w zarzšdzie Europejskiego Banku Centralnego.

Ważne jest to, że Polska, wchodzšc do obszaru euro, od razu plasuje się w trzonie procesu integracji europejskiej. To postawiłoby w zupełnie innym – lepszym – œwietle całš narrację w Unii Europejskiej, praktycznie kończšc, a co najmniej zasadniczo ograniczajšc dryf w stronę Europy „kilku prędkoœci". Zwraca na to słusznie uwagę W. Małecki (26.04.2017). Skoro można być w centrum procesu, to po co skazywać się na jego peryferie? Przecież na peryferiach będzie mniej, wolniej, gorzej. Tego PiS na pewno nie chce, a dystansujšc się od euro, może się do tego przyczynić.

Argument o możliwoœci utršcenia przez Polskę kursu na Europę wielotorowš ma kolosalne znaczenie polityczne. Mężowie stanu nie mogš tego nie rozumieć, a politycy nie powinni lekceważyć, ponoszš za to bowiem bez mała historycznš odpowiedzialnoœć. Taki jest ten czas, że w warunkach nieodwracalnej globalizacji przystępowanie Polski do euro, a nawet sama deklaracja w tej sprawie, wzmocniłoby UE w konkurencji zewnętrznej, zwłaszcza z USA i Chinami. Tędy zatem droga.

Siedem argumentów ekonomicznych

Rozstrzygajšce bywajš argumenty polityczne, ale doprawdy ważniejsze sš ekonomiczne. Nie opowiadałbym się za decyzjš w tak ważnej sprawie jak zastšpienie narodowej waluty wspólnym pienišdzem europejskim, gdybym nie był przekonany o opłacalnoœci tego przedsięwzięcia. Ale też nie forsowałbym tego bez uzyskania poparcia większoœci społeczeństwa.

Choć aktualnie jest ono nastawione sceptycznie, to da się przekonać racjonalnš i konsekwentnš argumentacjš. Sięgnijmy przeto do siedmiu głównych argumentów za euro w Polsce i Polskš w euro.

1 Największa korzyœć to wyeliminowanie ryzyka walutowego w obszarze, w którym obroty rozliczane sš w euro, a to ok. 70 proc. naszego eksportu i importu. Wielu przedsiębiorców jest zdezorientowanych co do opłacalnoœci prowadzonych interesów, bo nie wie, jakie będš koszty i przychody na ich styku z zagranicš, i nie potrafi się ubezpieczyć przed płynšcym stšd ryzykiem. Takiej niepewnoœci pozbawieni sš choćby przedsiębiorcy niemieccy w kontaktach z kontrahentami hiszpańskimi czy francuscy z włoskimi.

2 Niepewnoœć przenosi się do sfery inwestycji, bo skoro nie wiadomo, co będzie opłacalne w produkcji, to i nie wiadomo, jak opłacalne okażš się projekty inwestycyjne uzależnione od współpracy z zagranicš stosujšcš euro. Nieprzewidywalnoœć zmian kursu złotego to jedna z przyczyn słabej dynamiki inwestycji, a to przecież w sposób oczywisty szkodzi wzrostowi gospodarczemu, tym bardziej że Polska, chcšc kroczyć œcieżkš ponadprzeciętnego tempa wzrostu, musi realizować strategię wzrostu cišgnionego przez eksport.

3 W ceny towarów wliczone sš koszty transakcyjne wynikajšce z wymiany złotych na euro i na odwrót przy okazji handlu i wyjazdów zagranicznych oraz transferów finansowych, w tym idšce w miliardy euro przekazy od Polaków przebywajšcych za granicš. Z tego tytułu jako konsumenci i producenci płacimy finalnie aż kilkanaœcie miliardów złotych więcej niż w alternatywnej sytuacji posiadania euro.

4 Kapitalne znaczenie przy euroizacji miałaby odczuwalna redukcja długu publicznego i obcišżajšcych nas kosztów jego obsługi. Aktywa rezerwowe Polski to równowartoœć ok. 110 miliardów euro. Wchodzšc do obszaru wspólnej waluty, trzeba racjonalnie zagospodarować te rezerwy, a nie ma lepszego sposobu niż przeznaczenie znaczšcej ich częœci – nawet 75 proc. – na spłatę częœci zadłużenia zagranicznego. Oznaczałoby to zmniejszenie długu publicznego o 17 punktów, do ok. 35 proc. PKB. ZnaleŸlibyœmy się wówczas w lepszej klasie krajów, z większym spokojem patrzšcych w przyszłoœć.

5 Długu w walutach obcych łatwo nie wykupimy, bo rentownoœci naszych obligacji sš bardzo atrakcyjne dla ich posiadaczy. Ale nawet gdyby udało się to w połowie, to i tak w krótkim okresie dług publiczny w stosunku do PKB spadłby o około 8 punktów, co miałoby istotne znaczenie. Podobnš kwotę można by przeznaczyć na specjalny fundusz narodowy, Poland's Sovereign Welfare Fund (PSWF) na podobieństwo œwietnie funkcjonujšcego funduszu w Norwegii. PSWF powinien powstać z troskš o następne pokolenie, ale można by z niego czerpać także na okreœlone strategiczne inwestycje o długim okresie zwrotu, zwłaszcza w kapitał ludzki oraz na rozwój infrastruktury niezbędnej do sprawnego funkcjonowania polskiej gospodarki i jej wysokiej konkurencyjnoœci w przyszłoœci.

6 Uruchomienie procedury konwersji walutowej byłoby jakoœciowš zmianš, która pocišgnęłaby za sobš poprawę międzynarodowej pozycji finansowej Polski i przy okazji spadek stóp procentowych. Wystarczy porównać (stan na poczštek maja 2017) stopy procentowe polskich papierów (1,53 proc. krótkookresowe, 3-miesięczne oraz 3,47 proc. dla rzšdowych obligacji 10-letnich) ze stopami dla strefy euro (odpowiednio – 0,33 i 0,34).

7 Wkraczanie Polski do euro na przełomie trzeciej dekady znakomicie służyłoby utrzymywaniu dyscypliny finansów publicznych i pożšdanych makroproporcji ekonomicznych. Rzšd skrajnie optymistycznie zakłada obniżanie deficytu budżetowego z 2,9 proc. PKB w 2017 roku do 2,5, 2,0 i 1,2 proc. odpowiednio w latach 2018, 2019 i 2020. Sšdzę, że to jest nierealistyczne w obliczu już podjętych i politycznie deklarowanych działań o istotnych konsekwencjach dla salda przychodów i wydatków publicznych. Gdybyœmy zaœ szli do euro, koniecznoœciš byłoby utrzymanie deficytu w każdym kolejnym roku poniżej 3 proc. PKB. Co ważniejsze, ta relacja, wynikajšca nie tylko z formalnych kryteriów konwergencji walutowej z Maastricht, lecz z ekonomicznego rozsšdku, sprzyjałaby zarówno równowadze gospodarki, jak i poprzez szybsze formowanie się kapitału jej dynamizacji.

Nowy pienišdz, stara konstytucja

To sš argumenty powalajšce wobec mamienia ludzi, że oto przyjezdni z zagranicy spustoszš nasze sklepy. Przecież już gdzieniegdzie przyjeżdżajš, ale swymi wydatkami nakręcajš naszš, a nie ich koniunkturę. Nie straszmy też siebie wyimaginowanymi podwyżkami cen. Tak, to się może zdarzyć, choć na minimalnš, œladowš wręcz skalę. Ale przy wymianie pienišdza zdarzać będš się także obniżki cen.

Przechodziliœmy przez coœ podobnego, gdy w roku 1995 zdenominowaliœmy złotego, skreœlajšc cztery zera. WeŸmy taki przykład. Jeœli w moim osiedlowym sklepiku płatki owsiane kosztujš 3,99 zł, to przy wymianie pienišdza w relacji 4:1 (a tego rzędu stosunek jest ekonomicznie zasadny) cena w euro powinna wynosić 0,9975 euro. Założymy się, że nie zostanie przez sprzedawczynię zaokršglona w górę do 1,00 euro, lecz w dół i wyniesie 0,99 euro, a więc mniej niż równowartoœć 3,99 złotego? Cena spadnie w tym przypadku o 0,75 proc.

Nie zmieniajmy konstytucji, zmieńmy pienišdz, a z czasem wszyscy na tym dużo lepiej wyjdziemy. Zaniechanie tego w obecnej sytuacji ekonomicznej i politycznej to byłby strategiczny błšd.

Autor, intelektualista i polityk, wykłada w Akademii Leona KoŸmińskiego. Najczęœciej na œwiecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury. W latach 1994–1997 oraz 2002–2003 wicepremier i minister finansów.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL