Cyfrowa wolność Tallina

aktualizacja: 18.07.2017, 07:09
Estonia będzie istniała, nawet jeśli jej fizyczny byt zostanie zagrożo...
Estonia będzie istniała, nawet jeśli jej fizyczny byt zostanie zagrożony.
Foto: AFP

W tajnym zakątku Luksemburga Estonia otwiera swoją pierwszą elektroniczną ambasadę.

REDAKCJA POLECA

Anna Słojewska z Tallina

W Europie istnieje kraj, który z dostępu do sieci uczynił swoją ideologię. To Estonia, najbardziej zaawansowane w Europie państwo cyfrowe. Jako pierwsza na świecie dostęp do internetu zaliczyła do katalogu praw człowieka

W tym kraju tylko trzech aktów administracyjnych nie da się załatwić przez sieć. Osobiście do urzędu trzeba się pofatygować w celu zawarcia ślubu, przeprowadzenia rozwodu lub sprzedaży domu. Papierowych rejestrów nie ma, nawet meldunek istnieje wyłącznie w internecie.

Wiara w internet

Wszyscy odwiedzający Estonię zadają to samo pytanie: dlaczego akurat tutaj? Co jest szczególnego w tym niewielkim północnym kraju, że ludzie zgodzili się na tak daleko idącą cyfrową reformę? Estończycy uważają, że niczym się nie różnią, po prostu w pewnym momencie zrozumieli, że internetowej rewolucji nie da się powstrzymać.

Ludzie tutaj wydają się jednak lepiej przygotowani na cyfrowe wyzwanie niż reszta rozwiniętego świata. Są na pierwszym miejscu w testach PISA badających 15-latków w krajach OECD. Odsetek studentów na kierunkach teleinformatycznych jest tam dwa razy większy niż średnia dla krajów rozwiniętych. Te podstawy edukacyjne wspiera duch przedsiębiorczości. Startupów w przeliczeniu na mieszkańca jest tam najwięcej w UE.

W wyborach 32 proc. obywateli oddaje głos elektronicznie. Estończycy są przekonani, że głosowanie elektroniczne ma sens, i ich wiary nie zachwiały nawet pojawiające się ostatnio podejrzenia o ingerencję hakerów w amerykańskich wyborach. Bo ich system jest wystarczająco bezpieczny od strony technicznej – zaawansowane kodowanie i elektroniczny dowód tożsamości, który posiada każdy obywatel. Ale nawet jeśli do ataku by doszło, to zasady głosowania powodują, że ewentualne oszustwa zostaną wyłapane. Jeśli ktoś wedrze się do systemu i zagłosuje za nas, to dostaniemy potwierdzenie e-mailem. W ostateczności można pojawić się w lokalu wyborczym i w ostatnich minutach jeszcze raz zagłosować. – Elektronicznych głosów mamy 32 procent i ten odsetek będzie się na pewno zwiększał. Ale możliwość zagłosowania w lokalach wyborczych zostanie utrzymana – mówi Siim Sikkut, główny informatyk kraju (dyrektor IT w estońskim rządzie).

Wirtualne przetrwanie

Ale wybory to już zaawansowany etap cyfryzacji. Nie dlatego, że trudny technicznie, ale dlatego, że wymaga zaufania. – Na pewno cyfryzacji nie można zaczynać od wyborów elektronicznych – mówi prezydent Estonii Kersti Kaljulaid. I powtarza, że podejście estońskie jest pragmatyczne: budujemy stopniowo, krok po kroku, zaczynając od spraw mniej wrażliwych. A więc na pewno nie od zdrowia, bo przekazanie do sieci pełnej informacji o naszym stanie też wymaga zaufania do bezpieczeństwa systemu.

Tallin nie jest jednak naiwny, wie, że atak hakerów, czasem motywowany politycznie, może nastąpić. Żywa tam jest jeszcze pamięć o paraliżu informatycznym z 2007 roku, którego ślady prowadziły do Rosji. Reakcją na to jest stałe techniczne doskonalenie systemu, ale przede wszystkim cyberhigiena. Korzystający z sieci muszą stale „myć ręce", czyli nie używać oczywistych i identycznych dla różnych serwisów kodów dostępów oraz nie otwierać podejrzanych wiadomości. – Atak hakerów zawsze się rozprzestrzenia w banalny sposób – mówi Siim Sikkut.

Estończycy bardziej się boją unicestwienia fizycznego niż wirtualnego. – Cyfrowa ambasada to nasze ostateczne zabezpieczenie – mówi Sikkut. Do końca roku powstanie taka pierwsza w Luksemburgu. Rządy obu krajów zawarły porozumienie, na mocy którego Luksemburg udostępni Estonii teren na zasadach eksterytorialnych, czyli tak jak funkcjonują fizyczne przedstawicielstwa. Ale zamiast dyplomatów będą tam serwery i innego rodzaju sprzęt informatyczny. Tam będzie estońska chmura. – Państwo może zostać zaatakowane, jego terytorium najechane, ale dzięki tej chmurze w Luksemburgu będzie dalej działać – mówi główny estoński informatyk.

Bałtyckie państwo będzie istnieć nawet jeśli fizycznie zostanie unicestwione.

Jak w supermarkecie

Technologie stosowane w Estonii wcale nie należą do najnowocześniejszych, a pracujący tam inżynierowie nie są lepsi niż ich koledzy w innych krajach. Wręcz przeciwnie. Żeby usługa była powszechna i pewna, potrzebna jest jakość supermarketowa. – Technologia to tylko 20 procent. Reszta to odpowiednia strategia zarządzania, przywództwo polityczne i prawo – mówi Priit Alamae, prezes firmy Nortal realizującej projekty e-rządów na całym świecie. Wszystko zaczęło się w 2000 roku, gdy ówczesny premier Martii Laar podjął decyzję o cyfryzacji administracji.

Żaden kolejny rząd tego nie podważył, ale też dla żadnego nie był to oręż polityczny, co sprawiło, że wszystkie partie mogły ten pomysł popierać. Ale Priit Alamae przyznaje, że opór administracji – nawet w kraju bez wielkich tradycji biurokratycznych – był spory. – Urzędnicy uwielbiają posiadać dane, to im daje władzę – mówi. Cyfryzacja administracji jest dla współczesnych urzędników tym, czym maszyny dla robotników fabrycznych w XIX wieku. Bali się utraty pracy z powodu automatyzacji procesów produkcyjnych, podobnie jak urzędnicy dziś obawiają się możliwości załatwienia wszystkich formalności w sieci.

W Estonii ten opór istniał, ale nie był silny. Estonia to mały i młody kraj, sprawna administracja wymagałaby zbyt dużego zatrudnienia. A to, w sytuacji starzejącego się społeczeństwa, oznaczałoby zabieranie pracowników z sektora prywatnego.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: a.slojewska@rp.pl

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE