Plus Minus

Michał Szułdrzyński: Tylko sprawne państwo gwarantuje obywatelom bezpieczeństwo

Reporter, Beata Zawrzel
Spór o nagrody ministrów jest dobrą okazją, by odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego państwa chcemy. Jakich usług ma nam dostarczać w zamian za to, że utrzymujemy je z naszych podatków? Krótko mówiąc: pora na nową umowę społeczną.

Pieniądze ministrów i partyjnych działaczy budzą olbrzymie emocje. Badacze polityki dawno już zauważyli, że do wielu obywateli przemawia wykreowany w dużym stopniu przez tabloidy stereotyp chciwych polityków, których trzeba oderwać od koryta. Z punktu widzenia funkcjonowania państwa ważniejsze jest jednak pytanie, czy chcemy, by osoby zarządzające naszym państwem były solidnie wynagradzane. To też dużo poważniejsza kwestia – jakiego państwa chcemy? I na jakie nas stać?

Odbili instytucje, na więcej energii nie starczyło

Jak pisze Rafał Matyja w swej inspirującej książce „Wyjście awaryjne", czasy PRL cechowała wyjątkowa nieufność społeczeństwa wobec państwa. Struktury administracji były zdublowane przez struktury partyjne, które miały realną władzę. Miały one państwo kontrolować i nie pozwolić mu zwrócić się przeciwko woli partii. Również po 1989 roku myślenie w kategoriach państwowotwórczych nie było najbardziej popularnym nurtem politycznym. Robert Krasowski stwierdził kiedyś, że najważniejsza próba budowy sprawnego państwa podjęta na początku lat 90. przez prezydenta Lecha Wałęsę została storpedowana przez wszystkich, którzy dostrzegali w tych wysiłkach raczej przejawy autorytarnych zapędów założyciela Solidarności niż wysiłek państwowotwórczy. Z kolei – jak twierdzi Matyja – w III Rzeczpospolitej nikt właściwie nie podjął próby reformy państwa, pomijając może dwa eksperymenty za rządów Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka.

Zapewne też dlatego lider partii rządzącej, zamiast wykorzystać spór o nagrody dla ministrów do namysłu nad państwem, zaproponował niezwykle szkodliwe dla państwa rozwiązanie – obniżenie o 20 proc. wynagrodzeń posłów, senatorów, a także redukcję wynagrodzeń prezydentów, wójtów, burmistrzów, marszałków czy starostów. Myślenie w kategoriach państwowych utrudnia też nieustanna karuzela kadrowa związana z upartyjnieniem administracji centralnej i samorządowej. Idea apolitycznej służby cywilnej była porzucana przez kolejne rządy, a podejmowane próby odpolitycznienia korpusu urzędników często były pozorne, mając na celu raczej wprowadzenie ochrony „swoich" przed zwolnieniem przez następną ekipę niż budowę sprawnego aparatu administracyjnego. Takiego, który służyłby kolejnym rządom, bez względu na ich barwy partyjne.

Po zwycięstwie w wyborach 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość pokazało, że mimo swych korzeni woli rewolucję moralną opartą na wymianie kadr niż namysł nad sprawnym państwem. Wysoka temperatura sporu politycznego sprawiała, że logika „swój-obcy" została rozciągnięta nie tylko na korpus urzędniczy, ale również na wszystkie instytucje państwowe, które były sukcesywnie „odbijane" z rąk politycznych oponentów. Po odbiciu zaś nie starczało energii na to, by zaproponować sensowne zmiany. Tak przecież było z Trybunałem Konstytucyjnym, tak było ze zdublowaną strukturą kontroli mediów publicznych. Niby miała ją przejąć Rada Mediów Narodowych, ale po wygaśnięciu kadencji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z poprzedniego nadania wciąż utrzymywana jest ta kosztowna, hybrydowa i zupełnie dysfunkcyjna konstrukcja.

Niestety, gdy okazało się, że państwo nie jest w stanie rozwiązać problemu deficytu niektórych usług publicznych, w powstałą niszę wkroczył sektor prywatny. Jeśli komuś nie podobała się oferta przedszkoli czy szkół utrzymywanych z jego podatków, przenosił dzieci do szkół prywatnych. Co ciekawe, proces ten nie zaszedł tam, gdzie potrzeba więcej pieniędzy – w przypadku kształcenia akademickiego. Choć dziś podstawówki czy licea prywatne bywają znacznie lepsze od publicznych, monopolu publicznych uniwersytetów nie udało się rozbić żadnej z prywatnych wyższych uczelni.

Podobnie miała się rzecz ze służbą zdrowia. W odpowiedzi na absurdalnie długie kolejki do lekarzy przyjmujących w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia wyrósł sektor prywatnych abonamentów medycznych. Z ich usług korzysta już dwa miliony osób. To na tyle dużo, że i tu pojawiły się problemy znane z publicznej służby zdrowia.

Bezradne państwo

Można zastępować państwo za pomocą usług prywatnych, ale tylko do pewnego stopnia, nie może przerodzić się to w stałą praktykę. Często bowiem interesy sektora prywatnego są odmienne od interesu zbiorowego i tylko sprawne państwo jest w stanie zaproponować rozwiązania zapewniające obywatelom bezpieczeństwo. Widać to choćby na przykładzie skandalu z wyciekiem danych z Facebooka czy kwestii budowy gazociągu Nord Stream 2.

Model biznesowy amerykańskiego giganta internetowego oparty jest na udostępnianiu bezpłatnej usługi w zamian za komercyjne wykorzystanie ogromu informacji, jaki zostawiamy po sobie, korzystając z niej. Zresztą to nie tylko model Facebooka, dokładnie tak samo funkcjonuje Google. Te dwa przedsiębiorstwa zdominowały rynek reklamy, przekonując firmy, że są najskuteczniejszym narzędziem docierania do ich klientów, ponieważ gromadzą ogromną wiedzę o użytkownikach swych bezpłatnych usług. Paradoksalnie, my jako użytkownicy nie jesteśmy klientami Facebooka, Twittera, Google'a czy dziesiątek tysięcy bezpłatnych aplikacji, które ludzie instalują na swoich telefonach. Klientami są reklamodawcy, użytkownicy stają się towarem na sprzedaż.

Wyciek danych milionów użytkowników Facebooka pokazuje, jak łakomym kąskiem są informacje dotyczące preferencji internautów i jak łatwo jest manipulować nie tylko wyborami konsumenckimi, ale nawet poważnymi procesami politycznymi. Problemu tego nie rozwiążą stowarzyszenia, nie rozwiążą samorządy ani miasta – jak kiedyś zapewniali teoretycy wielkich aglomeracji. To zadanie dla państwa, które jako jedyne ma możliwość obrony swoich obywateli przed czysto komercyjną logiką działania internetowych gigantów.

Również Nord Stream 2 jest tu dobrym przykładem. Nasi niemieccy partnerzy zapewniają, że to projekt nie polityczny, ale czysto komercyjny: niemiecka gospodarka potrzebuje dużo gazu, a Gazprom sprzedaje jej go po preferencyjnych cenach. W logice działania prywatnych przedsiębiorstw prywatnych wszystko się zgadza. Sęk w tym, że projekt ten będzie miał bardzo poważne skutki dla geopolitycznego bezpieczeństwa naszego regionu. I znów tylko państwa, najprawdopodobniej na drodze sojuszu, stosując choćby nacisk na instytucje takie jak Komisja Europejska, są jedynymi podmiotami, które mogą wpłynąć na przyszłość projektu.

Podaję te przykłady nie bez powodu. W przypadku Facebooka jak dotąd nasze państwo okazywało się najczęściej zupełnie bezradne. Podejmowane działania w sprawie Nord Stream 2 też nie doprowadziły jeszcze do zablokowania tego projektu. Świadczyć to może o słabości państwa.

Narodowe decyzje

Być może więc obecny spór o nagrody i obecne kryzysy są dobrą okazją do tego, by wrócić do pytania: jakiego państwa chcemy? Być może to dobry czas na to, by zastanowić się nad czymś w rodzaju umowy społecznej – określającej, jakie usługi publiczne dostarcza nam państwo w zamian za to, że utrzymujemy je z naszych podatków. Wbrew zaprzysięgłym libertarianom, którzy przekonują, że państwa powinno być jak najmniej, by nie przeszkadzać obywatelom w ich przedsiębiorczości, wiemy – obserwując warunki do przedsiębiorczości w różnych miejscach świata – że tam, gdzie nie ma sprawnego państwa, nie ma żadnych warunków do swobodnego prowadzenia interesów. Wręcz przeciwnie – biznes najlepiej funkcjonuje w tych państwach, które dają przedsiębiorczości pewne ramy prawne i regulacyjne i które są w stanie je z całą surowością wyegzekwować.

Problemem jest bowiem nie tyle katalog usług publicznych, które objęte by zostały umową społeczną, ale też ich zakres. Nie chodzi bowiem wyłącznie o to, że np. umawiamy się, że państwo oferuje usługi edukacyjne, lecz również o stwierdzenie, czemu one mają służyć. Czy edukacja ma być skutecznym narzędziem produkowania obywateli państw narodowych, jak to było do czasów Bismarcka, czy też ma produkować siłę roboczą na rynek pracy? W końcu taki model dominował w XX wieku. A może powinno nam chodzić o coś jeszcze innego.

Również sprawa usług ochrony zdrowia nie jest tak oczywista. Czy jej celem ma być tempo działania (krótkie kolejki), skuteczność leczenia, stosowanie najnowszych terapii, czy też kompleksowe zaopiekowanie się pacjentem? Tylko w świecie doskonałym, w którym nie istnieją ograniczenia finansowe, można spełnić wszystkie te cele naraz. Mając ograniczony zasób środków, trzeba któryś z tych wskaźników uznać za priorytetowy. To jednak, podobnie jak wybór modelu edukacyjnego, nie powinno być kwestią arbitralnej decyzji polityków, lecz przedmiotem społecznej, by nie powiedzieć narodowej debaty.

Dobrym kontrprzykładem, jak tego nie robić, są punktowe zmiany w reformie emerytalnej. Od czasów rządów SLD, przez częściową likwidację Otwartych Funduszy Emerytalnych przez Platformę, po podwyższenie, a potem z powrotem obniżenie wieku emerytalnego – to wszystko były decyzje o fundamentalnym znaczeniu dla funkcjonowania państwa. To na państwie spoczywa bowiem obowiązek wprowadzenia regulacji dotyczących modelu systemu emerytalnego. Są to decyzje, które będą miały poważne konsekwencje przez dziesięciolecia, nie mogą więc być przedmiotem zwykłego politycznego targu.

Być może warto więc pomyśleć o tym, by zmiana ustrojowa dotycząca świadczenia usług publicznych, była możliwa dopiero przy poparciu dwóch trzecich głosów posłów w sejmowym głosowaniu – podobnie jak w przypadku zmiany konstytucji. Wszak konsekwencje zmian w ochronie zdrowia, systemie emerytalnym czy edukacji przez długie dziesięciolecia ponosić będą bowiem wszyscy polscy obywatele, a nie tylko wyborcy aktualnych partii czy koalicji rządzących.

Technologicznie zapóźnieni

Kolejną sprawą jest budowa państwa, które jest nowoczesne. Jak zauważył wspomniany już Matyja, rozwój państwa został bardzo daleko w tyle za rozwojem technologicznym, ekonomicznym. Próbując wprowadzić regulacje dla rzeczywistości z czasu rozwoju technologicznego – jak choćby opodatkować transakcje na bitcoinach, regulować działania Ubera, okiełznać tzw. gospodarkę współdzieloną, państwo odnosi się do rzeczywistości, która znacząco różni się od warunków i sposobu funkcjonowania administracji.

Wizyta na niewyremontowanym posterunku policji lub trwająca latami saga pod tytułem budowa systemu Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, by nie wspomnieć projektu elektronicznych dowodów osobistych, pokazują, z jaką skalą zapóźnienia mamy tu do czynienia. Świetnie funkcjonujący system elektronicznej Karty Dużej Rodziny (w postaci łatwej w obsłudze aplikacji na smartfona) jest wyspą w oceanie technologicznych niedostatków. Budowa kolejnego etapu usług publicznych, zwanych przez specjalistów interoperacyjną e-administracją (w której to np. mechanizmy informatyczne oparte na nowych technologiach, choćby sztucznej inteligencji, same będą przypominały urzędnikom, którym obywatelom kończy się ważność paszportu, albo które same będą za pomocą algorytmów typować pacjentów w pewnym wieku do przeprowadzania profilaktycznych badań) to nie kaprys bogatych zachodnich społeczeństw, ale nowy standard funkcjonowania państwa usługowego wobec swych obywateli.

Stoją przed nami więc znacznie poważniejsze problemy cywilizacyjne i państwowotwórcze niż dyskusja o nagrodach dla ministrów. Pytanie, czy w obliczu takich wyzwań, jak globalne procesy migracyjne, terroryzm, konieczność okiełznania internetowych gigantów, mamy rzeczywiście wystarczająco dużo czasu, by marnować go na jałowe debaty? Jedno jest pewne: bez poważnego wysiłku, dużych nakładów, ale też mądrej debaty nie zbudujemy państwa, z którego bylibyśmy dumni. A nikt nie zrobi tego za nas.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL