Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Polityka

Rafał Matyja. Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej

Mateusz Morawiecki odmłodził rzšd, ale i tak œrednia wieku ministrów wynosi pięćdziesišt trzy lata.
Fotorzepa, Robert Gardziński
Jest coœ niezwykle symptomatycznego w nieobecnoœci w polskiej polityce ludzi należšcych do roczników wyżu demograficznego lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Zwłaszcza że najstarsi przekroczyli już czterdziestkę, a najmłodsi majš trzydzieœci parę lat.

Czy istnieje dziœ czynnik nieuwikłany w grę politycznš i zdolny do wywierania pozytywnej presji na politykę? Mam na myœli presję blokujšcš obniżanie standardów, łamanie reguł czy demagogię w debacie politycznej. Czy istnieje zatem czynnik zdolny do podtrzymywania myœlenia długofalowego, w sekwencjach przekraczajšcych horyzont kadencji? Joseph A. Schumpeter uważał, że jedynš gwarancjš dobrej jakoœci polityki jest „istnienie warstwy społecznej, która sama jest rezultatem procesu rygorystycznej selekcji i dla której rzemiosło polityczne jest czymœ oczywistym". A więc elity nieuwikłanej w rywalizację politycznš, nieaspirujšcej do zajmowania foteli w parlamencie czy obejmowania posad rzšdowych.

Dla Schumpetera – piszšcego pod wrażeniem klęski Republiki Weimarskiej w Niemczech i dobrego funkcjonowania systemu brytyjskiego – istnienie takiej warstwy jest też jednym z warunków demokracji i pozytywnej selekcji kadr w polityce. Niestety, we współczesnej Polsce ta elita pozapolityczna jest bardzo słaba. Nie dysponuje ani swoimi autorytetami, ani opiniotwórczymi tygodnikami lub miesięcznikami, które zachowywałyby przynajmniej tyle bezstronnoœci, ile trzeba, by tworzyć wspólny punkt odniesienia dla ludzi o różnych poglšdach i politycznych sympatiach. Coraz częœciej substytutem tej tradycyjnie rozumianej elity sš dziœ kręgi pytanych o opinię celebrytów i komentatorów, którzy jednak poza występami w telewizji nie majš realnych narzędzi oddziaływania na rzeczywistoœć. Ci zaœ, którzy nimi dysponujš, zwykle unikajš publicznych wypowiedzi lub kryjš się za ogólnikami.

Duża częœć tej elity jest silnie uzależniona od sektora publicznego – jako pracodawcy lub zleceniodawcy – i niechętnie wchodzi w konflikty, które mogš kosztować jš wiele w wymiarze materialnym. Ta ekonomiczna zależnoœć jest w znacznej mierze przyczynš jej biernoœci lub zależnoœci politycznej, tworzšc przy okazji nowy specyficzny etos sukcesu zawodowego, osišganego kosztem obywatelskiej abdykacji. Zmiana tej postawy w obecnym układzie społecznym i instytucjonalnym wydaje się niemożliwa. Œrodowiska te nie odegrajš decydujšcej roli w poszukiwaniu wyjœcia z dzisiejszej sytuacji.

Motorem zmian mogš zatem stać się jedynie dwa procesy – wymiany pokoleniowej i stworzenia nowego, już niezakorzenionego w tradycyjnie rozumianych elitach społecznych, otoczenia patrzšcego na ręce politykom. Pierwszy z tych procesów jest nieuchronny, drugi – bioršc pod uwagę realia społeczne i ekonomiczne – niezwykle trudny.

Nieobecne pokolenie

Ostatniš dekadę cechuje spowolnienie zmian pokoleniowych w polityce. Mimo że zjawisko to występuje we wszystkich partiach oraz w częœci samorzšdów i innych instytucji sektora publicznego, rzadko jest dostrzegane, a jeszcze rzadziej komentowane, poza spektakularnymi momentami, jak triumfalny powrót Leszka Millera na fotel przewodniczšcego SLD. Powodem, dla którego pomija się tę kwestię, mogš być obawy o to, że już samo jej postawienie uruchomi zmianę pokoleniowš nie tylko w polityce, ale także w innych obszarach życia publicznego. A to oznacza, że ci, którzy stali się beneficjentami przełomu 1989 roku i w bardzo młodym wieku zajęli stanowiska posłów, ministrów, burmistrzów czy prezesów, będš musieli ustšpić miejsca młodszym.

Na razie jednak nic takiego się nie dzieje. Przeciwnie – mamy do czynienia z wyraŸnš dominacjš pięćdziesięcio- i szeœćdziesięciolatków oraz bardzo skromnš obecnoœciš polityków przed czterdziestkš. Tę blokadę widać jak na dłoni w Sejmie, gdzie œrednia wieku posłów liczona bezpoœrednio po wyborach wzrosła od przełomowego roku 2005 o ponad trzy lata i była najwyższa w całej III Rzeczypospolitej; widać jš także w Parlamencie Europejskim, gdzie posłowie z Polski tworzš jednš z najstarszych grup narodowych, a PO jest rekordzistkš wœród reprezentowanych w PE dużych partii (liczšcych więcej niż dziesięciu posłów). Œrednia wieku parlamentarzystów z Polski jest o niemal dziewięć lat wyższa niż w poprzedniej kadencji, a jedynym spoœród pięćdziesięcioosobowej reprezentacji polskiej posłem przed czterdziestkš był w chwili wyboru Jarosław Wałęsa.

Co więcej, zmiana, do której doszło w 2015 roku, nie miała charakteru pokoleniowego, inaczej niż w przypadku pierwszego okresu rzšdów Prawa i Sprawiedliwoœci w latach 2005–2007. Œrednia wieku w funkcjonujšcym wówczas rzšdzie Kazimierza Marcinkiewicza była niższa od œredniej gabinetu Beaty Szydło o prawie cztery lata. W przypadku działajšcego w latach 2006–2007 rzšdu Jarosława Kaczyńskiego różnica ta jest większa i wynosi blisko szeœć lat. Mało tego, œrednia wieku utworzonego pod koniec 2017 roku rzšdu Mateusza Morawieckiego była rekordowa w skali całej III Rzeczypospolitej i przekracza pięćdziesišt szeœć lat (po rekonstrukcji zaœ spadła do poziomu pięćdziesięciu trzech lat). Była o prawie dziesięć lat wyższa od œredniej najmłodszego po 1989 roku – drugiego rzšdu Tuska, powołanego w 2011 roku. W tamtym gabinecie znalazło się zresztš kilkoro polityków przed czterdziestkš: Jacek Cichocki (ukończył czterdzieœci lat miesišc po objęciu urzędu), Sławomir Nowak, Mateusz Szczurek, Rafał Trzaskowski, Joanna Mucha czy Władysław Kosiniak-Kamysz.

Do takiej zmiany powinno było dojœć już na poczštku obecnego stulecia, zwłaszcza po wyborach w 2005 roku, kiedy pierwsze roczniki wyżu demograficznego – urodzone w połowie lat siedemdziesištych – weszły w dorosłe życie, skończyły studia, podjęły pracę i zaczęły zakładać rodziny. Z pewnoœciš byli to wówczas ludzie zbyt młodzi, by myœleć o samodzielnej polityce. ZnaleŸli natomiast sporo miejsca w drugim i trzecim szeregu PO czy PiS, a nawet – jak się okazało najwięcej – w PSL. Zdominowali Ligę Polskich Rodzin, jednak jej porażka w 2007 roku zakończyła większoœć tych karier.

Dlaczego sprawa jest tak istotna? Gdyby szukać dekady, w której rodziło się w Polsce najwięcej dzieci, to przypada ona na lata 1976–1985. W każdym jej roku przychodziło na œwiat ponad szeœćset pięćdziesišt tysięcy mieszkańców, ze szczytowym rokiem 1983, w którym urodziło się ponad siedemset dwadzieœcia trzy tysišce dzieci. Dla porównania, ostatnie lata przynoszš około trzysta siedemdziesišt, trzysta osiemdziesišt tysięcy urodzeń. Jest zatem coœ niezwykle symptomatycznego w nieobecnoœci ludzi należšcych do roczników wyżu demograficznego w polskiej polityce. Zwłaszcza że najstarsi przekroczyli już czterdziestkę, a najmłodsi majš trzydzieœci parę lat. Dawno już opuœcili mury uczelni.

Mamy dziœ tylko dwóch liderów partyjnych reprezentujšcych pokolenie wyżu demograficznego – Władysława Kosiniaka-Kamysza i Adriana Zandberga (trzydzieœci szeœć i trzydzieœci osiem lat). We władzach największych partii ich rówieœnicy sš w mniejszoœci – wiceprzewodniczšcym PO jest Borys Budka (trzydzieœci dziewięć lat). Najmłodszymi wiceprzewodniczšcymi PiS sš zbliżajšcy się do pięćdziesištki – Mariusz Błaszczak i Joachim Brudziński.

Niskš, niewiele przekraczajšcš czterdziestkę, œredniš wieku posłów spotkać można było po wyborach tylko w klubach Kukiz'15 i Nowoczesna oraz w kierownictwie pozaparlamentarnej Partii Razem. Jeżeli zatem jest coœ naprawdę ciekawego w politykach tych formacji, to pewien potencjał pokoleniowy i nadzieja, że nie dali się do końca zainfekować myœleniem starych elit. Czy oznacza to, że wszyscy starsi politycy powinni odejœć, że trzeba odrzucić ich doœwiadczenie i umiejętnoœci? Nie, chodzi raczej o zakończenie okresu ich dominacji. To ważne, ponieważ zmiany pokoleniowe mogš się okazać czynnikiem, który nie tylko zdynamizuje przekształcenia na scenie partyjnej, ale także doprowadzi do zmiany politycznego imaginarium.

Œwiat wyobraŸni zbudowany przez generację dzisiejszych liderów politycznych to dziwna mieszanka patosu, z jakim opowiadajš o zmianach historycznych, oraz – by użyć w nieco innym kontekœcie œwietnego sformułowania Andrzeja Ledera – „przeœnionej" transformacji. Próbę analizy takiej półœwiadomej, półsennej polityki, w której rzeczy ważne dziejš się mimowolnie, a emocje aktorów koncentrujš się na sprawach trzeciorzędnych, znajdziemy w tekstach Ludwika Dorna, Jadwigi Staniszkis, Bronisława Łagowskiego i innych krytyków elity III Rzeczypospolitej.

Zmiana – pisała Staniszkis – „dokonuje się jakby we œnie, poza nami i bez dyskusji publicznej". Całe politykowanie abstrahuje od realiów władzy, zwłaszcza tej poważnej, wytwarzajšcej strukturę bogacenia się, czerpania profitów, uzyskiwania szans rozwojowych. „W Polsce – mówił Ludwik Dorn – trwa bezintencjonalna, niemrawa, apatyczna rewolucja. Rewolucja dokonujšca się pomimo lub nawet wbrew woli decydentów politycznych oraz woli większoœci wyborców".

To przygnębiajšce odczucie wyrażone przez Dorna było wówczas udziałem niewielu. Władza rozumiana jako względnie skuteczne panowanie nad losem własnego państwa wymykała się z ršk klasy politycznej. Częœć akceptowała to przez wzglšd na profity, częœć z wygody, a częœć ze zwykłej głupoty. Œwiatełka alarmowe, które się wówczas zapaliły, zostały zignorowane. Większoœć dzisiejszych elit zbyt mocno przeżywała personalne aspekty polityki, by zastanawiać się nad psujšcymi humor kasandrycznymi zapowiedziami.

Œwiat starej elity był naznaczony przesadzonym wyobrażeniem o własnej roli w latach osiemdziesištych (obaliliœmy komunizm), skrywanym wstydem wynikajšcym z pasywnego przyjęcia zasad transformacji ekonomicznej okreœlonej przez międzynarodowe instytucje finansowe i ogólnym poczuciem sukcesu. Sukcesu, który zawiera się w różnicy między Polskš ich młodoœci: Polskš Gomułki i Gierka a rozwijajšcym się krajem kapitalistycznym, jakim stała się zwłaszcza w ostatnich latach. Tę dumę, znakomicie widocznš w obchodach dwudziestopięciolecia III Rzeczypospolitej, można zrozumieć. Wszak spór o zasługi historyczne zawsze jest zafałszowany jakimœ subiektywnym punktem widzenia, przecenianiem własnej roli, lekceważeniem zaniedbań i przewinień. To ludzkie. Niestety, jednak owemu poczuciu sukcesu nie towarzyszy głębszy namysł, co zaburza percepcję rzeczywistoœci. Wszelkie negatywne sygnały zaczyna się traktować jako przejaw frustracji, nadmiernego krytycyzmu, a nie inny – wart wzięcia pod uwagę – punkt widzenia.

Mimo to jeszcze w latach 2004–2005 pojawił się w polskiej polityce czynnik wysoce krytyczny. Praca wykonana przez polityków Prawa i Sprawiedliwoœci i niektórych podobnie myœlšcych posłów PO – by wymienić choćby Jana Rokitę – w Sejmie IV kadencji zaowocowała sformułowaniem bardzo ambitnego postulatu naprawy państwa. Jego realizacjš miała się zajšć stworzona przez PO i PiS koalicja reformatorska. Do jej powołania nigdy nie doszło, ponieważ generacja, która po 2005 roku objęła rzšdy, doskonale wiedziała, że cenš może być utrata władzy, przywilejów i stanowisk w ramach kolejnej antyreformatorskiej fali politycznej. Odrzucajšc ideę koalicji głównych sił, postšpiła racjonalnie z własnego punktu widzenia, zmarnowała jednak jednš z najlepszych okazji do wzmocnienia państwa.

W 2015 roku nowa ekipa wróciła do dawnych diagnoz, cofnęła zegar polityczny o dziesięć lat. Myliłby się bowiem ten, kto widziałby w nowej, rzšdzšcej od 2015 roku większoœci, siłę wolnš od pokoleniowo uwarunkowanego błędu perspektywy. Diagnoza, która jest podstawš polityki PiS, pochodzi w swych zrębach z lat dziewięćdziesištych i z doœwiadczeń Porozumienia Centrum oraz jego lidera Jarosława Kaczyńskiego. Słabo radzi sobie z opisem nowych zjawisk politycznych: poczšwszy od dynamiki europejskiej, poprzez zmieniajšcš się rolę samorzšdów, aż po specyficzne problemy młodego pokolenia na rynku pracy. Anachroniczny jest – sięgajšcy nierzadko absurdu – język potępienia III Rzeczypospolitej. Język, w którym minister spraw wewnętrznych wygłasza niedorzeczne sšdy o końcu komunizmu w roku 2017. Język, w którym poprzednie ekipy sprowadza się do roli agentów globalizmu i obcego kapitału, a triumfujšcego z powodu otwarcia polskiej siedziby JP Morgan wicepremiera – pełnišcego przez lata funkcję prezesa jednego z zagranicznych banków – uznaje za wyjštkowego patriotę.

Błędem byłaby jednak taka reakcja na propagandę PiS, która brałaby w obronę całš politykę minionego ćwierćwiecza i była powtórzeniem kiczowatych uroczystoœci urzšdzanych z okazji dwudziestopięciolecia wyborów czerwcowych. Doprowadzona przez PiS do granic logiki krytyka jest okazjš do tego, by po różnych stronach politycznej debaty uruchomić nastawienie rewizjonistyczne. Skoro rzšdzšca generacja nie była w stanie poddać analizie własnych, głoszonych od lat przekonań, to być może krytyka musi się zrodzić w warunkach napięcia pokoleniowego.

Nie dotyczy to zresztš wyłšcznie polityków, ale także publicystów i ekspertów, którzy od co najmniej dekady bezrefleksyjnie powielajš te same tezy. Wiele osób zaangażowanych w ówczesne spory nie potrafi wyjœć poza nużšce „a nie mówiłem" i powstrzymać się przed wyłożeniem po raz enty swoich dawnych argumentów. A przecież nagromadzone przez ponad dwadzieœcia pięć lat doœwiadczenie powinno doprowadzić do jakichœ przewartoœciowań.

Symetryzm i zdrada

Mordujšcy liberalnych ekonomistów Grzegorz Sroczyński w każdš niedzielę rano zadaje w TOK.fm różnym uczestnikom sporu pytanie o takie przewartoœciowania. I prawie zawsze odpowiedziš sš wykręty, urywki znanej nam mantry o odpowiedzialnoœci za gospodarkę. Po drugiej stronie – umownie zwanej prawicowš – bywa jeszcze gorzej, bo rzetelnš argumentację zastępujš slogany o wstawaniu z kolan lub walce z establishmentem. Rzšdzšca generacja okopuje się na zdobytych pozycjach, często serwujšc nam powtórkę z transformacyjnej nowomowy lub zarzucajšc infantylnymi argumentami pełnymi patriotycznych i populistycznych emocji.

Liberałowie już dziœ przechodzš kurację wstrzšsowš „niesprawiedliwych ocen i krzywdzšcych bilansów", jakie funduje im młodsze pokolenie o wyraŸnie bardziej lewicowej wrażliwoœci. Dlatego tak bardzo irytuje ich „symetryzm" Rafała Wosia i Grzegorza Sroczyńskiego czy rewizjonizm „Kultury Liberalnej". Gotowi sš obcišżać tę skromnš liczebnie grupę odpowiedzialnoœciš za wysokie notowania PiS, demobilizację uczestników manifestacji, faktyczne wspieranie rzšdowej propagandy.

Prawica po zwycięstwie w 2015 roku tkwi w intelektualnym komforcie, w przekonaniu o własnej potędze i racji. Przypomina to klimat z czasów rzšdu PO i Bronisława Komorowskiego, tę domagajšcš się intelektualnego przewietrzenia atmosferę œwiata władzy poczštku drugiej dekady XXI wieku. Na każdy przejaw nieœmiałego rewizjonizmu prawica reaguje hasłami o zdradzie, nadmiernej miękkoœci – czy pojawiajšcym się często na forach – „rozkraczeniu". Ten ostatni epitet jest nagrodš, jakš prawicowa opinia opatrzy każdš wštpliwoœć pojawiajšcš się na łamach jej własnej prasy lub w mediach publicznych.

Fragment ksišżki Rafała Matyi, „Wyjœcie awaryjne. O zmianie wyobraŸni politycznej", która ukaże się nakładem wydawnictwa Karakter.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL