Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Rozpieszczone pokolenie porno

Dzieci, młodzi mężczyŸni z dostępem do pornografii 24 godziny na dobę, na dwa kliknięcia, bez żadnej kontroli.
shutterstock
Przynajmniej co trzecie małżeństwo się rozpada. To społeczny horror. Musimy zmienić sposób pracy na taki, który przestanie okradać małżeństwa ze wspólnoty, a bardziej przypominał będzie dawny rolniczy tryb życia rodziny. To dla nas jedyna szansa na ratunek - mówi Jacek Kaniewski, teolog.

Rz: Pięć lat temu porzucił pan Warszawę, żeby zamieszkać z rodzinš na górskim odludziu. Przenieœliœcie pracę do domu, otwierajšc gospodarstwo agroturystyczne. Jak to wszystko zmieniło wasze podejœcie do wychowywania dzieci?

Jacek Kaniewski, teolog: Zaczęło się trochę z koniecznoœci, ze względu na miejsce zamieszkania. Nasza siedmioletnia córka od trzech lat jest objęta edukacjš domowš. To dla nas ogromna radoœć i wielkie spełnienie rodzicielskie, kiedy możemy dzieciom towarzyszyć nie tylko do pištego czy szóstego roku życia. A czasami, niestety, niektórzy towarzyszš dzieciom jedynie do drugiego roku życia, kiedy dzieci wysyłane sš do żłobka. Wtedy o tym, jak dziecko się rozwija, rodzice dowiadujš się z opowieœci niani czy przedszkolanki. Myœlę, że to bardzo wielka strata dla rodzica, kiedy nie widzi, nie uczestniczy, nie wpływa na to, jak dziecko się rozwija. Nie mówišc już o stracie dla dziecka. Ponadto trudno dziœ sobie wyobrazić, żeby ktoœ odbierał dziecko o godz. 14 i miał czas, żeby spędzić z nim popołudnie. Pracujemy do póŸna i realnie spotykamy się z nim tylko wieczorem albo w weekendy. Telefony czy kolejne dodatkowe lekcje nie załatwiš tego braku.

Chce pan powiedzieć, że ktoœ, kto nie uczy dzieci w domu, ten ich nie kocha?

Nie, to pewnie normalny, uczciwy człowiek, ale po prostu pochłania go praca. Nie jest tak, że mamy do czynienia z wyrodnym rodzicem, bo nie ma kontaktu z dzieckiem. Najpierw przecież szuka mu niani, póŸniej dobrej szkoły i trenera. Ale może to nie jest aż tak ważne, żeby dziecko znało pięć języków i jeszcze koniecznie w sobotę szło na karate... Może to rodzic mu mówi, że to jest dla niego istotne, a tak naprawdę chodzi tylko o to, że nie ma dla niego czasu. Dzieci sš dziœ samotne, nie tylko nie majš rodziców, ale nawet nie majš rodzeństwa, bo praca zabiera też czas na drugie dziecko. To odbija się na całym młodym pokoleniu, które i tak zmaga się z ogromnymi problemami.

Jakimi?

Proszę wybaczyć, że muszš tego słuchać wrażliwe kobiece uszy, bo sprawa dotyczy przede wszystkim młodych mężczyzn. Na prywatny użytek młode pokolenie, czyli urodzone w latach 90. i póŸniejszych, nazywam pokoleniem porno. Młodzi ludzie przez nieograniczony dostęp do internetu zatopili się w œwiecie pornografii. Akcja #metoo pokazała dobitnie, że pornografia zatacza koło i na ogromnš skalę dopada także dziewczynki, tylko że w roli ofiar tych pornomężczyzn. Kiedyœ to był problem marginalny, ale od momentu pojawienia się internetu stał się ważny społecznie, a dziœ w erze smartfonów pornografia stała się zmorš całego pokolenia.

Chyba nie jest jednak tak Ÿle...

Z pornografiš dziœ naprawdę nie jest tak, że ktoœ coœ tam przez przypadek zobaczył. Tak można było mówić 30 lat temu, kiedy dostęp do tego typu treœci był ograniczony. Problem zmagań z wyuzdanš seksualnoœciš, oczywiœcie, jest odwieczny, ale do tej pory w skali społecznej dotyczył œwiata dorosłych. Dzieci były przed tym chronione na wszelkie możliwe sposoby. Natomiast tutaj mamy kompletnie nowe zjawisko. Dzieci, młodzi mężczyŸni z dostępem do pornografii 24 godziny na dobę - na dwa kliknięcia, bez żadnej kontroli. Wyniki badań młodych ludzi w tej sferze sš szokujšce. To jest sprawa totalnie przemilczana, wszyscy udajš, że nie ma tematu, zarówno społecznie, jak i w życiu prywatnym. W latach 90., kiedy internet dopiero co się pojawił, można było powiedzieć, że rodzice mogli nie mieć œwiadomoœci, jakie niesie ze sobš zagrożenia. Pojawił się problem uzależnienia od gier, bo to łatwiej zauważyć. Ale to jest margines w porównaniu z uzależnieniem od pornografii. Młody chłopiec jest wobec treœci pornograficznych bezbronny. Badania pokazujš to jednoznacznie. Zresztš wie to każdy mężczyzna. Dlatego nie mogę zrozumieć, jak ojcowie mogš fundować swoim synom nieograniczony internet w telefonie, co jest dzisiaj powszechne.

Dlaczego uważa pan, że to tak poważny problem? Jakie ma on konsekwencje?

Takie same, jak gdyby całe społeczeństwo było np. alkoholikami czy narkomanami. Różnica jest tylko taka, że do pornografii jest o wiele łatwiejszy dostęp niż do jakiejkolwiek innej „substancji" uzależniajšcej, i do tego działa ona o wiele silniej. Oczywiœcie uzależnienie to ostatni, najgłębszy etap, ufam, że nie dotyczy on jeszcze aż tak szerokich mas młodych ludzi. Ale już sam stały kontakt z pornografiš wpływa destrukcyjnie na osobowoœć, choćby radzenie sobie z różnymi życiowymi napięciami czy umiejętnoœciš budowania relacji, zwłaszcza z płciš przeciwnš. Skutek społeczny tego zjawiska jest taki, że młodzi mężczyŸni nie sš gotowi podejmować jakiegokolwiek trudu czy wysiłku, skoro tak silnš przyjemnoœć sš w stanie osišgnšć tak łatwo. Upraszczajšc, mamy do czynienia z powszechnym lenistwem, brakiem mocy do działania, bo przecież każde działanie wišże się z wysiłkiem. Pornografia ponadto zamyka człowieka w samym sobie, we własnym ego, co powoduje niemoc w prawidłowym podchodzeniu do drugiej osoby, brak gotowoœci do poœwięceń, rezygnacji z własnej przyjemnoœci, co uniemożliwia budowanie zdrowych relacji, zwłaszcza miłoœci. W sferze seksualnej to całkowita instrumentalizacja kobiety. Kiedy to wszystko zaczyna dziać się na skalę całego pokolenia, to robi się naprawdę niewesoło.

Młodego pokolenia jednak nie definiuje przecież tylko korzystanie z pornografii.

Na pewno ważnym czynnikiem wpływajšcym na ich postawy jest bogacenie się społeczeństwa. Rodzice sš w stanie zapewnić swoim dzieciom wszystko, więc nie wymagajš od nich większego wysiłku. Młodzi majš to, czego chcš bez żadnego trudu: markowe ubrania, wszelkie wygody i przyjemnoœci, a nawet wykształcenie. Wchodzšc w dorosłoœć, oczekujš dalej wygodnego życia bez wysiłku. Nie chcš już pracować tyle co ich starsi koledzy z korporacji. Sukces i pienišdze muszš przyjœć same, tak jak do tej pory wszystko inne w życiu. Oczywiœcie używam tutaj ostrych słów i porównań, ale dla młodego pokolenia mam przede wszystkim wiele współczucia. Złoœć dużo bardziej mnie bierze, kiedy myœlę o ich rodzicach, którzy nie tylko nie majš czasu dla dzieci, ale dodatkowo, przez własnš głupotę, lekkomyœlnoœć czy nieodpowiedzialnoœć, fundujš im na start bardzo poważne problemy osobowoœciowe.

I dlatego wyprowadził pan się z miasta, by oszczędzić swoim dzieciom takich problemów? Czy może po prostu Warszawa się wam znudziła?

Bardzo lubimy Warszawę. Zawsze kiedy tu jesteœmy, czujemy się jak w domu. Dziesięć lat temu, na poczštku naszego małżeństwa przyjechaliœmy do stolicy za pracš. Ja pochodzę z Gdańska, a moja żona Monika z Beskidu Sšdeckiego. Było nam dobrze, tworzyliœmy szczęœliwe małżeństwo. Pracowałem w Centrum Myœli Jana Pawła II – wówczas dopiero się tworzyło. Trafiłem tam na bardzo fajny zespół i ciekawe projekty. Monika pracowała z kolei w urzędzie marszałkowskim, czyli też w miejscu wolnym od korporacyjnej gonitwy. No i przyszedł czas na decyzję: albo się tutaj zakorzeniamy, zwišżemy kredytem mieszkaniowym na 35 lat, albo szukamy czegoœ innego.

Wielu wzięłoby jednak ten kredyt.

Tu nie chodzi o kredyt, też go teraz mamy. Chodzi o styl życia, do jakiego zmusza wielkie miasto, czyli życie małżonków osobno. To nie jest tylko kwestia prostego braku czasu dla siebie. Życie zaczęło przeradzać się w walkę, by nie dać się zamknšć w dwóch odrębnych œwiatach – pracy, znajomych z pracy, problemów w pracy, emocji zwišzanych z pracš... Bardzo ciężko te rzeczywistoœci „uwspólnić", zwłaszcza jak się ma ciekawš, pochłaniajšcy zawód. Potem przyszła na œwiat nasza córka i oczywiœcie wokół niej zaczęło toczyć się nasze wspólne życie. Ale mówišc brzydko, wspólne dziecko to trochę za mało. Nie po to człowiek się żeni, żeby żyć w totalnie odrębnych rzeczywistoœciach i tylko wychowywać razem dziecko. Szybko zorientowaliœmy się, że czasu na spokojne życie małżeńskie jest bardzo mało. Nie chcieliœmy tak żyć przez następne kilkadziesišt lat. I, upraszczajšc meandry podejmowania takiej decyzji, po pięciu latach życia w Warszawie przeprowadziliœmy się w góry.

Wyglšda to trochę jak ucieczka. Nie żałujecie, że zamknęliœcie sobie w ten sposób drogę do kariery?

Po pierwsze, każdy, kto doœwiadcza szczęœliwego życia małżeńskiego, takiego pełnego, to dobrze wie, że to tam jest najważniejsze spełnienie. Małżeństwo plus oczywiœcie dzieci, ale często jest tak, że za szybko przeskakujemy do etapu spełniania się przez rodzicielstwo. Dzieci sš ważne i dajš ogromnš radoœć, ale pod warunkiem, że jednak to małżeńskie życie razem jest szczęœliwe. A po drugie, może trudno w to uwierzyć, poza Warszawš, nawet w górskiej beskidzkiej ciszy, też można się realizować i robić pasjonujšce rzeczy. My prowadzimy wysoko w górach gospodarstwo agroturystyczne, taki otwarty dom z pięknym widokiem na okoliczne pasma, w którym goœcie szukajš wytchnienia w codziennej gonitwie. To, że możemy razem coœ tworzyć i pracować, że możemy dzielić się z goœćmi naszš radoœciš, naszym domem, naszš rodzinš, naprawdę daje wystarczajšce spełnienie. Staramy się też angażować lokalnie, społecznie, co też jest bardzo ważnym doœwiadczeniem.

Czym różni się beskidzka rodzina Kaniewskich od tej warszawskiej?

To było stosunkowo płynne przejœcie, bo zmieniliœmy styl życia, zanim osobne œwiaty zdšżyły istotnie popsuć naszš bliskoœć. Ale to trochę tak, jakby od zawsze mieć supersamochód, a jednoczeœnie nie wiedzieć, jak szybko można nim pojechać. Dopiero żyjšc z dala od cywilizacji, kiedy doœwiadczyliœmy bycia ze sobš całymi dniami, we wspólnej trosce o rodzinę, ale też i o biznes, o to, żeby wszystko jakoœ się kręciło, to poczuliœmy, jakiego kopa ma ten małżeński samochód. Zniknęły te dwa odrębne œwiaty. Możemy spokojnie dzielić ze sobš swoje emocje, talenty, radoœci i problemy. Brzmi jak banał, ale naprawdę niewiele małżeństw ma ten komfort. Często jesteœmy pytani o to, jak my ze sobš tyle wytrzymujemy, czy nie mamy siebie doœć. I człowiek tak zaczyna się zastanawiać – przecież jesteœmy małżeństwem, kochamy się, więc co w tym dziwnego? Oczywiœcie pojawiajš się czasem trudnoœci, bywajš napięcia – jak we wszystkich relacjach. Ale nasze pytanie jest takie: wy żyjecie osobno, macie dla siebie kilka godzin w cišgu tygodnia, albo nawet miesišca, i jak wy wytrzymujecie ze sobš? I to jest główna różnica między życiem w górach a życiem w stolicy. Pewnie gdyby opowiadała o tym moja żona, to powiedziałaby też o minusach, że bardziej doœwiadcza matczynych zmartwień - chociażby to, że mamy dalej do lekarza, nie ma tu tylu specjalistów co w mieœcie...

A co z dostępem do kultury; muzeów, teatrów?

Wszystko jest przecież w internecie. A poza tym przez niezależny tryb życia, który prowadzimy, możemy być w Krakowie czy Warszawie, kiedy chcemy. Przy dzisiejszej prędkoœci przemieszczania się i tej całej sferze informatycznej absolutnie nie mamy poczucia bycia na kulturalnym aucie.

To jednak nierealne, żeby wszyscy poszli w wasze œlady i nagle wyprowadzili się w góry. Jak radzić sobie w mieœcie z tymi problemami, o których pan opowiada?

Tak naprawdę nie jest istotne to, gdzie się mieszka. Właœciwie już wszędzie dominuje miejski styl życia. Już nie ma życia wiejskiego, gdzie rodzina wspólnie uprawia ziemię i z tego się utrzymuje. Teraz na wsi, tak jak w mieœcie, ktoœ sprzedaje w sklepie, ktoœ pracuje na budowie, a ktoœ jeszcze inny w urzędzie. Wychodzi rano do pracy, najczęœciej jedzie do pracy przez godzinę i wraca wieczorem. Powstaje kluczowe pytanie: jak znaleŸć pomysł na zarabianie pieniędzy, żeby przełamać ten antyrodzinny system, czyli pracę od rana do wieczora zupełnie poza rodzinš, poza małżeństwem, poza domem? Przez setki lat było przecież inaczej, co było oparte głównie na systemie rolniczym. Ale także w miastach był rzemieœlnik, który miał warsztat przy domu, brał tam syna, który póŸniej też był stolarzem czy szewcem. Nawet jak był to prawnik, to jego syn oczywiœcie też kształcił się w tym zawodzie i potem asystował ojcu. To był naturalny, rodzinny system. Oderwanie od tego tradycyjnego sposobu życia nastšpiło w XIX w., kiedy poszliœmy za rewolucjš przemysłowš do fabryki, póŸniej do sektora usług. Praca została kompletnie oderwana od rodziny.

Jak to zrobić, żeby współgrała z rodzinš?

Zaczšć pracować w domu. Od wieków pracowało się w domu czy w jego otoczeniu. To ma swoje obcišżenia i ja to rozumiem, ale tak naprawdę dużo łatwiej można je rozwišzać niż te wszystkie problemy rodziny, które generuje praca całkowicie poza domem – z absolutnym rygorem, który nie ma nic wspólnego z wymogami elastycznego życia rodzinnego. Dzięki informatyzacji wiele zawodów biurowych można wykonywać już zdalnie przez komputer. Ponadto jest bardzo wiele par, które dzielš podobne wykształcenie, co daje możliwoœć podejmowania wspólnych projektów. Dlatego warto pomyœleć też o programach edukacyjnych, które będš skłaniać do tego, żeby w małżeństwie robić coœ razem. Może jak jesteœcie parš już na studiach, to wybierzecie wspólnie jakšœ podyplomówkę? Pomysłów jest wiele, ale potrzeba nam zmiany mentalnoœci.

Na jakš?

Na takš, w której relacje małżeńskie i rodzinne sš priorytetem. A dlaczego mielibyœmy nie walczyć o harmonię w życiu rodzinnym? O co mamy walczyć w tym œwiecie? O pienišdze? Przyjeżdżam do Warszawy i zasadniczo widzę raczej bogactwo niż biedę. A czy jest tu tyle samo małżeństw harmonijnych, co bogatych? Tego już nie jestem pewien, bo kiedy spojrzę w statystyki, to widzę, że przynajmniej co trzecie się rozpada. To jakiœ społeczny horror. Nie chodzi o to, żeby wszyscy wyprowadzili się na wieœ i otwierali gospodarstwa agroturystyczne, bo dla kogo by je otwierali? Sama przeprowadzka nie uratuje małżeństwa, które jest w strzępach i goni za czymœ innym. Mówię o takim sposobie pracy, który nie okrada małżeństwa ze wspólnoty – na przykład o wspólnej przedsiębiorczoœci, która najbardziej przypomina dawny rolniczy tryb życia rodziny. To jest wyzwanie, to będzie trudne, ale to też jest szansa na ratunek.

Ale czy nie łatwiej byłoby po prostu jakoœ zdywersyfikować Ÿródła dochodu?

Z perspektywy ekonomicznej to ma sens, ale czy to jest jedyna perspektywa? A może lepiej zaryzykować, zrobić coœ razem. Może w ramach jednego biznesu działać w dwóch branżach i tak się zabezpieczyć. Zresztš co po pienišdzach małżeństwu, które się sypie, bo nie ma dla siebie czasu. Ten wielkomiejski system pracy będzie nam towarzyszył i nie wnoszę teraz postulatów, żeby go odwracać, ale warto zastanowić się nad jego przemodelowaniem tak, żeby współgrał ze sferš rodzinnš.

I wszyscy mamy postawić na edukację domowš?

No właœnie, to bardzo ciekawa kwestia. Wcišż obowišzujšcy system powszechnego szkolnictwa kompletnie nie pasuje do naszego rozwiniętego społeczeństwa. Dawniej chcieliœmy, żeby nie tylko bogata elita, ale całe społeczeństwo było lepiej wykształcone. Sto lat temu rodzice nie mogli sami wyedukować dziecka, bo czasem w ogóle nie umieli czytać ani pisać. Tak narodziła się obowišzkowa szkoła publiczna. Ale dzisiaj większoœć rodziców w miastach, korzystajšc z własnego wykształcenia oraz internetu, jest w stanie wykształcić swoje dziecko przynajmniej na poziomie szkoły podstawowej, a nawet liceum. Sprowadzajšc sprawę do absurdu, to czemu sami uczyliœmy dzieci chodzić, jeœć, zachowywać się? Przecież od pierwszego roku życia powinniœmy posłać dziecko np. do szkoły chodzenia albo mówienia! Dziœ do nauki tabliczki mnożenia, tak samo jak w przypadku chodzenia, nie potrzeba już zewnętrznych nauczycieli.

Dzisiaj szkoły sš głównie przechowalniš dzieci, gdzie ktoœ jakoœ organizuje im czas, kiedy rodzic pracuje. Wiem, że mogš pojawić się głosy oburzenia, bo przecież szkoły to takie dziejowe dobro... OK, to prawda, ale wszystko ma swój czas, a historia idzie do przodu. Nie można wszystkiego traktować jako oczywistoœci tylko dlatego, że „tak było zawsze". W przypadku szkół to „zawsze" oznacza tylko ostatnie sto lat. Edukacja to złożony temat, ale zwracam uwagę na tę istotnš zmianę, bo jestem przekonany, że większoœć rodziców w ogóle nie jest jej œwiadoma.

—rozmawiała Katarzyna Płachta

Jacek Kaniewski jest mężem Moniki, ojcem Gabrysi, Tomka i Maćka. Z wykształcenia teolog i mediewista. Tłumacz z języka angielskiego i łaciny. Od 2012 r. prowadzi rodzinne gospodarstwo agroturystyczne w Beskidzie Sšdeckim. Wędruje z młodzieżš po górach jako przewodnik.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL