Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

„Wypędzeni”, obozy i Stauffenberg. Jak przeszłość dzieli Polskę i Niemcy

Minęło prawie 30 lat od znaku pokoju, jaki przekazali sobie w Krzyżowej Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl, a historia wcišż rzuca cień na polsko-niemieckie stosunki.
AFP
O wymowie otwartej niedawno w Brukseli ekspozycji Domu Historii Europejskiej decydowali w największym stopniu Niemcy. Prezentuje ona rozmytš w mętnym sosie poprawnoœci politycznej, nieakceptowalnš z polskiego punktu widzenia wizję dziejów naszego kontynentu. A to tylko jeden z aktów sporu o interpretację przeszłoœci, jaki toczymy z naszymi zachodnimi sšsiadami.

Reparacje – to słowo zrobiło w ostatnich tygodniach furorę w polskiej debacie publicznej. Stało się jednym z najczęœciej używanych i odmienianych przez wszystkie przypadki wyrazów w dyskursie nad Wisłš i rozpaliło wyobraŸnię społecznš niewyobrażalnymi kwotami ewentualnych roszczeń państwa polskiego. Jednoczeœnie tematyka ta, co zrozumiałe, zacišżyła na relacjach polsko-niemieckich, stanowišc nowy i poważny czynnik w nie najlepszych ostatnio stosunkach między oboma krajami.

Kwestia reparacji po II wojnie œwiatowej najprawdopodobniej pierwotnie została użyta jako temat w polityce wewnętrznej. Jak jednak zwykle bywa w takich sytuacjach, zaczšł on żyć własnym życiem, rozrastać się i dziœ już niezwykle trudno byłoby go z powrotem schować w ramy wewnętrzne. To pokazuje, jak żywe sš emocje zwišzane z pamięciš o II wojnie œwiatowej, jak kształtuje ona wcišż polskš tożsamoœć i wpływa na relacje z sšsiadami. Na tym przykładzie widać też (po raz kolejny), że ponad pół wieku po liœcie biskupów polskich do biskupów niemieckich oraz niemal 30 lat po mszy œwiętej w Krzyżowej, podczas której Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl przekazali sobie symboliczny znak pokoju, historia wcišż rzuca cień na relacje polsko-niemieckie.

Sprawa polskich strat wynikajšcych z II wojny œwiatowej nie pojawia się w relacjach bilateralnych po raz pierwszy. Na poczštku XXI wieku, gdy w Niemczech bardzo silnš pozycję miał Zwišzek Wypędzonych ze swojš charyzmatycznš i kontrowersyjnš szefowš Erikš Steinbach, ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński podjšł decyzję o przygotowaniu raportu o stratach, jakie poniosła Warszawa w wyniku działań III Rzeszy Niemieckiej w czasie wojny. Była to raczej broń defensywna, do ewentualnego wykorzystania, gdyby pojawiajšce się w œrodowisku wypędzonych postulaty odszkodowawcze zaczęły przybierać bardziej realny kształt.

Aktywnoœć Zwišzku Wypędzonych i polska krytyka jego działalnoœci pokazuje jednak dużo głębsze i znacznie ciekawsze zagadnienie – fundamentalnš różnicę w postrzeganiu przeszłoœci przez Polaków i Niemców. Kolejne odsłony tego sporu pozwalajš ułożyć mapę różnic i stworzyć obraz społecznych pamięci, w wielu punktach nieprzystajšcych do siebie nawzajem.

Wypędzenia największš zbrodniš XX wieku?

Na mapie tej jedno z ważniejszych miejsc zajmuje kwestia przymusowych wysiedleń w czasie oraz po zakończeniu II wojny œwiatowej. Szczególnie widoczne stało się to w trakcie debaty nad przygotowywanym przez Steinbach Centrum przeciw Wypędzeniom. W zamierzeniu miało ono skupiać się wyłšcznie na tym aspekcie XX-wiecznych totalitaryzmów, w dodatku jedynie w marginalnym stopniu uwzględniajšc inne przesiedlenia niż te, które dotknęły Niemców. W wyniku międzynarodowych nacisków i protestów projekt został rozbudowany, a jego ostateczna wymowa złagodzona.

Zasadniczy sprzeciw wobec lansowanej przez tę instytucję wizji historii wynikał z jej założeń – dla doœwiadczonych przez dwa narzucone z zewnštrz totalitaryzmy Polaków nie do zaakceptowania jest prezentacja masowych przesiedleń jako kluczowej i najważniejszej zbrodni popełnionej w XX wieku. Polacy, których zresztš również brutalne wysiedlenia dotknęły w olbrzymim stopniu, oczekujš znacznie bardziej kompleksowej prezentacji tematu, gdzie przesiedlenia stanowiš jeden z przejawów (wcale nie najbardziej dramatyczny wobec ludobójstwa czy obozów koncentracyjnych) funkcjonowania zbrodniczych totalitaryzmów.

Z tego też powodu nawet uzupełnienie opowieœci o deportacje Polaków w czasie II wojny œwiatowej nie jest uznawane za wystarczajšcš korektę, aby ekspozycja mogła zostać zaakceptowana. Wprawdzie tematyka wysiedleń (czy – zgodnie z niemieckš terminologiš, która budzi w Polsce sprzeciw ze względu na zawarty w tym słowie emocjonalny przekaz – wypędzeń) chwilowo zniknęła z agendy polsko-niemieckich sporów o historię, jednak można się spodziewać, że uderzy ze zdwojonš siłš, gdy zbliżać się będzie termin otwarcia ekspozycji „Widocznego znaku", placówki która ostatecznie zastšpiła Centrum przeciw Wypędzeniom.

Okreœlenie „wypędzeni" nie jest jedynym przypadkiem, w którym emocje budzš sformułowania na poziomie językowym. Jak powszechnie wiadomo, język, którego używamy, znaczšco wpływa na postrzeganie otaczajšcej nas rzeczywistoœci. Wypędzeni budzš znacznie więcej współczucia i empatii niż choćby przesiedleni, o repatriantach nie mówišc. A właœnie takiego terminu, całkowicie niezgodnie z naturš przesiedleń, którym zostali poddani, używa się wobec Polaków, którzy znaleŸli się po wojnie poza granicami Polski, na terenach anektowanych przez Zwišzek Sowiecki.

Jeszcze większe emocje budzi okreœlenie „naziœci", które w œwiatowej narracji o II wojnie œwiatowej niemal całkowicie wyparło słowo „Niemcy" w kontekœcie odpowiedzialnoœci za wywołanie największego konfliktu zbrojnego w dziejach œwiata oraz zbrodnie popełnione w jego trakcie. O tym, jak daleko posunięty jest ten proces, œwiadczyć może choćby fakt, że wielokrotnie miałem okazję spotkać się z pytaniem niemieckich grup odwiedzajšcych Muzeum Powstania Warszawskiego, zdziwionych, że na ekspozycji używane jest okreœlenie „Niemcy".

Oczywiœcie dla Polaków takie postawienie sprawy jest nie do zaakceptowania. Niemal każdy z nas pamięta wspomnienia rodziców, dziadków czy pradziadków z czasów wojny – nikt wówczas nie „walczył z nazistami", jasne było, że wojna toczy się przeciwko Niemcom, które napadły na Polskę. Co więcej, nawet rzut oka na prawo międzynarodowe uzasadnia takie okreœlenie – nie istniało nigdy „państwo nazistowskie", tylko „Trzecia Rzesza Niemiecka", która napadła na Rzeczpospolitš Polskš i znajdowała się z niš w stanie wojny. Jakby tego było mało, należy pamiętać (co zresztš nieraz było podnoszone jako argument, aby nie potępiać szeregowych żołnierzy niemieckich), że w Wehrmachcie nie służyli sami naziœci, przyjmujšc, że wyznacznikiem jest członkostwo w NSDAP.

Kolejny krok dalej znajduje się sformułowanie „polskie obozy œmierci", niejednokrotnie uzasadniane przez używajšcych go dziennikarzy i publicystów chęciš „geograficznego okreœlenia ich lokalizacji". Forsowanie takiego sposobu okreœlania trybów machiny œmierci założonej przez Niemców na terenie okupowanej Polski budzi nad Wisłš tak wiele oburzenia, że od kilkunastu lat prowadzona jest przez państwo polskie skoordynowana akcja zwalczania go w œwiatowych mediach. Zwolennicy aktywnoœci na tym polu argumentujš, że przeciętny odbiorca komunikatów wysyłanych takim językiem, może dojœć do logicznego wniosku, że skoro w „polskich obozach œmierci" zabijali „naziœci", to byli nimi po prostu Polacy.

Zdarzajš się jednak również znacznie bardziej wysublimowane różnice sięgajšce daleko w głšb znaczeń językowych. Znamiennym przykładem może być okreœlenie „patriotyzm" – w polszczyŸnie kojarzšce się jednoznacznie pozytywnie, „podejrzane" zaœ w języku niemieckim. Dla Niemców, narodu, który ma silne tradycje nacjonalizmu w ujęciu etnicznym, patriotyzm jest terminem o zabarwieniu ksenofobicznym. Dopiero wyjaœnienie sobie nawzajem pojęć, zdefiniowanie patriotyzmu jako umiłowania ojczyzny opierajšcego się na obywatelskim pojmowaniu wspólnoty, de facto znajdujšce się bliżej tego, co na Zachodzie rozumiane jest pod pojęciem „społeczeństwa obywatelskiego", pozwoliłoby nam na odnalezienie wspólnej płaszczyzny do dyskusji z Niemcami.

Kto odpowiada za Holokaust

Polskie obozy œmierci" sš u nas często postrzegane jako ostateczny dowód na dšżenie Niemiec do „podzielenia się" odpowiedzialnoœciš za Zagładę. Wykorzystywane w tym celu ma być nieustanne przywoływanie zbrodni w Jedwabnem, pojawiajšce się jako motyw przewodni każdej dyskusji o „polskim antysemityzmie".

Podobne rozważania o odpowiedzialnoœci za ludobójstwo mieszajš jednak porzšdki – jednostkowy i wspólnotowy. Wœród Niemców znalazły się wszak jednostki heroiczne, które sprzeciwiły się ludobójczemu totalitaryzmowi. Jednak Niemcy jako wspólnota polityczna nie zdali tego egzaminu. Powstała machina państwowa – emanacja woli politycznej narodu, która była nastawiona na ludobójstwo, wyniszczenie dziesištek milionów istnień ludzkich.

W przeciwieństwie do Niemców Polacy, jako wspólnota polityczna, majšca wyraz w strukturach państwowych, zdali ten egzamin. Polska jako pierwszy kraj w Europie stanęła do walki ze złem absolutnym, płacšc za to niewyobrażalnš cenę. Stworzyliœmy struktury państwowe, które mimo okrutnej okupacji na naszym terytorium funkcjonowały, co więcej, które jasno opowiedziały się po stronie ratowania życia, nie po stronie nazistowskiej cywilizacji œmierci. Władze państwa podziemnego, któremu (mimo operowania w warunkach zniewolenia, a co za tym idzie – niemal niemajšcego możliwoœci egzekwowania swoich prerogatyw) podporzšdkowała się znakomita większoœć społeczeństwa, potępiały ludobójstwo niemieckie, sšdy wydawały wyroki na osoby kolaborujšce (w tym wydajšce Żydów). W strukturach państwowych powstała również Żegota, organizacja majšca za zadanie ratować Żydów.

To oczywiœcie nie znaczy, że w społeczeństwie nie było zbrodniarzy i kanalii. Wojna i przyzwolenie okupanta na przestępstwa wobec Żydów, Polaków żydowskiego pochodzenia czy też innych, powodowały rozbudzenie najniższych instynktów. Kluczowe jest jednak zauważenie jednej, zasadniczej różnicy – w okupowanej Polsce to szmalcownicy i zbrodniarze przyczyniajšcy się do ludobójstwa występowali przeciwko państwu i jego regułom. W III Rzeszy zbrodniarze działali w imię państwa i za jego przyzwoleniem, wsparciem, a wręcz zgodnie z oczekiwaniami i planami, przeciw państwu występowali zaœ ludzie sprzeciwiajšcy się złu.

Stauffenberg – kłopotliwy bohater

Jednš z różnic w postrzeganiu historii, które ze swej natury sš najprawdopodobniej nie do przezwyciężenia, jest zagadnienie niemieckiego ruchu oporu. Niewštpliwie jednostki, które występowały przeciw totalitarnemu państwu, zasługujš na najwyższy podziw – w ówczesnych warunkach, przy masowym poparciu dla polityki Adolfa Hitlera oraz jego kontroli nad społeczeństwem był to niezwykły akt heroizmu. Warto się jednak bliżej przyjrzeć, kto jest największym bohaterem z punktu widzenia Niemców.

Takim niemal legendarnym herosem pozostaje na zachód od Odry Claus Schenk von Stauffenberg, organizator zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 r. Ten sam, który w 1939 r. gorliwie uczestniczył w podbijaniu naszego kraju, a o Polakach pisał z pełnš rasistowskich uprzedzeń pogardš. Zorganizował on zamach nie dlatego, że sprzeciwiał się absolutnemu złu uosabianemu przez nazizm. Jego działania wynikały z kalkulacji politycznej – dopóki führer odnosił sukcesy, Stauffenberg trwał przy nim, uznajšc to za korzystne dla Niemiec. Dopiero gdy uznał, że polityka wodza prowadzi do klęski, postanowił przeciw niemu wystšpić. W jego wizji powojennej Europy nie było miejsca dla Polski.

W pewnym sensie to zrozumiałe, że w Niemczech legenda Stauffenberga jest znacznie bardziej żywa niż któregokolwiek z pozostałych przeciwników Hitlera. Dysponował on politycznš koncepcjš ratowania Rzeszy, posiadał zarówno zaplecze jak i wysoko postawionych pomocników. Jego zamach miał też realne szanse powodzenia.

Z polskiego punktu widzenia znacznie bardziej na podziw zasługujš ci, którzy sprzeciwili się nazizmowi z pobudek moralnych, a nie politycznych kalkulacji. Było to niezwykle trudne, obarczone skrajnym ryzykiem działanie, które oznaczało też pójœcie pod pršd społecznym nastrojom. Dlatego to prosty stolarz Georg Elser czy studencki ruch Białej Róży sš z polskiego punktu widzenia jednoznacznymi bohaterami niemieckiego oporu wobec Hitlera w czasie II wojny œwiatowej.

Pseudohistoryczna agitka w sercu Europy

Znacznie bardziej złożona jest kwestia œwieżo otwartego w Brukseli Domu Historii Europejskiej, placówki w założeniu majšcej opowiadać historię naszego kontynentu, tak by – jak deklarujš jego twórcy – „zrozumieć wspólnš przeszłoœć i zróżnicowane doœwiadczenia Europejczyków". Zaprezentowana ekspozycja wzbudzi zapewne krytykę nie tylko w Polsce, ale także w większoœci innych państw i narodów, których wkład w tożsamoœć europejskš nie został tu zauważony lub uwzględniony w odpowiednim stopniu.

Nie miejsce tu, aby skupiać się na krytyce na poziomie szczegółu czy nawet większych całoœci tematycznych. Twórcy tej ekspozycji na każdym niemal kroku podkreœlajš kluczowe znaczenie marksizmu, socjalizmu i komunizmu dla dziejów kontynentu (nawet w sekcji „korzenie Europy" opowiadajšcej o okresie przed Wielkš Rewolucjš Francuskš, a więc grubo przed narodzinami Marksa, o jego ideach nie mówišc). Ani razu nie pojawia się klasyczny liberalizm, o myœli Adama Smitha czy Johna Stuarta Milla nie wspominajšc. Podobnie jest z kształtowaniem się narodów w XIX wieku. Temat ten praktycznie się tu nie pojawia, a jeœli już, to w jednoznacznie negatywnym œwietle jako przyczyna większoœci problemów, z którymi musiał się borykać Stary Kontynent.

Z ekspozycji Domu Historii Europejskiej wynika też poœrednio, że dopiero ksišżka „Sšsiedzi" Jana T. Grossa uœwiadomiła Polakom skalę Holokaustu i fakt współudziału w nim naszych rodaków. Wystawa ta jest pod tym względem szczególnie kuriozalna, gdyż tematyce samej Zagłady poœwięcono niezwykle mało miejsca. Można wręcz odnieœć wrażenie, że mniej niż kwestii odpowiedzialnoœci za niš.

Kluczowa jednak jest ogólna wymowa ekspozycji prezentowanej w Domu Historii Europy. Ta zaœ jest jednoznacznie ideologiczna i stanowi wyjštkowe pomieszanie politycznej poprawnoœci ze skrajnie lewicowym przechyłem, chwilami wręcz eurokomunistycznym przekazem. To powoduje m.in., że w częœci, gdzie mowa jest o totalitaryzmach, widz się dowiaduje, że owszem w XX wieku pojawił się on w Europie w dwóch postaciach, tyle że nazywały się one: „nazizm" i „stalinizm".

Co jednak najważniejsze, profil ideologiczny wystawy powoduje, że nie jest ona w stanie zrealizować głównego (jak się można spodziewać) celu tego przedsięwzięcia, którym powinno być wzbudzenie w mieszkańcach Unii dumy wynikajšcej z faktu bycia Europejczykiem, przekonanie ich o sukcesie integracji europejskiej oraz pozytywne nastawienie do wartoœci stojšcych u podstaw Europy. Tymczasem ekspozycja poœwięcona zimnej wojnie bardzo wiele uwagi przykłada do odpowiedniej symetrii między oboma œcierajšcymi się blokami, jak ognia unika wartoœciowania, na koniec zaœ okazuje się, że właœciwie z niewiadomych przyczyn jeden z nich wygrał.

W ten sposób zmarnowana została olbrzymia szansa, by pokazać wielki triumf œwiata zachodniego i reprezentowanych przez niego wartoœci nad totalitarnym zniewoleniem. Wydarzenie, które mogłoby się stać jednym z pięknych mitów założycielskich nowej, rozszerzonej o Europę Œrodkowš wspólnoty, zostało rozmyte w mętnym sosie poprawnoœci politycznej. Wartoœci, które stały za zwycięstwem œwiata wolnoœci nad sowieckim zniewoleniem, nie zostały pokazane na wystawie majšcej prezentować drogę do zjednoczonej Europy. Trudno o większy paradoks.

* * *

Historia dzieli nie tylko Polskę i Niemcy. Różne, nieprzystajšce do siebie narracje i interpretacje można znaleŸć w całej Europie. Pamiętać przy tym należy o rosnšcej roli historii (czy może raczej – polityki historycznej) we współczesnym œwiecie. W skrajnym przypadku może być bowiem nie tylko kwestiš soft power, ale również jak najbardziej twardej polityki bezpieczeństwa, czego przykładem może być konflikt rosyjsko-ukraiński, w którym rosyjska agresja na Ukrainę jest uzasadniana m.in. względami historycznymi, agresywnš propagandš z zakresu polityki historycznej. To wymaga od Polski z jednej strony aktywnoœci na tym polu, z drugiej zaœ mšdroœci i powœcišgliwoœci pozwalajšcej na skutecznš realizację celów.

Autor jest wicedyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego. W latach 2014–2016 był zastępcš prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL