Nic bardziej błędnego. Chrześcijaństwo (podobnie zresztą jak judaizm) nie wymaga ode mnie rezygnacji z rozumu, z racjonalnego poznawania świata, odkrywania sensu (matematyczności) w ogromie świata. Nie byłoby zresztą współczesnej nauki, gdyby nie to, że chrześcijaństwo (do spółki z częścią filozofii greckiej) dokonało demitologizacji świata, a Kościół zaczął zakładać pierwsze uniwersytety i wspierać rozwój najpierw scholastyki, a później renesansu (to bowiem właśnie papieże byli jego największymi zwolennikami). I to się nie zmienia, nawet jeśli czasem Kościół sprzeciwia się jakimś technikom medycznym czy zwraca uwagę na dyskusyjne moralnie zastosowania jakichś odkryć naukowych albo zaleca ostrożność w pewnych badaniach. Wiara i rozum, by przypomnieć słynne zdanie św. Jana Pawła II, to dwa skrzydła, na których człowiek wznosi się do Boga.

Jeśli jest jakaś różnica, to tylko taka, że ów rozum, racjonalność, logiczność są rozumiane szerzej niż w przypadku pozytywistycznych czy neopozytywistycznych koncepcji nauki. Rozumne i racjonalne jest nie tylko to, co możemy poznać empirycznie, co dotykalne, ale także to, co takie nie jest. Świat jest dla człowieka wierzącego większy i szerszy, ale to nie znaczy, że mniej racjonalny. Jest w nim miejsce i dla człowieka, i zwierząt, i dla aniołów czy aniołów upadłych, o Stwórcy wszystkiego nie zapominając, a poza światem empirycznie nam dostępnym jest jeszcze świat duchowy. Jeden i drugi istnieją równocześnie, ale wcale się nie wykluczają, wcale nie są ze sobą sprzeczne. Świadomość, że istnieje diabeł i opętanie, nie wyklucza chorób psychicznych, a świadomość, że pewne choroby mogą mieć źródła w przestrzeni ducha i psychiki, nie wyklucza także zupełnie naturalnych przyczyn tychże. Wiara w cuda (a ja nie tylko w nie wierzę, ale także ich doświadczałem) nie oznacza odrzucenia naturalnych przyczyn i naturalnej przyczynowości, ale jest świadomością, że Stwórca dla własnych celów może owe ustanowione przez siebie prawa ominąć albo – jak to ujmuje prawosławny teolog o. Sergiusz Bułgakow – że prawo stworzenia jest szersze niż znane nam zasady empiryczne, więc cuda mogą być zgodne z owym prawem, choć pozornie sprzeczne czy niewytłumaczalne empirycznie.

To poszerzenie nie jest jednak wykluczeniem. Wiara w cuda nie wyklucza medycyny. Wierząc, że Bóg może uczynić cud, jednocześnie normalnie się leczę, chodzę do lekarza (ja akurat niezbyt często, bo dopada mnie typowo męska niechęć do wizyt u specjalistów), biorę leki czy poddaję się operacjom. A gdy odzyskuję zdrowie, to dziękuję zarówno lekarzom, którzy mi pomogli, jak i Panu Bogu, który, jak wierzę, prowadził ich ręce i umysły (i to niezależnie od tego, czy oni sami w to wierzyli, czy też nie).

I dokładnie tak samo jest z wiarą w to, że Bóg może do nas mówić poprzez znaki. Nie oznacza to, że jako chrześcijanie wierzymy, iż wielkie kataklizmy są przez Boga wywoływane, by nam o czymś powiedzieć, ale że mamy świadomość, iż poprzez te wydarzenia (mające naturalne przyczyny) Bóg może chcieć nam coś przekazać, a dokładniej, że my możemy owe wydarzenia jako Słowo do nas powiedziane odczytać. Wielu świętych i mistyków w ten sposób traktowało takie wydarzenia i nie widać powodów, byśmy my mieli myśleć inaczej. Szczególnie że jedyne, co mają do zaproponowania antyobskuranci, to dość ponury, absurdalny świat, w którym nie ma sprawiedliwości, nadziei i sensu.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95