Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Michał Płociński: Po co ta wojna z kultem samochodu

Tom Kelley Archive/Getty Images
Samochód to coœ więcej niż tylko œrodek transportu. Dla jednych własne auto będzie oznaczało wolnoœć, niezależnoœć, spełnienie najskrytszych pragnień, a dla drugich będzie przejawem poważnych kompleksów.

Wesele" Wojciecha Smarzowskiego. Wiesław, majętny prowincjonalny badylarz grany przez znakomitego Mariana Dziędziela, przekupuje Janusza (Bartłomiej Topa), by ożenił się z jego ciężarnš córkš i wychował jej dziecko jak swoje. Kartš przetargowš jest obiecane jako prezent œlubny sportowe audi TT. Samochód naprawdę porzšdny i wyględny. W zamierzeniu miała być to mocna satyra na polskš prowincję. Przecież nikt nie stawiałby na szali samochodu i całej swojej przyszłoœci? Tak myœlałem, dopóki znajomy nie zdradził mi, że u niego w rodzinie była niemal identyczna sytuacja.

Dlaczego samochód jest tak ważny dla Polaków? Bo jest czymœ więcej niż tylko œrodkiem transportu. Podobnie jak piłka nożna to nie kwestia życia i œmierci, ale coœ znacznie bardziej poważnego. Dla jednych własne auto będzie oznaczało wolnoœć, niezależnoœć, spełnienie najskrytszych i zarazem najpoważniejszych pragnień, a dla drugich będzie przejawem poważnych kompleksów.

Nie da się nie zauważyć, że dumni mieszczanie te kompleksy często łšczš z wiejskim pochodzeniem reszty. Doktrynalni przeciwnicy samochodów oburzajš się na polskš kulturę ludowš, jakby wcišż wystawała nam słoma z butów, a samochód był dla nas jedynie wydumanym symbolem statusu (aspiracji?) – nawet może nie jeŸdzić, byleby wyglšdał. Stšd zalew bmw, mercedesów, audi, nawet 30-letnich, ale za to dobrze wyklepanych. Bo, parafrazujšc, chłop w porzšdnym samochodzie równy wojewodzie.

Wojna kultur

Można przymknšć oczy na rzeczywistoœć i wypowiedzieć kultowi samochodu bezkompromisowš wojnę, jak robiš to aktywiœci miejscy. Pytanie, czy uciekajšc od zrozumienia potrzeb Polaków i odrzucajšc rzeczywistoœć, nawet agresywne, twórcy odgórnych regulacji mogliby zmienić nasze podejœcie do samochodu. Czy rozpowszechnienie się tzw. car-sharingu, czyli mocno uogólniajšc – wypożyczania pojazdów na minuty, powstrzyma nas, mieszczuchów, przed kupowaniem kolejnych aut?

Trudno nam na poważnie dyskutować o samochodach w mieœcie, bo w zależnoœci od wyznawanych wartoœci często przyjmujemy dwa skrajne podejœcia. Wyglšda to na swoistš wojnę kultury mieszczańskiej i ludowej. Można odnieœć wrażenie, że dla częœci Polaków samochód stał się pewnym symbolem polactwa-cebulactwa. Jedni więc samochody coraz bardziej kochajš, drudzy ich po prostu nienawidzš, nie przyjmujšc żadnych racjonalnych argumentów na potrzebę posiadania samochodu – także w mieœcie.

Publicysta tygodnika „Polityka" Daniel Passent ostrzega, że „SUV-y nas rozjadš", i ubolewa: „Palš jak smoki, więc nie sš ekologiczne ani ekonomiczne, ale co tam, najważniejsze to się pokazać". SUV-y, coœ poœredniego między zwykłym autem osobowym a terenowym (ale zdecydowanie bliżej tego drugiego), sš według Passenta absolutnie niepotrzebne, gdy chce się jeŸdzić po dużym mieœcie. Posiadanie tak drogiego i wielkiego samochodu musi œwiadczyć wyłšcznie o „nadmiarze pieniędzy, niedostatku kultury i chęci ukrycia się za wymówkš pracy" – to akurat słowa Fabia Cavallucciego, byłego dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej (CSW) w Warszawie, które przytacza Passent.

Częœć internautów publicyœcie przyklasnęła, jeszcze mocniej dokładajšc „wieœniakom" w SUV-ach, którzy pewnie nawet w życiu w CSW nie byli. Inni zaœ potraktowali te słowa niczym atak na największe œwiętoœci, w myœl niewypowiedzianego, choć dajšcego się wyczytać między wierszami oburzenia: nikt nie będzie wyœmiewał naszych ciężko wypracowanych (a częœciej - wcišż na razie tylko wymarzonych) wielkich i wspaniałych samochodów. I wytknęli publicyœcie, że przecież wiele SUV-ów w Warszawie przyjeżdża do miasta z przedmieœć, które nie doœć, że sš z roku na rok sięgajš coraz dalej od centrum, to sš też z miastem coraz gorzej skomunikowane.

Kwestia aspiracji

Pamiętam, jak na debacie „Plusa Minusa" zorganizowanej pod koniec 2016 r. w warszawskiej kawiarni Niespodzianka, która to debata dotyczyła sporu „Czy dobra zmiana stworzy klasę œredniš", Michał Karnowski przeœmiewczo przywołał powiedzenie, podobno popularne wœród nowych, bogatych mieszkańców dalekich przemieœć: po co ci lepsza droga, kup sobie lepszy samochód. Zatem SUV-y sš efektem naszych coraz większych aspiracji, spontanicznie dokonywanego awansu społecznego, któremu państwo nie tylko nie potrafi od prawie 30 lat nadać sensownych ram, ale za którym nawet nie nadšża, nie potrafišc do niego się dostosować i choćby wybudować porzšdnej drogi do osiedla, które rozbudowuje się od wielu lat.

Łatwo te aspiracje wyœmiać: chłopstwo posprowadzało się do miasta, poczuło się panami, dorobiło się skrzynki na bazarze, a teraz wcišż nieobyte, dalej z tš słomš w butach – wyprowadza się na przedmieœcia, bo poczuło się nagle „klasš œredniš". Można dodać: i dobrze, niech wieœniaki wracajš na wieœ, bo przecież nie chcemy ich w mieœcie, prawda, mieszczuchy?

Państwo polskie przez lata te aspiracje pozostawało same sobie, głoszšc ustami różnych premierów i ministrów, że oczywiœcie budujemy klasę œredniš, że Polacy się dorabiajš, i dobrze, ale jeœli już odnosiło się do nich w sposób bardziej konkretny, to czyniło to w dziwny sposób obok naszych realnych œcieżek awansu. Rzadko politycy odnosili się do prawdziwych potrzeb i problemów aspirujšcych do klasy œredniej Polaków, raczej – na potrzeby wyborcze – tworzyli własny, wymarzony obraz klasy œredniej. Tylko że wyœnione ideały wielkomiejskiej, młodej, liberalnej, prounijnej i otwartej obyczajowo „nadzwyczajnej kasty" tyle miały wspólnego z prawdš, co wierzenia motoryzacyjnych fanatyków, że wszyscy możemy jeŸdzić SUV-ami.

Bo jeœli dla częœci lewicowo-liberalnych ideologów wymarzonym wzorem aspirujšcego Polaka jest obyty kulturalnie mieszczanin dojeżdżajšcy do pracy rowerem lub komunikacjš publicznš, to przecież częœć konserwatywnych Polaków wierzy, że jest nim ojciec czwórki dzieci, przed pracš rozwożšcy je właœnie SUV-em z dworku pod miastem po dobrych szkołach rozsianych w ekskluzywnych dzielnicach. Co więcej, można odnieœć wrażenie, że właœnie takie aspiracje pragnie w Polakach rozpalić wielu obecnie rzšdzšcych polityków.

Nie mam wštpliwoœci, że aktywiœci miejscy jednak majš rację, że w szerszej perspektywie własny samochód jest absolutnie nieekonomiczny, nie tylko dla każdego z nas, ale co ważniejsze – społecznie. Nawet gdybyœmy wszyscy mieli czwórkę dzieci i rzeczywiœcie jeŸdzili samochodem tylko dlatego, że musimy je rozwieŸć po szkołach, to przecież dużo sensowniejsze byłoby takie racjonalne urzšdzenie miasta, by dzieci nie musiały daleko dojeżdżać do szkół, a my mieszkać na dalekich przedmieœciach i godzinami wlec się do pracy, by spełnić własne aspiracje. Po co tracić tyle czasu? Jak nacieszyć się własnym ogródkiem, porzšdnym samochodem, możliwoœciami, na które ciężko pracowaliœmy latami, jeœli codziennie tyle godzin tracimy na dojazdy?

Jakkolwiek by oburzać się na ideologię, która często stoi za pomysłami różnych miejskich działaczy, i narzekać na klapki na oczach, które przysłaniajš wielu z nich różne sprawy, to jednak trzeba uczciwie przyznać, że ich ocena sytuacji jest słuszna (co innego proponowane przez nich utopijne rozwišzania). Po prostu miasto nie ma prawa dobrze funkcjonować, jeœli wszystko w nim podporzšdkowuje się potrzebom przejeżdżajšcych duże odcinki kierowców. Nie możemy wszyscy dojeżdżać do pracy samochodem z jednego końca miasta na drugi. Nie możemy wszyscy rozwozić dzieci po szkołach. I nie pomoże tu żadna œwięta przepustowoœć, w którš wielu kierowców wierzy niczym w gusła, bo nie potrafimy tak zorganizować ani miejsc parkingowych, ani samego ruchu ulicznego, by miasto po prostu nie stanęło w gigantycznych korkach. A jeœli, idšc dalej za modš zrodzonš w zatkanych amerykańskich metropoliach, gdzie przy wielu ulicach nie ma nawet chodników, wszyscy wyprowadzimy się na dalekie przedmieœcia i dalej będziemy żšdali coraz szerszych dróg dojazdowych, to nie liczmy, że w tajemniczy sposób przyniesie to inny efekt, niż przyniosło za oceanem. Nie, centra naszych miast po prostu obumrš, bo nie będzie dało się w nich mieszkać.

Siła kolektywizmu

Przy czym lewicowe pomysły powrotu do dawnej roli miast powinny być bliskie konserwatywnemu sercu. Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak wielu konserwatystów woli walczyć o indywidualistycznš wizję życia gdzieœ na przedmieœciach, niż zwrócić się w stronę rozwišzań bardziej kolektywistycznych. Przecież miasto to nie tylko liberalne, mieszczańskie ideologie, ale także najprawdziwsze konserwatywne wartoœci oparte na tradycyjnych więziach społecznych, rodzšcych się właœnie w zdrowo zorganizowanym mieœcie. Wyœmiewanie kolei czy komunikacji miejskiej i przeciwstawianie im transportu prywatnego nie ma większego sensu. Z drugiej strony nie znaczy to jednak, że prywatny samochód jest jakimœ złem wcielonym.

Czym innym jest nawoływanie do odwrócenia trendów komunikacyjnych, szczególnie w niedoinwestowanej przez lata kolei, a nawet poważna refleksja nad tym, czy rzeczywiœcie to kolejne odcinki autostrad najlepiej służš rozwojowi naszej gospodarki, a czym innym ideologiczna wojna wypowiedziana samochodom. Bo car-sharing, rower ani komunikacja publiczna nie zastšpiš Polakom tego, co daje samochód. Choć można zgryŸliwie przyznać, że dekretowanie rozwišzań sprawdzonych w społeczeństwach, w których samochody już się znudziły albo nigdy nie miały większego znaczenia, bez oglšdania się na nasze realia, wydaje się logiczne. W tym sensie, że jest w zgodzie z logikš obowišzujšcš co najmniej od 1989 r. Ale takie œlepe naœladownictwo Zachodu kolejny raz zrodzi więcej problemów, niż rozwišże.

Wierzę, że da się zmienić nasze podejœcie do miasta i roli samochodu w nim bez ideologicznego zacietrzewienia. Aby tak się stało, jedni muszš uznać, że to nie samochód jest ich wrogiem, a drudzy, że rzeczywiœcie potrzebujemy jakichœ systemowych zmian, a droga zbudowana z szerokich miejskich estakad prowadzi donikšd. Musimy przestać krzywić się na ograniczenia prędkoœci do 30 km/h, które majš ułatwić życie rowerzystom i trochę odstraszyć od wjazdu do centrum. I przestać oburzać się na wysokie opłaty za parkowania. Takie obostrzenia byłyby bardziej sprawiedliwe niż odgórne dyrektywy, kto może, a kto nie może wjeżdżać do miasta.

Nie dajmy sobie jednak wmówić, że samochód sam w sobie jest czymœ złym. Nie jesteœmy żadnymi „januszami" tylko dlatego, że marzy się nam porzšdne BMW. Nie ma nic złego w tym, że przywišzujemy wielkš wagę do posiadanego samochodu, bo on naturalnie jest czymœ, czemu można przypisać wielkie znaczenie. Naprawdę daje poczucie wolnoœci, wielkš niezależnoœć w œwiecie tymczasowoœci. To pewna namiastka stabilnoœci w czasach, gdy poprzednie pokolenia nie zagwarantowały młodym Polakom zbyt pewnego startu w dorosłoœć.

To już nie mieszkanie na kredyt, bo o tym młodzi mogš tylko pomarzyć. To własna toyota yaris. Ta niezależnoœć, jakš daje samochód, może wiele rekompensować, i dobrze. W krajach na dorobku, o kulturze ludowej (mieszczańskie Czechy tu nie pasujš), samochód jest po prostu dziœ pewnš obiektywnš wartoœciš. Do tego tam, gdzie przez lata był nieosišgalnym marzeniem, wielu ludzi za wszelkš cenę chce je realizować. I wydaje się, że w Polsce, gdzie nasi rodzice na własne auto musieli czekać latami, ta prawidłowoœć wcišż obowišzuje. Jak silna jest ta potrzeba, widać najlepiej w Albanii, gdzie aż do 1991 r. obowišzywał zakaz posiadania samochodu przez osoby prywatne. Wystarczy raz odwiedzić ten kraj i zobaczyć te cišgnšce się po horyzont myjnie, warsztaty i stacje benzynowe, by zrozumieć, jak to marzenie może być istotne. Tym bardziej, że w biednej Albanii paliwo jest sporo droższe niż w Polsce, a i tak samochody sš tam po prostu wszędzie, łšcznie z parkami narodowymi i samym nadbrzeżem miejskich plaż.

Niemiec, od którego kupowałem swój samochód, oczywiœcie płakał, jak sprzedawał, ale opowiedział mi też swoje perypetie z naprawš innego auta. Po wysłuchaniu długiej opowieœci wyraziłem zdziwienie, że to tamtego samochodu nie chce sprzedać, skoro tyle ma z nim problemów. Odrzekł, że mu to absolutnie nie przeszkadza, bo ma jeszcze dwa inne auta i zajmuje się tamtym trochę z nudów. Po prostu lubi go sobie naprawiać. Młody, 30-letni chłopak, pracował gdzieœ w urzędzie, nie wyglšdał na bogatego z domu. Nigdy za granicš nie czułem takiej przepaœci kulturowej jak wtedy. Najpierw pomyœlałem, że Niemcy to dopiero majš hopla na punkcie samochodów, a póŸniej zrozumiałem, że dla nich auta przedstawiajš zupełnie innš wartoœć niż dla nas.

Skuteczna namiastka

Sam mam 22-letniego saaba. Piszšc to, gdzieœ podskórnie czuję – i wyrzucam to sobie – że się tym chwalę. Tak, marzyłem właœnie o tym modelu, w takiej wersji, wyposażeniu i z tak potężnym silnikiem. Cieszę się nim, jakby sam fakt, że go posiadam, był jakimœ życiowym osišgnięciem, choć tak naprawdę gdyby nie ojciec mechanik, który pojechał ze mnš do Niemiec, nie zdecydowałbym się nawet samemu wyruszyć w poszukiwaniu upragnionego modelu. I dodam uczciwie, że gdyby nie finansowa pomoc matki, nawet na tak wysłużony pojazd dawniej nie byłoby mnie po prostu stać.

Niczym passentowy SUV mój saab pali jak smok i nie spełnia żadnych norm – ekonomicznych i ekologicznych. Możliwe, że już z samej racji jego wieku niedługo nie będę nim mógł wjeżdżać do centrum Warszawy, gdzie mieszkam. Wujek przekonywał mnie, że dla kawalera mieszkajšcego w Œródmieœciu samochód jest zachciankš absolutnie nieopłacalnš, i na serwetce zgarniętej ze œwištecznego stołu wyliczał mi, ile będzie mnie kosztowało samo utrzymanie samochodu, a ile zaoszczędzę, nawet nie tyle jeżdżšc komunikacjš publicznš, ile regularne podróżujšc taksówkami! A częœci do saaba? Przecież tych samochodów już nie produkujš. A rdzewiejšca karoseria?

Przekonywał mnie, ale na nic się to nie zdało – jak grochem o œcianę. Ja po prostu chciałem mieć ten samochód. Wymarzyłem go sobie, gdy Jeremy Clarkson w programie rozrywkowo-motoryzacyjnym „Top Gear" opisał go jako idealny samochód dla szwedzkiego architekta: porzšdny, bezpieczny, bez udziwnień, ale ładny – z klasš. Tak, trafiło to do mnie. Chciałem być szwedzkim architektem.

Utrzymanie go kosztuje mnie fortunę, rzadko nim jeżdżę i gdyby nie fachowa pomoc ojca, mój saab raczej stałby gdzieœ porzucony w lesie po kolejnej awarii pompy paliwa czy alternatora. Ale tydzień temu znowu zamówiłem mu ubezpieczenie OC, i to bez żadnych wštpliwoœci, czy mi się to w ogóle opłaca. Bo choć do pracy jeżdżę rowerem, wieczorami metrem lub uberem, a samochodem raczej tylko na niedzielnš piłkę z kolegami lub do babci na obrzeża miasta, to po prostu dobrze czuję się z tym, że mam saaba. Na ostatni weekend lata zabiorę nim dziewczynę na Mazury. I będę pękał z dumy, gdy butelkowozielona strzała pomknie między pięknymi jeziorami.

Choć wiem, że to tylko namiastka czegoœ, co tu i teraz z wielu powodów jest dla mnie nieosišgalne, to właœnie tu i teraz własny samochód spełnia moje oczekiwania. Daje mi poczucie wolnoœci, niezależnoœci, poczucie, że jestem kimœ. Nie ma w tym nic złego, muszę jeszcze tylko opłacić to koszmarnie drogie OC, zatankować bak bez dna i poszukać œpiworów, bo nawet namiot nie jest nam potrzebny, gdy mamy saaba.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL