Plus Minus

Pro8l3m: Nie jesteśmy dobrym głosem społeczeństwa

Nie jesteśmy żadną tubą propagandową – mówi Steez (z lewej, na pierwszym planie Oskar)
Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Nie jestem dobrym głosem społeczeństwa, nie robię kawałków, które uważam za słuszne. Robię takie, nad którymi praca sprawia mi przyjemność. Bardziej niż polityka interesuje mnie inwigilacja przez media społecznościowe - mówi Pro8l3m, duet hiphopowy: raper Oskar i producent muzyczny Steez.

Plus Minus: Słucham waszej ostatniej płyty i trochę jestem zaskoczony: już nie tylko imprezy?

Oskar Tuszyński: Ile można... Choć akurat jestem trochę wczorajszy – może stąd chwilowa niechęć do imprez.

Piotr „Steez" Szulc: Imprez mniej, ale jak są, to mocne.

Nagrywaliście kawałki o imprezach, a teraz wydaliście płytę „Hack3d by GHOST 2.0" o ciemnej stronie mediów społecznościowych. Kiedyś takimi sprawami zajmował się punkowy Dezerter, a teraz okazało się, że najlepiej czują to hiphopowcy. Po jej przesłuchaniu zakleiłem kamerę w komputerze.

O.: Ja zaklejam i odklejam, na zmianę. Nie pytajcie, kiedy zaklejam.

S.: No właśnie pytanie, czym się zajmujesz. Nie sądzę, by starsza pani, która pracuje na kasie w Biedronce, też musiała zakleić, bo kto by miał ją śledzić i dlaczego... Natomiast zorientowaliśmy się, że jakby komuś przyszło do łba śledzenie, to jest to bardzo proste. Jest też druga strona medalu. Oskar nawinął: „Jak będą ci meliniarze opierd... kwadrat, to twój samsung to nagra". Ostatnio co i rusz pojawiają się zdjęcia złodziei, którym ukradziony sprzęt sam je cyknął i wysłał w sieć.

A z drugiej strony pojawia się myśl, że największym więzieniem byłoby „odpięcie od sieci".

S.: Internet daje nam na tyle duży komfort, wolność wyboru i pewną swobodę wypowiedzi, że stał się już równoległą rzeczywistością. Jak sieć przestaje działać, to nie zapłacisz rachunków, nie zamówisz jedzenia i nie napiszesz na fejsie do znajomych.

O.: Możesz dziś funkcjonować, nie wychodząc z domu. Pracujesz, pozyskujesz informacje, odbywasz spotkania, zamawiasz jedzenie – odcięcie od sieci jest prawie jak zamknięcie.

Może trzeba sobie robić wakacje od internetu.

O.: Tu mamy wakacje, bo w tym studiu nie ma zasięgu. Gdy był, byliśmy rozproszeni. Choć nie jestem chyba aż tak wkręcony w sieć. Wydaje mi się, że jak na dzisiejsze realia spędzam dosyć dużo czasu offline.

A co na takie przemyślenia fani, którzy przyzwyczaili się, że robicie kawałki o imprezach?

O.: Nam się wciąż takie kawałki podobają.

S.: Zabawa to uniwersalny temat, bo jest dla większości z nas jakimś wspólnym punktem odniesienia, niezależnie od tego, kim jesteśmy. Dodatkowo dla nas melanże są też miejscem spotkania z fanami, którzy przychodzą na nasze koncerty.

O.: Ludzie robią różne rzeczy. Jeden piecze chleb, drugi naprawia samochody, ale jak siadają do wódki, to równają do jednej linijki. Potem budzą się i stwierdzają, że to było bez sensu. Tysiąc melanży i tysiąc pierwszy będzie taki sam... Zaletą i równocześnie bolączką rapu jest to, że każdy może nagrać kawałek. Jakby była taka potrzeba, to byśmy nagrali coś w 15 minut i to nawet z tobą na refrenie. I może coś by z tego wyszło. Tu czasem dobre rzeczy wychodzą przypadkiem.

S.: Polski rap wszedł w dojrzalszy etap, ale my wychowywaliśmy się, słuchając polskich pionierów gatunku. Wielu z nich brak talentu nadrabiało zapałem i zajawką. Czas ich zweryfikował. To taka naturalna selekcja.

Pamiętam pierwszą legendarną składankę wytwórni SP Records. Ciężko byłoby dziś tego słuchać i to mimo że tam po raz pierwszy pojawił się legendarny skład Kaliber 44.

S.: W magazynie „Klan" było dużo ciekawych składanek, a wśród nich gorsze i lepsze rzeczy. Ja tego nie chcę w żaden sposób napiętnować, tylko zauważam, jak to się bardzo zmieniło.

O.: To byli pionierzy.

A ty musiałeś pracować nad tym, jak rapujesz, nad tzw. flow? Twój styl to znak rozpoznawczy zespołu.

O.: Pracowanie nad flow to moja zajawka. Nie myślałem dawniej, że będę się kiedyś tym zajmował zawodowo, po prostu mnie to kręciło.

S.: Oskar rapuje od początku lat dwutysięcznych. To nie jest tak, że w dwa lata wypracował takie flow. To trwa i ewoluuje.

O.: Jedni grają w piłkę, inni jeżdżą na deskach, a ja rapowałem. Na początku siedzisz zjarany z ziomkami i rapujecie dla zabawy. To po prostu robienie muzyki dla zajawki, tak samo jak garażowe ekipy rockowe czy punkowe grają po piwnicach.

S.: Napiszesz 100 tekstów i zaczynasz się orientować, że są jakieś zasady.

O.: To jak dobry mecz piłki nożnej. Nikt przecież nie ogląda, jak gracie z ziomkami pod blokiem. Nie oglądasz też gościa, który jedzie małym fiatem, tylko Formułę 1. I nie musisz być kierowcą, żeby docenić jego jazdę. To właśnie skill, umiejętności.

To forma. Polski hip-hop miał kiedyś świra na jej punkcie, stąd tak wybitne płyty, jak „63 minuty dookoło świata" zespołu Kaliber 44, która jest w zasadzie o niczym. Później przyszła treść.

O.: To kwestia tego, jak szeroko masz otwarte oczy. Staram się patrzeć szerzej, mam poczucie, że muzycznie możemy zrobić to, co chcemy i to nawet nie musi być hip-hop. Musiało to we mnie dojrzeć. Kiedyś, patrząc na rap, widziałem określoną tematykę. Później zrozumiałem, że mogę pisać o czym chcę.

S.: Rap się odkleił od swoich hiphopowych korzeni. Tak jak uciekło od nich graffiti.

Jak to jest, że obecnie praktycznie cała licząca się w Polsce muzyka niezależna to rap?

S.: To jest muzyka naszych czasów. Bardzo wdzięczne i proste narzędzie ekspresji.

O.: Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa, ale nawet jak rap nie będzie główną siłą, to myślę, że przez jakiś czas będzie bardzo mocny, nawet gdzieś w tle.

Większość niezależnych wytwórni, które sobie dobrze radzą, to te hiphopowe.

S.: One urosły na tym, że nie było kompetentnych ludzi w dużych wytwórniach i twórcy stwierdzili: nikt nas tam na górze nie rozumie, więc otwieramy własne wydawnictwa. Rynek muzyczny w Polsce nigdy nie stał na wysokim poziomie, co innego twórcy. Brak wsparcia ze strony dużych wytwórni oraz początkowa hermetyczność gatunku sprawiły, że rap zamiast do radia trafił na YouTube'a, który po chwili okazał się jednym z najlepiej rokujących, w kontekście promocji muzyki, mediów. I dlatego teraz rekordy oglądalności w polskiej muzyce rozrywkowej biją głównie rapowe klipy, do spółki z resztą z disco polo, które jest zupełnie inną historią, ale paradoksalnie przeszło podobną drogę.

Ale patrząc na to, jak wyglądają wasze teledyski, to chyba też w nie ktoś mocno zainwestował.

S.: Tak, my.

Stać was na palenie samochodów? Jesteście bogaci z domu?

S.: Nie, na wszystko, co mamy zapracowaliśmy sami. Inwestujemy w nasz projekt własne pieniądze i dbamy, żeby wszystko wyglądało dobrze. Nie ma tam żadnych sponsorów. Nie chcemy być żywym nośnikiem wartości, z którymi się nie identyfikujemy, albo zwyczajnie nośnikiem reklamowym. Jak to zresztą ktoś kiedyś słusznie zauważył, niekomercyjność też ma wartość komercyjną. Być może nasi fani doceniają naszą niezależność.

O.: Jak robisz coś na poziomie, to znajdzie się kilka osób, które zechcą ci pomóc. Choć akurat samochód kupiliśmy.

S.: Za straż pożarną też zapłaciliśmy.

Robisz coś sam, a potem czysty zysk.

O.: Chodzi mi o kontrolę nad stylem, o pełną władzę nad decyzjami.

S.: Teraz, gdy już wiadomo, jaki potencjał ma to, co robimy, to moglibyśmy związać się z wytwórnią i wywalczyć kontrakt, który dawałby nam podobne zyski i w dodatku trochę odciążał, ale nie o to chodzi. Mamy nad wszystkim kontrolę. Nikt mi nie przyjdzie i nie powie, że na singiel to ten kawałek, a okładka to taka. Nie twierdzę, że byłoby w tym coś złego, są przecież artyści, którzy tego potrzebują. Ale nie my.

Oglądam te teledyski i myślę: ale ci goście mają dużo hajsu. A tu przychodzę i siedziba w jakiejś rap-kanciapie...

S.: Rap-kanciapa rap-kanciapą, ale żyjemy jak chcemy. Tytuł naszej pierwszej płyty to „C30-C39", czyli gambit królewski. Ryzykowny manewr szachowy. I my zaryzykowaliśmy. Do pierwszego albumu dołożyliśmy.

Czyli nagrywanie muzyki po pracy.

O.: Robiłem różne rzeczy, mądre i głupie, ale w sumie mało mnie to ciekawiło.

S.: Siedliśmy i podjęliśmy decyzję.

O.: Stwierdziłem, że albo robię to tak jak trzeba – czyli poświęcając inne rzeczy – albo w ogóle.

I jak wygląda życie zawodowego rapera? Pamiętam jak kiedyś raperzy z zespołu Beastie Boys opowiadali o swoim dniu: wstają rano i odwożą dzieci do szkoły, a potem 8 godzin pracy w studiu.

S.: Katujemy się w okresach, gdy pracujemy nad materiałem.

O.: Zwolniłem. Mam więcej czasu na swoje zajawki. Robię to, co lubię: oglądam filmy, czytam książki, piję wódkę. Mam czas na spotkania z ludźmi i jedzenie dobrych rzeczy. Tu jest Polska, więc to nie tak, że odnosisz sukces i masz na ferrari. Wybieram zajęcia, które według mnie mogą mi pomóc w procesie twórczym. Tak wybieram też filmy czy książki. Może podłapię trochę stylu.

I co teraz czytasz?

O.: Brnę przez „Braci Karamazow" Dostojewskiego, „Zero, zero, zero" Saviano i trzeci raz przez „Prawdziwego gangstera". To mi najlepiej wchodzi.

S.: Ja mam nadzieję, że niedługo będę żył jak Oskar, ale na razie robię na dwa etaty w muzyce. Produkujemy prawie wszystkie nasze koncerty i jestem menedżerem też kilku innych artystów. Dostałem wizę do Stanów i możliwe, że następne rzeczy będziemy nagrywać w Los Angeles.

O.: Świat jest otwarty. Mamy budżet na następną płytę i na życie w czasie jej realizacji.

W Los Angeles?

O.: To zależy jak będziemy tam żyli. Wynajmujesz mieszkanie i tam też jest przecież Biedronka.

S.: Nowe sytuacje życiowe to zawsze twórczy stymulant.

Nasza muza...

S.: Czyli chcesz z nami ten refren nagrać? (Śmiech).

W sensie polska muza. Ona niczym się nie różni brzmieniowo od tej z USA. Kiedyś była przepaść. Wiele z najlepszych polskich rapowych płyt zostało źle wyprodukowanych, bo nikt nie wiedział jak to dobrze zrobić.

S.: Jeśli chodzi o brzmienie, to korzystamy z usług najlepszych. Tak jest od pierwszej płyty. Stwierdziliśmy, że nie będziemy na tym oszczędzać. Ale to jest naprawdę ostatni etap, ostatni sznyt. Jest mnóstwo rapowych albumów, które brzmią słabo, ale mają to coś, choćby legendarny pierwszy materiał ekipy Molesta. W muzyce nie chodzi przecież tylko o brzmienie.

O.: Dawniej wydanie płyty graniczyło z cudem. Wszyscy byli spięci, żeby ją po prostu domknąć.

S.: Teraz jest łatwo wydać album. Wszystko masz pod ręką. A kiedyś sukcesem było stworzenie czegokolwiek, co pojawiłoby się na sklepowej półce. Do klipu nie brałeś ziomeczków, tylko musiałeś mieć profesjonalną ekipę wideo, sprzęt kosztował krocie, trzeba było umieć go obsłużyć itd...

Te teledyski też przeważnie nie wyglądały za dobrze.

S.: Teledyski były bardzo drogie. Mój ojciec pracował w studiu produkcyjnym, które kręciło reklamówki. Studio podupadło, bo okazało się, że konkurencją dla firmy z infrastrukturą są dzieciaki z kamerami, które za mniejsze pieniądze robią podobne rzeczy. Technologia zmieniła rynek. To akurat dobrze dla hip-hopu, bo stać nas na teledyski bez wsparcia dużych wytwórni.

A ciebie w pisaniu tekstów interesuje to, co się dzieje dookoła?

O.: Interesuje mnie sytuacja, ale muzykę robię apolitycznie.

Czyli nie chodzisz protestować w sprawie sądów?

O.: Nie chodzę, ale wiem, że jest protest.

S.: Czasem to jest bardzo ważne, a czasem ci, którzy chodzą na protesty, sami nie do końca wiedzą, po co tam są, ale zabierają głos. Walczą przeciwko zmianom, których nie rozumieją, bo znajomi poszli.

O.: Może wielkie zmiany tak przebiegają. Charyzma jednostki potrafi ciągnąć mniej świadomą resztę.

S.: W społeczeństwie obywatelskim ludzie powinni protestować i to powinno mieć realny wpływ na partie rządzące. Jeśli winić obecny rząd za to, co i w jaki sposób się dzieje w sądownictwie, to równie dobrze można mieć pretensje do poprzedniej władzy, która z tym sądownictwem przez lata nic nie zrobiła. Doprowadzili do sytuacji, w której sfrustrowane masy legitymizują kontrowersyjne działania partii rządzącej.

I wam podoba się ta zmiana?

S.: Niekoniecznie, spójrz na przykład jak rozdzielane są środki na kulturę. Moi znajomi, którzy organizują wydarzenia kulturalne, narzekają, że zabrano im pieniądze, bo musi być na festiwale sakralne. Tak się barterem partia rządząca rozlicza za wsparcie na niedzielnych mszach.

O.: Podobno żyjemy w świeckim kraju...

S.: Mamy ogromną liczbę zadeklarowanych katolików, ale ci ludzie w głębi duszy nie wierzą w nauki Kościoła, oni są po prostu wychowani w tym duchu, wyuczeni tego od dziesiątek pokoleń. Zabawny paradoks, bo żyjemy w wolnościowym, demokratycznym społeczeństwie, a wciąż wierzymy w monarchiczną konstrukcję wszechświata.

Rozumiem, że te festiwale sakralne są pewnym symbolem. Pewnie jak władza przeinwestuje, to nastąpi sprzężenie zwrotne i ludzie się od tego odwrócą.

S.: Ciężko powiedzieć, bo nieduży procent ludzi zwraca uwagę na to, jak rząd zarządza budżetem.

O.: Chodzi o przedłużenie kadencji. Widzę to jako deal, którego celem jest przetrwanie. To jest jedna z wad dzisiejszych demokracji.

S.: Reformy są konieczne, szkoda tylko, że przeprowadzają je ci, którzy zrobili to propagandowe bagno z telewizji publicznej.

Mamy w rapie silny nurt patriotyczny...

S.: ...nie jestem jego fanem.

A dałoby się dobrze zrobić taki patriotyczny rap? Na razie te kawałki nikomu nie wychodzą.

S.: Pytanie, czy ludzie, którzy je nagrywają, to koniunkturaliści, którzy wypływają na tej retoryce, czy jednak robią to od serca. Jak widzę kolejne firmy, które podczepiają się pod ten wózek, by zarobić na patriotycznych ciuchach, to trochę robi się to niesmaczne. Ale to ty wiesz chyba lepiej od nas.

Ale to was słuchają miliony. Sądząc przynajmniej po liczbach w serwisach Spotify i YouTube.

S.: Nie jesteśmy żadną tubą propagandową.

Nie trzeba robić stricte politycznych kawałków. Można po prostu wspierać pewien klimat, który sprawi, że wybory wygra ktoś inny.

O.: Może zabrzmię infantylnie, ale nie robię kawałków, które uważam za słuszne. Robię takie, nad którymi praca sprawia mi przyjemność. Nie jestem dobrym głosem społeczeństwa.

Taki społeczny nurt zawsze był mocny w hip-hopie, żeby wspomnieć choćby grupę Public Enemy. Chciałem zrobić z wami wywiad nie dlatego, że jesteście głosem pokolenia, tylko dlatego, że je dobrze sportretowaliście. Wraz z jego imprezami i bolączkami.

S.: Public Enemy to były inne czasy. Oni byli mocno osadzeni w amerykańskich realiach i mieli bardzo wyraźne poglądy polityczno-społeczne, a my robimy głównie muzykę rozrywkową.

O.: Na pewno nie patrzę, jaki efekt przyniosą nasze kawałki. Na przykład inwigilacja przez media społecznościowe bardziej mnie interesuje niż polityka.

S.: Sztuka nie musi mieć charakteru edukacyjnego. Sporo przekazaliśmy w utworze i teledysku „Opowieść o Tobie". Ten kawałek to nasz manifest. Wiele rzeczy dzieje się za kulisami. Mnie interesuje to, że te same boty, które wpływały na kampanię prezydencką w USA, wpłynęły też na kampanię we Francji, a nie że w polskim Sejmie posłom słoma z butów wystaje.

Zróbcie następną płytę o botach.

S.: Następną płytę zrobią za nas boty.

O.: To dobrze, będę miał jeszcze więcej czasu na imprezy (śmiech).

—rozmawiał Piotr Witwicki

(dziennikarz Polsat News)

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL