Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jacek Sokołowski: Demokracja potrzebuje kompromisu elit

AFP, Janek Skarzyński
Trójpodział władzy nie jest abstrakcyjnš formułš. Jest rozwišzaniem problemu odwiecznej rywalizacji dwóch grup społecznych, bez których żadne państwo nie może istnieć, a których współpraca zapewnia mu sukces. Konsensusu, którego w Polsce nigdy tak naprawdę nie było.

Dobrze działajšcego państwa nie zbudujš żadne, choćby najlepsze przepisy. Państwo tworzš ludzie i ich zachowania. Normy prawne mogš oczywiœcie na te zachowania wpływać i je modyfikować, ale w wymiarze fundamentalnym dla funkcjonowania państwa, czyli w obrębie reguł ustalajšcych zasady rywalizacji o władzę i zasady jej sprawowania, kluczowe jest to, w jaki sposób najważniejsze dla tegoż państwa grupy ludzi (elity) definiujš relacje pomiędzy sobš. Nie zawsze musi się to odbywać œwiadomie, niekiedy „wypracowanie" reguły może być wynikiem wyczerpania przeciwników, którzy dojdš do wniosku, że stan równowagi jest bardziej opłacalny od permanentnej wojny. Instytucje, tak wielbione przez konserwatystów, to nic innego jak sformalizowanie, w drodze wyraŸnego bšdŸ dorozumianego konsensusu, pewnych relacji w obrębie œwiata władzy i polityki, które elita danego kraju uznała za pożšdane – lub przynajmniej za takie, które zapewniajš poszczególnym grupom wystarczajšcy stan równowagi.

Zasada rzšdów prawa i trójpodział władzy, na których swoje funkcjonowanie oparły z powodzeniem kraje Zachodu sš takim właœnie konsensusem elit. Aby zrozumieć, na czym tak naprawdę polega konflikt wokół wprowadzanych przez PiS zmian w wymiarze sprawiedliwoœci, należy najpierw uœwiadomić sobie, co stanowi istotę kompromisu zawartego w tych formułach i dlaczego kompromis ten nigdy nie został w Polsce osišgnięty lub też co najwyżej osišgnięty został jedynie pozornie.

Twórcy prawa

Trójpodział władzy to w istocie ustalenie zasad rzšdzšcych kreacjš prawa powszechnie obowišzujšcego. Tego, którego moc sprawcza – ze względu na stojšcy za nim aparat państwowego przymusu – jest znacznie większa niż w przypadku reguł konstytucyjnych. Decydujšcy wpływ na treœć norm pozwalajšcych regulować ludzkie zachowania i zarzšdzać konfliktem społecznym uzyskały w nowożytnym państwie dwie grupy ludzi: elita polityczna i elita prawnicza. Ta pierwsza stanowi prawo w sensie formalnym (w demokracji – z wykorzystaniem organów przedstawicielskich, czyli przede wszystkim parlamentu) i narzuca w sformułowanych przez siebie przepisach okreœlony kierunek polityki publicznej. Ta druga poprzez wykładnię przepisu, niezbędnš do zastosowania go do konkretnego przypadku, uzupełnia jego treœć, a niekiedy jš zmienia. Dopiero połšczenie obydwu tych czynnoœci tak naprawdę tworzy prawo, co elegancko ujmuje hermeneutyczna koncepcja, w myœl której „prawo" jako byt w sensie ontologicznym istnieje tylko przez chwilę, w momencie jego zastosowania.

W tradycji anglosaskiej, bogatej w historyczne doœwiadczenia rozwoju common law, sšdom wprost przyznaje się rolę prawotwórczš. W Europie kontynentalnej rola sędziego postrzegana jest jako bardziej podporzšdkowana, jednak i tam nie sposób znaleŸć kraj, w którym orzeczenia sšdów nie zmieniałyby w jakimœ stopniu treœci prawa stanowionego. Przywoływana niekiedy formuła Monteskiusza („sędzia jest tylko ustami ustawy") jest w istocie martwa. Gdyby spróbować jš zastosować, sędzia sprowadzony by został jedynie do roli urzędnika, wykonujšcego przepisy dosłownie, co do litery. Jest to jednak niemożliwe.

System prawny, aby zachować elastycznoœć i adekwatny poziom responsywnoœci na oczekiwania społeczne, musi w pewnych sferach dopuszczać przy wydaniu indywidualnego rozstrzygnięcia stosunkowo szeroki zakres swobodnego uznania, opartego na poczuciu sprawiedliwoœci. Stosowanie prawa (domena sędziów – trzeciej władzy) zawiera w sobie element indywidualnej oceny sytuacji, który jest zbędny przy wykonywaniu prawa (domena władzy drugiej). Policjant, wystawiajšc mandat za przekroczenie prędkoœci, ma jedynie ustalić, że prędkoœć została przekroczona. Nie interesujš go motywacje kierowcy i inne – być może szczególne – okolicznoœci. Jednak sędzia, sšdzšcy kierowcę za œmiertelne potršcenie pieszego, weŸmie takowe pod uwagę i na wymiar kary wpływ będzie miało to, że do wypadku doszło podczas jazdy z ciężko chorym dzieckiem do szpitala, a ofiara była pod wpływem alkoholu. Gdyby bezdusznie zastosował sztywny „taryfikator", nakazujšcy za tego rodzaju wypadek wymierzyć obligatoryjnie œciœle okreœlonš sankcję, wyrok uznalibyœmy przecież za niesprawiedliwy.

Sztuka interpretacji

Prawotwórcza rola sšdów szczególnego znaczenia nabiera w obszarze prawa prywatnego (cywilnego), czyli w obrębie norm regulujšcych przede wszystkim stosunki majštkowe obywateli. Ze względu na koniecznoœć abstrakcyjnego formułowania przepisów, kwalifikacja konkretnej sytuacji do normy prywatnoprawnej niemal zawsze zawiera w sobie element prawotwórczy. Ta prawidłowoœć pojawiła się w już w starożytnym Rzymie, odkšd odpowiedzialnoœć za szkodę wyrzšdzonš przez czworonoga (jak dosłownie formułował to pierwszy rzymski akt prawa stanowionego, czyli ustawa XII Tablic) rozcišgnięta została mocš rozstrzygnięć sšdowych na właœcicieli... strusi. Udział sšdu w kreacji prawa prywatnego odgrywa współczeœnie kluczowš rolę w funkcjonowaniu państwa: w dynamicznie zmieniajšcym się œwiecie tylko sędzia dysponujšcy możliwoœciš szerokiej (a więc prawotwórczej) interpretacji normy, jest w stanie skutecznie zastosować jš do rzeczywistoœci społecznej. O tym, jak bardzo zawodny jest w tym względzie mechanizm administracyjny œwiadczš liczne – skuteczne! – przypadki obchodzenia prawa i podšżajšce za nimi kolejne jego nowelizacje.

Sędziowie (współ)tworzš prawo w dużej mierze dlatego, że nie da się rzšdzić nowoczesnym, szalenie złożonym państwem i sterować współczesnym, skomplikowanym życiem społecznym wyłšcznie za pomocš mechanizmu administracyjnego. Próbowały tego systemy totalitarne i upadły. Upadły nie dlatego, że były „złe", lecz dlatego że były mniej efektywne od państw, których elity polityczne potrafiły delegować zarzšdzanie i regulację pewnych obszarów wyspecjalizowanej i autonomicznej elicie prawniczej, która poprzez swojš działalnoœć prawotwórczš potrafi dostosować prawo do zmieniajšcych się potrzeb i oczekiwań społecznych. Aby tego skutecznie dokonać, elity polityczne musiały jednak zawrzeć z prawnikami wspomniany na wstępie kompromis. Polega on na niepisanym, ale wyraŸnym rozgraniczeniu sfer działania obu grup: politycy gwarantujš prawnikom szeroki, ale okreœlony zakres autonomii, w obrębie którego „prawo w działaniu" zmieniać może prawo stanowione, zaœ prawnicy powstrzymujš się od działań, które torpedowałyby całkowicie kierunki polityki publicznej, wytyczone w prawie stanowionym przez elitę politycznš.

Kompromis ten nie jest „sztywny" i ustalony raz na zawsze, jego granice bywajš przesuwane, jednak dopóki istnieje generalna zgoda obu elit, co do tego, jaki zakres ich działania jest wzajemnie akceptowalny, dopóty system prawno-polityczny działa stabilnie. W zamian za rezygnację z ambicji interpretowania prawa całkowicie wbrew intencjom tych, którzy je ustanowili, prawnicy uzyskujš dużš autonomię co do funkcjonowania i kształtowania składu własnej grupy, co formalnie przybiera postać zasady niezawisłoœci sędziego i niezależnoœci sšdownictwa jako specyficznej korporacji.

Instytucjonalnym zwieńczeniem tego kompromisu stały się w ostatnim półwieczu sšdy konstytucyjne: organy złożone z prawników wybranych w trybie politycznym (ale najczęœciej ponadpartyjnym) i cieszšcych się zaufaniem elity politycznej. Im powierzono decydowanie, czy kreowana w parlamencie polityka publiczna nie narusza „podstawowych reguł gry", spisywanych w konstytucji. Ale nie tylko, zwróćmy bowiem uwagę, że w wielu krajach poprzez tzw. konkretnš kontrolę konstytucyjnoœci (badanie, czy konstytucyjnie gwarantowane prawa nie zostały naruszone poprzez zastosowanie przepisu w konkretnej sprawie) sšdy konstytucyjne kontrolujš również zakres swobody sšdów powszechnych w ich roli prawotwórczej. W ten sposób sšdy konstytucyjne stajš się strażnikami prawno-politycznego kompromisu elit.

Konsensus, którego nigdy nie było

Trójpodział władzy nie jest abstrakcyjnš formułš, której trzeba bronić w imię ideałów zadeklarowanych przez XVIII-wiecznych filozofów. Jest funkcjonalnym rozwišzaniem problemu odwiecznej rywalizacji dwóch grup społecznych, bez których żadne państwo nie może istnieć, a których udana współpraca zapewnia mu sukces. I rozwišzania tego nie da się zadekretować żadnym konstytucyjnym przepisem; musi on być oparty o konsensus wypracowany wspólnie przez te grupy. Konsensus, którego w Polsce nigdy tak naprawdę nie było.

Jego warunkiem jest bowiem przede wszystkim pewne minimum homogenicznoœci elity politycznej. Musi ona – przy wszystkich podziałach partyjnych – postrzegać się jako całoœć legitymizowana do rywalizowania w swoim gronie o władzę. Tylko wtedy może jako całoœć „układać się" z innymi elitarnymi grupami i okreœlać z nimi zasady koegzystencji. Tymczasem w III Rzeczypospolitej głównym celem głęboko podzielonej elity politycznej jest dšżenie do delegitymizacji „drugiej strony". Konkurencyjne obozy polityczne walczš w Polsce nie o władzę, lecz o prawo do istnienia. Dzięki temu elita prawnicza (zwłaszcza sędziowska) otrzymała w Polsce pozycję w innych krajach niespotykanš. Bez negocjowanego (jak na Zachodzie) kompromisu uzyskała ona bowiem zarówno całkowitš niezależnoœć, jak i brak ograniczeń co do zakresu ingerencji w politykę publicznš.

Po częœci było to wynikiem transformacyjnego przypadku: przy Okršgłym Stole negocjatorzy strony solidarnoœciowej dšżyli do zagwarantowania sšdownictwu jak największej autonomii wobec władzy wykonawczej. Wynikało to z faktu, że ta ostatnia pozostać miała do 1993 roku w rękach PZPR – ustalenia okršgłostołowe rezerwowały przecież dla legalizowanej opozycji zaledwie rolę koncesjonowanego krytyka poczynań władzy (adekwatnie do przyznanej Solidarnoœci liczby miejsc w Sejmie). Układ sił zmienił się dopiero po wyborach czerwcowych, obnażajšcych słaboœć partii komunistycznej, która nie potrafiła już zrobić użytku z zagwarantowanych jej instytucjonalnie przewag. Ale wtedy nikt nie miał już głowy do zajmowania się sšdownictwem.

Emancypacja sędziów

W cieniu walki polityków o legitymizację (poczštkowo w ramach zidentyfikowanego przez prof. Mirosławę Grabowskš „podziału postkomunistycznego") sšdownictwo wyemancypowało się od nich całkowicie, po czym... zaczęło wchodzić w kolizję z politykš poszczególnych rzšdów. Nie stało się bytem par excellence politycznym, nie artykułowało swojej agendy i nawet tylko w niewielkim stopniu jš miało. Ale w zestawieniu z ogólnym imposybilizmem struktur państwowych, okazało się skuteczne w torpedowaniu polityki publicznej. I tak się składa, że w niektórych kluczowych kwestiach była to polityka przez PiS kreowana bšdŸ dla PiS-owskich elit ważna. Sšdownictwo skutecznie zablokowało bowiem lustrację oraz walkę z korupcjš podjętš po utworzeniu CBA. W obydwu przypadkach to orzeczenia Sšdu Najwyższego doprowadziły do takiej interpretacji kluczowych przepisów (definicja œwiadomej i tajnej współpracy oraz zasady oceny dowodów zdobytych metodš prowokacji), że zastopowały możliwoœć realizowania za ich pomocš celów politycznych. Powstrzymanie rozliczeń z przeszłoœciš było zresztš ewidentnym interesem dużej częœci œrodowiska sędziowskiego (co widać było w zjawiskach takich jak sabotowanie powstania sšdu lustracyjnego, niewydolnoœć w procesach autorów stanu wojennego i komunistycznych oprawców czy uznanie przez SN za legalne stosowania dekretu o stanie wojennym).

W ten sposób sšdownictwo (a dokładniej: jego wšska elita, skupiona w sšdach apelacyjnych i Sšdzie Najwyższym, okreœlana w zawodowym żargonie mianem „sędziów pałacowych"), stała się samodzielnym – i samowolnym – aktorem, mogšcym przechylać szalę na korzyœć jednej ze stron politycznego sporu, toczonego przez dwie walczšce ze sobš na œmierć i życie elity polityczne. Wybory 2015 roku i zdobyta w nich po raz pierwszy samodzielna większoœć jednej partii zburzyły jednak ten stan tymczasowej równowagi, PiS zaœ – właœnie z tych powodów – wyraŸnie wskazał sšdownictwo jako swojego wroga politycznego. I dlatego głównym celem reform Zbigniewa Ziobry stało się nie deklarowane poczštkowo usprawnienie orzekania (to osišgnięte miało zostać niejako „przy okazji"), lecz w istocie radykalne ograniczenie wpływu sšdownictwa na treœć prawa.

Drogš do tego celu miało stać się zapewnienie politykom partii rzšdzšcej głosu decydujšcego zarówno w procesie mianowania nowych sędziów, jak i w kwestii obsady kluczowych stanowisk w sšdownictwie, z Sšdem Najwyższym na czele. Problem w tym, że takie rozwišzanie jest równie odległe od funkcjonalnego kompromisu elit, co stan obecny. Nie będzie bowiem dobrze działać państwo, w którym sędziowie władni sš zinterpretować „na odwrót" każdy przepis uchwalony przez parlament – ale państwo, w którym sędziowie sš tylko ministerialnš biurokracjš nie będzie wcale lepsze.

Sprawne państwo

Zmiany forsowane przez resort sprawiedliwoœci rozwišzywały polityczny problem PiS: jak rzšdzić, w sytuacji gdy organy stosujšce prawo mogš narzucać zupełnie dowolnš jego interpretację? Nie rozwišzywały jednak problemu fundamentalnego: jak stworzyć takie państwo, w którym sędziowie stosujšc prawo współtworzš je (co jest niezbędne), nie zmieniajšc jednak zasadniczo jego znaczenia w kluczowych obszarach (co uniemożliwiałoby rzšdzenie)? Czy w dzisiejszej Polsce da się ten problem w ogóle rozwišzać?

Na pewno nie „za jednym zamachem", poprzez takš czy innš zmianę przepisów. W istocie bowiem nie chodzi tu o przepisy, lecz o ukształtowanie się w miarę spójnych elit, podzielajšcych w pewnym zakresie wspólne wartoœci i wspólne pojęcie racji staniu, potrafišcych – w obrębie tej wspólnoty – wypracować mechanizm racjonalnego toczenia sporów. To zmiana społeczna, a wielkie zmiany społeczne dokonujš się latami. Jednak niektóre działania polityczne mogš je przyspieszać lub hamować; mogš też kanalizować je w okreœlonym kierunku. Prawo może wprowadzać rozwišzania sprzyjajšce racjonalizacji sporów pomiędzy aktorami politycznymi – lub też sprawiajšce, że opłacajš im się jałowe konflikty.

Wydaje się, że kryzys polityczny, którego œwiadkami właœnie jesteœmy, tworzy sytuację umożliwiajšcš popchnięcie relacji pomiędzy œwiatem prawa a œwiatem polityki na nowe tory. A dzięki swoim niedawnym decyzjom, istotnym graczem w tym procesie może stać się Andrzej Duda.

Swoim wetem zablokował planowane przez PiS drastyczne zaburzenie dotychczasowej – z punktu widzenia państwa nieoptymalnej – równowagi. Znalazł się w ten sposób w trójkšcie pomiędzy dwiema skonfliktowanymi elitami politycznymi a elitš prawniczš. Ta ostatnia, z uwagi na radykalizm propozycji rzšdowych, redukujšcych jej rolę do minimum, stoi pod œcianš – i w tej pozycji może być skłonna do kompromisu (który do tej pory odrzucała, zasłaniajšc się sloganami o niezawisłoœci sędziowskiej). Partnerem dla prezydenta w proponowanych rozwišzaniach mogš zatem stać się sędziowie – niekoniecznie wszyscy. Elita prawnicza, podobnie jak polityczna, nie jest bowiem homogeniczna. O ile „sędziowie pałacowi" dysponujš dużš i dyskrecjonalnš władzš, o tyle „liniowi", czyli orzekajšcy w sšdach niższych instancji (przede wszystkim rejonowych) zostali w toku kolejnych „reform" majšcych poprawić wydolnoœć sšdownictwa, zredukowani w dużej mierze do roli bliższej urzędnikom niż sędziom.

Oprócz wprowadzenia nowej równowagi w relacjach prawników z politykami, konieczne jest też zatem sformułowanie koncepcji definiujšcej relacje pomiędzy „pałacowš" elitš sędziowskš, a szeregowymi sędziami. Próba zbalansowania tych relacji, nawet udana, nie będzie oznaczać, że automatycznie wygaœnie fundamentalny spór o granice swobody sędziów w kreowaniu prawa, jednak może nadać mu nowe ramy, w obrębie których zachowania aktorów będš ewoluować w stronę tak pożšdanego ostatecznego kompromisu, nie zaœ – jak obecnie – w stronę okopania się na maksymalistycznych pozycjach.

Konstytucyjna szansa

Zaakceptowanie przez graczy nowych reguł jest możliwe, gdyż dynamika obecnego kryzysu zachwiała pozycjami wszystkich i stwarza dla wszystkich zagrożenia – ale też i szanse. Przedstawienie przez prezydenta propozycji, na które zgodzi się przynajmniej częœć œrodowiska sędziów, postawi opozycję w sytuacji, w której trudno jej będzie kontestować prezydenckie pomysły. Społeczne protesty przeciwko reformie Ziobry, pod które skutecznie „podpięły się" Platforma Obywatelska i Nowoczesna nie były bowiem manifestacjami „aby znów było jak było". Zgromadziły one – na tym polegała ich nowa jakoœć – w dużej mierze ludzi, którzy gotowi sš poprzeć zmiany.

Jeżeli partie „opozycji totalnej" będš chciały skonsumować tę œwieżš legitymizację, którš uzyskały podczas niedawnych demonstracji, to nie mogš upierać się przy zachowaniu status quo. Platforma Obywatelska, jeżeli chce przetrwać, musi przestać być partiš ancien regime'u i stać się partiš „lepszej zmiany". Być może w końcu to zrozumie. Prawo i Sprawiedliwoœć chce zmniejszyć wpływ sšdownictwa na treœć prawa i zwiększyć przewidywalnoœć jego stosowania przez sędziów. Partyjna kontrola nad sšdami nie musi być jedynym œrodkiem do tego celu i jeżeli prezydentowi uda się zaproponować alternatywnš drogę, Jarosław Kaczyński nie musi jej odrzucać. Może zatem pojawić się moment, w którym w interesie zarówno partii rzšdzšcej, jak i opozycji będzie poparcie prezydenckich postulatów. Jeżeli obie strony to dostrzegš, zaistnieje „moment konstytucyjny". PiS i PO razem dysponujš wszak większoœciš pozwalajšcš zmienić ustawę zasadniczš.

Zmuszenie głównych antagonistów polskiej sceny politycznej do wspólnego uchwalenia nowelizacji konstytucji może wydawać się nierealistyczne, jednak prezydent tak naprawdę nie ma alternatywy. Przedłożenie własnych, szczegółowych projektów ustaw postawi go – jak trafnie zauważył Ludwik Dorn – w sytuacji, w której po wniesieniu ich do Sejmu, utraci nad nimi kontrolę i w razie wprowadzenia w nich przez PiS drastycznych zmian, nakierowanych na realizacje modelu partyjnej kontroli nad sšdami, będzie miał do wyboru albo zawetować „swoje" ustawy, albo bezsilnie podpisać akty, których treœć będzie zbieżna z tym, co już raz zawetował.

Dlatego Andrzej Duda swojš obietnice z orędzia powinien zrealizować poprzez sformułowanie propozycji zmian konstytucyjnych. Jeżeli partie je odrzucš, stracš na tym one, nie prezydent. Prezydent w razie niemożnoœci osišgnięcia kompromisu między PiS a opozycjš na arenie parlamentarnej będzie mógł dšżyć do poddania swego projektu pod referendum (co przy okazji okaże się spójne z jego wczeœniejszymi zapowiedziami). Ma w rękach narzędzia, którymi może szachować zarówno opozycję (pozbawienie jej legitymizacji, płynšcej z nowej jakoœci protestów), jak i większoœć rzšdzšcš (dalsze weta i rozbijanie jednoœci PiS). Ma szansę wypromowania rozwišzań, na których każdy z aktorów coœ zyskuje, zaœ w razie ich odrzucenia – zyskuje on sam, bowiem projekt noweli konstytucyjnej może stać się podstawš programu politycznego, na jaki ewidentnie istnieje społeczne zapotrzebowanie.

Punkt równowagi

Aby tak się stało, prezydent musi zaproponować autorskie pomysły na nowš równowagę pomiędzy elitš politycznš a elitš prawniczš, oraz na kształt relacji w obrębie tej ostatniej. Wymaga to wzięcia pod uwagę trzech obszarów:

– Proces kreacji najwyższych elit sędziowskich (Sšd Najwyższy, Naczelny Sšd Administracyjny, ewentualnie również sšdy apelacyjne). Proces ten musi zostać do pewnego stopnia upolityczniony, jednak nie upartyjniony. Kandydaci na sędziów mogliby być nominowani w możliwie zdemokratyzowanym procesie zarówno przez organy samorzšdu sędziowskiego, jak i przez ciało poœredniczšce takie jak Krajowa Rada Sšdownictwa, jednak decyzja o ich wyborze (realna decyzja, czyli wybór jednego spoœród kilku kandydatów) musiałaby być podejmowana przez organ polityczny, cieszšcy się szerokš legitymacja wyborczš. Czyli albo przez kwalifikowanš większoœć sejmowš, albo przez prezydenta (możliwe jest zresztš połšczenie obu tych rozwišzań, np. poprzez postanowienie, że w razie niemożnoœci uzyskania przez Sejm większoœci kwalifikowanej, wyboru spoœród nominowanych kandydatów dokonuje prezydent).

– Zdemokratyzowanie procedury nominowania i mianowania sędziów „liniowych". W stosunku do dotychczasowego modelu powinna być ona zdecentralizowana i umożliwiać wielotorowe wejœcie do zawodu. O ile w przypadku „sędziów pałacowych" muszš oni uzyskać akceptację elit politycznych dla objęcia swojej funkcji, o tyle w przypadku szeregowych sędziów pożšdane jest, aby tworzyli oni œrodowisko możliwie różnorodne i nie „przefiltrowane" przez scentralizowany proces nominacyjny, skupiony w rękach jednego organu. Można to osišgnšć poprzez wprowadzenie dopuszczalnoœci wyłaniania sędziów I instancji w wyborach powszechnych przy jednoczesnym utrzymaniu quasi-automatyzmu karier sędziowskich dla absolwentów Krajowej Szkoły Sšdownictwa i Prokuratury (która pod pewnymi warunkami mogłaby nawet zostać – tak jak chciał tego Zbigniew Ziobro – „szkołš ministerialnš"). Uzupełniajšco można dopuœcić, że okreœlona iloœć etatów w sšdach poszczególnych szczebli obsadzana jest w drodze otwartego konkursu. Dla zachowania spójnoœci systemowej, sam akt powołania dokonywany może być przez prezydenta.

– Zdemokratyzowanie samorzšdu sędziowskiego poprzez przesunięcie punktu ciężkoœci na decyzje zgromadzeń ogólnych sšdów niższych szczebli i oparcie obsady stanowisk kierowniczych w sšdach (prezesów i przewodniczšcych wydziałów) na współdziałaniu ministra sprawiedliwoœci i samorzšdu, np. poprzez wprowadzenie zasady, że minister wybiera sędziów funkcyjnych spoœród kandydatów zaproponowanych przez zgromadzenie ogólne sšdu. W ten sposób minister zamiast być nadzorcš sędziów, narzucajšcym im szefa, miałby szansę stać się ich partnerem. Krajowa Rada Sšdownictwa mogłaby pozostać – tak jak w projektach Ziobry – ciałem poœredniczšcym w procesie nominacji sędziowskich, przy zachowaniu w niej równowagi pomiędzy członkami sędziami a członkami politykami.

Zarysowane powyżej propozycje z pewnoœciš nie sš jeszcze kompromisem ostatecznym. Otwierałyby jednak szansę na ewolucję, która w przyszłoœci mogłaby taki kompromis elit stworzyć. Bez niego funkcjonalny trójpodział władzy nie zaistnieje.

Jacek Sokołowski jest doktorem nauk prawnych, adiunktem w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz kierownikiem Centrum Badań Iloœciowych nad Politykš UJ. Jest też ekspertem ds. wymiaru sprawiedliwoœci Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL