Bogusław Chrabota: Czy korpodzieci uratują świat

aktualizacja: 27.08.2017, 22:59
Foto: Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz

I przed kim? Przed samymi sobą? Kilka dni temu brałem udział w pewnym szczególnym weselu. Elegancka restauracja na obrzeżach Warszawy. Zamieniony w hotel historyczny dworek, przepiękny ogród, pole do minigolfa, dyskretnie ukryte w cieniu starych drzew jezioro. W ogrodzie biały namiot, który do rana tętnił regularnym rytmem muzyki. Masa młodzieży, i to wielojęzycznej, bo pan młody sporo czasu spędził w Londynie.

REDAKCJA POLECA

Następnego dnia rozmowy o pokoleniu głównych bohaterów wieczoru. Jeden z krewnych, pracownik Polskiej Akademii Nauk utyskiwał na współczesną młodzież, że to korpodzieci, ludzie tak bardzo wprzęgnięci w korporacyjny kierat, że nie mają ani czasu, ani ochoty na kreację. Korporacja jest w tej wizji Lewiatanem, który pożera indywidualności. Umie stawiać tylko krótkoterminowe zadania i błyskawicznie rozliczać z ich wykonania. W zamian za przestrzeń twórczą ofiarowuje bezpieczeństwo, gwarancję statusu i regularnie wypłacane pieniądze. Dla niektórych, acz rzadko, kreśli również ścieżkę awansu, choć niekoniecznie rozwoju zawodowego. – Kiedyś było inaczej – kończył naukowiec. – Nasze pokolenie miało potrzebę tworzenia, budowania czegoś od podstaw.

Nadmierny krytycyzm? Może i tak, bo każde pokolenie patrzy na następne jak na stracone. Z perspektywy lat zwykliśmy idealizować swoją młodość i przypisywać sobie cechy, których odmawiamy naszym następcom. To dość prosty i milion razy opisany mechanizm psychologiczny, który najczęściej nie wytrzymuje weryfikacji. Bo nawet jeśli niesie za sobą ziarno prawdy, to rozwijająca się w niebywale szybki sposób cywilizacja zdecydowanie temu przeczy. Kolejne pokolenia dźwigają ciężar coraz szybszego postępu. Gdyby było inaczej, normą byłby regres cywilizacyjny. Cofalibyśmy się, a nie otwierali nowe rozdziały historii.

Na pewno natomiast zmienia się sposób organizacji zbiorowego wysiłku, coś, co bym nazwał charakterystycznym dla swoich czasów modus operandi. Wszelkie cele można osiągać różnymi ścieżkami. Raz to wysiłek indywidualny, kiedy indziej zbiorowy. Były czasy samotnych pionierów, możliwe, że dziś nadeszła epoka efektywnego wysiłku korporacyjnego. Na dodatek czas weryfikuje bądź falsyfikuje dominującą w swoich czasach metodę; po latach może się okazać, że współczesne modus operandi się nie sprawdziło i przez jakiś czas brnęliśmy w ślepy zaułek. To jednak wiedza następcza, której wyświetlenie wymaga umiejętności iście proroczych.

Wracając do naszego pracownika PAN, trudno jego obserwacji odmówić poprawności w kwestii zmiany modelu organizacji ludzkiej pracy, a przede wszystkim związanych z nią oczekiwań, zwłaszcza wchodzącego na rynek młodego pokolenia. To oczywiście problem uniwersalny, młodzi Polacy nie są tu specjalnie oryginalni. Otoczeni przez dość powszechny dostatek (25 lat temu nieosiągalny) myślą przede wszystkim o sukcesie materialnym. Wszechobecne w sklepach, reklamach, mediach atrybuty bogactwa wydają się na wyciągnięcie ręki. Co więcej, cwani marketerzy uparcie przekonują, że ich posiadanie jest równie łatwe jak zaczerpnięcie łyku świeżego powietrza czy dopracowanie się (naturalnie w solarium) świeżej opalenizny. Iluzja pcha więc do takich miejsc, gdzie miraż materialnego sukcesu jest najpełniejszy. Na plan drugi schodzą społeczne anachronizmy, takie jak rodzina, małżeństwo czy rodzicielstwo. Liczą się szybki zarobek, stała i bezpieczna praca. Wszystko, co przeszkadza, jest najczęściej odtrącane.

W istocie, 25 lat temu nad Wisłą było inaczej. Królował raczej siermiężny kapitalizm, królestwo blaszanych szczęk i sprzedawanych z gazety skarpetek. Korporacje o Polskę dopiero zaczynały się upominać, a wchodziły po cichu i powoli. Ale czy na Zachodzie było tak samo? Nie, tam korporacje i ich model już dawno dominowały. Mechanizm, który tak nas niepokoi, tam zwyciężył już w latach 60. Owszem, bywały bunty młodzieży, kontrkultura, ale to było nic innego jak reakcja na kostnienie świata rozrastających się i dehumanizujących korporacji.

Znajoma z niemieckiej Badenii opowiada o mieszkającym tam moim rówieśniku, który, uciekając od korporacyjnego świata, dwa razy do roku wyjeżdża do centrum buddyjskiego w Big Sur w Kalifornii, gdzie zasuwa przy zmywaku i podlewa kwiaty w ogrodzie. Przez kilka tygodni oddaje się medytacji, łapie trochę równowagi, a potem wraca do świata, który opuścił. Znów nosi najelegantsze garnitury, jada w najdroższych restauracjach i robi wszystko, by tego nie stracić. Spytałem, kiedy udaje. Czy wtedy, kiedy nurza się w materializmie? Czy wtedy, kiedy od niego ucieka? A może cały czas udaje? Nie wiem. I nie wiem, czy korpodzieci uratują świat przed samymi sobą. Rzym też wybudował gigantyczną cywilizację, po której przyszły wieki ciemne. Korpodzieci mogą zostawić po sobie pustkę. A co ją zapełni? Potomkowie łowców z sawann i zbieraczy gałęzi? Całkiem niewykluczone.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE