Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Zanim rodzice dojrzejš

shutterstock
Możliwe, że bycie rodzicem nigdy nie było trudniejsze niż obecnie. Musimy pełnić role matek i ojców pomimo tego, że sami jeszcze nie jesteœmy „gotowymi osobami", dojrzewajšc tak naprawdę wspólnie z własnymi dziećmi.

Zaczęło się, zanim jeszcze przyszedłem na œwiat. W mojej obecnoœci słuchali tylko składanki „Prenatal Yoga Music", bo przeczytali gdzieœ, że dzięki niej będę się właœciwie rozwijał. Teraz, kiedy mam już szeœć lat, muzyka nadal jest ważnš częœciš mojego życia. Chodzę na lekcję gry na pianinie, która stymuluje w równym stopniu rozwój lewej i prawej półkuli mojego mózgu, zwiększa mojš wrażliwoœć estetycznš i sprawnoœć manualnš. Tak mówiš rodzice, a przecież mnie kochajš, więc dlaczego mieliby kłamać?

Wstaję codziennie o siódmej, w przedszkolu spędzam osiem godzin, ale nie mam kiedy się nudzić. Dzień zaczyna się zawsze od lekcji francuskiego, potem sš zajęcia z ceramiki, po obiedzie przychodzi pani, która uczy nas angielskiego, na koniec dnia dziewczyny majš balet, a my karate. We wtorki i czwartki po przedszkolu chodzę na basen, a w poniedziałki i œrody do szkółki piłkarskiej. Wolałbym pograć z chłopakami z osiedla pod blokiem, ale rodzice mówiš, że to nie jest dla mnie dobre towarzystwo, a oni przecież wiedzš lepiej.

Z rodzicami spędzam dużo czasu. Często zabierajš mnie do sklepu, żeby kupić mi nowe ubrania, chociaż prawie nie różniš się one od tych, które już mam, i nie sš ani trochę bardziej wygodne. Latem w weekendy tata zabiera nas na żaglówki, a w zimie na narty. Jest bardzo fajnie, tylko dopiero niedawno zrozumiałem, dlaczego co chwilę któreœ z nich przycišga mnie do siebie, wycišga z kieszeni telefon, każe mi się uœmiechać i robi zdjęcia. Całš masę zdjęć. Kiedy ostatnio wieczorem tata siedział przy komputerze, zawołał mnie do siebie, posadził na kolanach i pokazał nasze zdjęcie z ostatniego wyjazdu pod żagle. Nad nim było napisane „ładowanie akumulatorów z pociechš :)", a pod nim „œliczny synek", „cały tata!" i inne takie. Tata wyglšdał na szczęœliwego, kiedy na to patrzył, więc ja też się cieszyłem.

Jak wiele dzieci mogłoby opowiedzieć podobnš historię? To jednak nie będzie tekst o nich, dzieciach pozbawionych dzieciństwa, beztroski i wolnoœci, tylko o ich rodzicach. I nie o tych spoœród rodziców, którzy poprzez swoje dzieci starajš się kompensować własne niepowodzenia i leczyć swoje kompleksy, programujšc swoich synów i córki na odniesienie życiowego sukcesu. Raczej o tym, jak trudno jest współczeœnie, może trudniej niż kiedykolwiek wczeœniej, być matkš i ojcem. Musimy pełnić bowiem te role pomimo tego, że sami jeszcze nie jesteœmy „gotowymi osobami", dojrzewajšc tak naprawdę wspólnie z własnymi dziećmi.

Empatyczni i zagubieni

W cišgu ostatnich stu lat doszło do bardzo głębokich przemian w sposobie, w jaki wychowujemy dzieci. Mary Douglas, angielska socjolog i antropolog, opisała tę zmianę, wskazujšc dwa różne podejœcia pedagogiczne. Pierwsze z nich, które odchodzi już powoli do przeszłoœci, okreœliła jako „wychowanie pozycjonalne". Dziecko wychowywane w ten sposób uczy się od najmłodszych lat, że jest częœciš okreœlonej struktury społecznej i że właœnie stšd wynikajš jego obowišzki. Na pytanie dziecka „dlaczego nie mogę tego zrobić" rodzic odpowie tu np. „bo mama tak mówi" – przekazujšc w ten sposób informację, jakie jest jego miejsce w hierarchii rodziny, albo też „bo jesteœ chłopcem" – dajšc do zrozumienia, jakie obowišzki wynikajš z faktu bycia płci męskiej. Kilkuletnia córka mojego znajomego, który po lekturze ksišżki Mary Douglas próbował zastosować wobec niej „pozycjonalnš" technikę pedagogicznš, znalazła sprytny sposób na odwiedzenie go od tych wysiłków, wychwytujšc przy okazji sedno tej koncepcji. Kiedy próbował skłonić jš do zrobienia jakiejœ rzeczy, odwołujšc się do jej ról społecznych (córki, siostry itd.), usłyszał w odpowiedzi: „jestem nikim i nic nie muszę".

Alternatywnš metodš jest, współczeœnie dużo bardziej popularne, „wychowanie zorientowane na osobowoœć". W tym modelu na zadane przez dziecko pytanie o to, dlaczego nie może ono czegoœ zrobić, udzielona mu zostanie odpowiedŸ w stylu „ponieważ ojciec się zmartwi" albo „bo boli mnie głowa". Douglas pisze, że zachowanie dziecka jest w ten sposób kontrolowane „przez uwrażliwienie na uczucia osobiste innych i poprzez analizowanie własnych uczuć". Dziecko wychowywane przez rodziców „orientujšcych się na osobowoœć" będzie bardziej empatyczne, z większš łatwoœciš przychodzić mu będzie nawišzywanie relacji, ale za to jego tożsamoœć będzie bardziej płynna, słabiej zakorzeniona w strukturach społecznych niż jego rówieœnika wychowywanego „pozycjonalnie". Ten ostatni wejdzie w dorosłoœć dużo bardziej œwiadomy społecznych ról, jakie ma do wypełnienia.

Przeniesienie akcentów w sposobie wychowywania dzieci spowodowane jest nie samš ewolucjš idei pedagogicznych, ale przede wszystkim szerszymi zmianami społecznymi. Douglas zaznaczała, że model „pozycjonalny" dominuje w rodzinach wywodzšcych się albo z warstw arystokratycznych, albo robotniczych. Z kolei członkowie klasy œredniej mieli najczęœciej wychowywać swoje dzieci w sposób „zorientowany na osobowoœć". I to właœnie ta klasa dominuje we współczesnym œwiecie nie tylko w sensie iloœciowym, ale również poprzez narzucanie reszcie społeczeństwa swojego œwiatopoglšdu. Poza tym zatarły się również obecnie kontury całej struktury społecznej, stała się ona dużo bardziej płynna, a przesuwanie się w jej ramach jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wczeœniej.

Skoro wchodzšc w dorosłoœć, młody człowiek nie jest zintegrowany ze strukturš społecznš, a scenariusz jego życia nie jest, przynajmniej w zarysie, znany, zostaje on pozbawiony przychodzšcych z zewnštrz wskazówek i nakazów mówišcych mu, jak powinien postępować. Dlatego też musi sam, stale i na nowo, definiować swojš tożsamoœć, odpowiadać na najbardziej podstawowe pytania: „kim jestem?", „czym mam się kierować w swoim życiu?". Dorosłoœć, czas, w którym przychodzi nam wzišć odpowiedzialnoœć za życie i wychowanie kolejnego pokolenia, zastaje nas w ten sposób, w podwójnym sensie tego słowa, niegotowymi. Wychowujšc nasze dzieci, sami jednoczeœnie cały czas budujemy, tworzymy własnš tożsamoœć.

Tyrania lifestyle'u

Jednš z kategorii, które zrobiły największš karierę we współczesnym œwiecie, jest pojęcie „stylu życia". Jedne z najlepiej sprzedajšcych się gazety to magazyny „lifestyle'owe", poœwięcone sposobom ubierania się, nawykom żywieniowym, wystrojowi wnętrz, spędzaniu wolnego czasu. Nawet oficjalne dokumenty unijne mówiš o koniecznoœci obrony i kultywowania „europejskiego stylu życia". Nowoczesny styl życia jest czymœ innym niż style życia ludzi w poprzednich epokach. Wtedy to, co się jadło, jak się ubierało itd., wynikało bezpoœrednio z zajmowanej pozycji społecznej. Współczeœnie jest na odwrót – to styl życia definiuje to, kim jesteœmy.

Anthony Giddens, brytyjski socjolog, stwierdza w ksišżce „Nowoczesnoœć i tożsamoœć", że styl życia stał się dla współczesnych ludzi koniecznoœciš. Jest on bowiem materialnym, konkretnym wymiarem sposobu, w jaki definiujemy swojš tożsamoœć. Jak wiara jest martwa bez uczynków, tak odpowiedŸ na pytanie „kim jestem" pozostaje jałowa, dopóki nie pójdzie za niš przyjęcie okreœlonego stylu życia. Właœnie „przyjęcie", a nie „przejęcie", bo decyzja ta musi pochodzić z wolnego wyboru człowieka, nie może być mu w żaden sposób narzucona. „W warunkach póŸnej nowoczesnoœci każdy ma jakiœ styl życia i w dodatku jest do tego w istotnym sensie zmuszony: nie ma wyboru – trzeba wybierać" – pisze Giddens.

Tyle tylko że kategoria „stylu życia", która jest obecnie synonimem konstruowania własnej biografii przez dorosłych ludzi, powstała w odniesieniu do dzieci. Po raz pierwszy posłużył się tym pojęciem w 1929 roku psycholog Alfred Adler. Jako styl życia rozumiał on proces nabywania we wczesnym dzieciństwie cech, które miały kierować reakcjami i zachowaniem człowieka przez resztę życia. Obecnie ten okres z dzieciństwa wydłuża się czasami na całe życie.

Współczeœnie rodzicielstwo jest po prostu kolejnym z obszarów, w którym doroœli mogš realizować własny styl życia. Odzieżowa oferta dla niemowlšt czy kilkuletnich dzieci jest tak naprawdę skierowana na zaspokojenie potrzeb ich rodziców. Wyłšcznie dla nich ma znaczenie fakt, że ich dziecko nosi ubrania znanej firmy, najmłodsi pozostajš na ten fakt głęboko obojętni. Każdy rodzic doskonale wie, że najbardziej zajmujšcš dla jego dziecka zabawš jest próba włożenia klucza do dziurki, jeżdżenie w tę i we w tę zamkiem błyskawicznym kurtki czy granie na własnoręcznie skonstruowanej z garnków perkusji. Mimo to zapełniamy nasze mieszkania masš zabawek, których jedynš zaletš jest to, że sš ładne (a przynajmniej nam, dorosłym, się takie wydajš). Z kolei nie tylko ci, którzy majš dzieci, ale wszyscy użytkownicy Facebooka, najbardziej efektywnego narzędzie autokreacji naszych czasów, wiedzš, że zamieszczenie zdjęcia, na którym rodzic występuje w towarzystwie swojego dziecka, jest murowanš gwarancjš popularnoœci takiego posta.

Na rynku prasowym istnieje wiele magazynów lifestyle'owych skierowanych do rodziców, napędzajšcych nie tyle modę na rodzicielstwo, ile „rodzicielstwo modowe". Dotychczas adresatkami tego przekazu były głównie matki, ale od niedawna ukazuje się również w naszym kraju polskojęzyczna edycja magazynu „Fathers", prezentujšcego ojcostwo jako przede wszystkim sposób na atrakcyjne, ciekawe, „stylowe" życie.

W epoce póŸnej nowoczesnoœci jesteœmy zmuszeni do przybierania okreœlonego stylu życia, konstruowania naszej tożsamoœci, samodzielnego tworzenia własnej biografii. Z jednej strony daje nam to dużo większš swobodę i poczucie wolnoœci niż w czasach naszych przodków, na których w momencie narodzin czekał już często napisany przez tradycję, rodzinę czy system społeczny gotowy scenariusz ich życia. Jednak cenš jest brak życiowej stabilnoœci; żadna budowana samodzielnie konstrukcja nie jest bardziej odporna na wstrzšsy niż tworzone i wypróbowywane przez wiele pokoleń rozwišzania.

Dlatego też tak wielkš wagę przywišzuje się we współczesnym œwiecie do kwestii zarzšdzania ryzykiem, ograniczenia niebezpieczeństw wynikajšcych z życiowych zawirowań, co widać między innymi po stale rosnšcym rynku ubezpieczeniowym. Chcemy zawładnšć przyszłoœciš, nie dopuœcić do tego, żeby nas zaskoczyła. Giddens w swojej ksišżce nazywa to zjawisko „kolonizacjš przyszłoœci". To właœnie z tego powodu współczeœni rodzice starajš się tak drobiazgowo zaprogramować życie swoim dzieciom, wyposażyć je w umiejętnoœci i kompetencje, które ubezpieczš je przed nieprzewidzianymi wydarzeniami. Chcš po prostu skolonizować ich przyszłoœć – albo z poczucia lęku, albo zwyczajnie z miłoœci.

Listy do nienarodzonej córki

Jednym ze skutków nowoczesnych problemów z tożsamoœciš dorosłych ludzi jest ogromne skupienie się na samych sobie. „Nasze ja jest refleksyjne" – pisze Giddens. Bezustannie analizujemy to, co się z nami dzieje, co robimy, jak widzš nas inni. Przykładem tej refleksyjnoœci, czy, jak woleliby inni, egocentryzmu, jest jedna z najpopularniejszych ksišżek na œwiecie ostatnich kilku lat – „Moja walka" Karla Ove Knausgarda.

W ojczyŸnie autora, Norwegii, kupił jš co dziewišty mieszkaniec; sam Donald Tusk fotografował się kilka miesięcy temu podczas lektury jej angielskojęzycznej wersji. Krytycy okrzyknęli jš współczesnš wersjš „W poszukiwaniu straconego czasu", a Norwega – nowym Marcelem Proustem.

Ta szeœciotomowa powieœć jest, jak powiedział sam jej autor, nudna jak zaglšdanie do lodówki i sprawdzanie, co jest w œrodku. Knausgard opisuje z najmniejszymi detalami własne życie. A nie dzieje się w nim nic bardziej spektakularnego niż to, co spotyka na co dzień każdego z nas. Pisze o tym, co mu się przydarza, ale w jeszcze większym stopniu o tym, jakie każda z tych sytuacji wywołuje w nim wštpliwoœci: czy nadaję się na męża i ojca? Czy mam w ogóle talent literacki? Czy poradzę sobie w końcu z opuszczeniem przez ojca naszej rodziny i jego alkoholizmem? Czy ostatnio nie przytyłem? Czy nie jestem przypadkiem egocentrykiem? I tak dalej. „Moja walka" ma w sumie trzy i pół tysišca stron.

Popularnoœć powieœci Knausgarda bierze się z tego, że oddaje ona sposób, w jaki współczesny człowiek doœwiadcza swojego życia. Anthony Giddens twierdzi, że tożsamoœć nowoczesnej jednostki „zależy od jej zdolnoœci do podtrzymywania cišgłoœci okreœlonej narracji". Niekończšce się przyglšdanie samemu sobie jest wyrazem troski o to, czy nasza biografia układa się w integralnš całoœć. Jak w tej sytuacji znaleŸć czas i siłę na to, by skupić się na życiu człowieka, za którego jesteœmy odpowiedzialni? Dziecka, które potrzebuje roztoczenia nad nim kokonu ochronnego z naszej uwagi, pomocy i miłoœci. I czy skupiajšc się na tej drugiej, młodszej, jeszcze bardziej niedookreœlonej i „niegotowej" niż my sami osobie, poœwięcamy się, rezygnujemy ze zbudowania własnej, integralnej tożsamoœci?

OdpowiedŸ na te pytania przychodzi wraz z kolejnš po „Mojej walce" powieœciš Knausgarda. Po spisaniu swojej drobiazgowej autobiografii stworzył on czterotomowy cykl „Cztery pory roku", którego podtytuł brzmi „Listy do nienarodzonej córki". W kolejnych, zatytułowanych „Jesień", „Zima", „Wiosna" i „Lato" tomach opisuje już nie kolejne wydarzenia ze swojego życia, ale najróżniejsze elementy œwiata, na który za kilka miesięcy ma przyjœć jego dziecko. Pisze o żabach, piorunach, workach foliowych, samotnoœci, borsukach, termosach, wierzbach, bólu, muszlach klozetowych i wszystkim innym, z czym spotka się w swoim życiu jego córka.

Dzieci tak naprawdę nie odbierajš nam energii potrzebnej do stania się œwiadomym samego siebie i swojego miejsca w œwiecie człowiekiem, ale pozwalajš w pełni odczuwać i przeżywać œwiat. Stajš się dla nas szansš na wyjœcie poza zamknięty kršg autokreacji. Dzięki nim przeżywamy swoje życie po raz drugi. Tłumaczšc i opowiadajšc rzeczywistoœć, jesteœmy w stanie odnaleŸć w niej swoje miejsce. Towarzyszšc im w ich dorastaniu, sami zaczynamy wreszcie dojrzewać.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL