Plus Minus

Jan Maciejewski: Test naszej europejskości

Fotorzepa, Robert Gardziński
Standartenführer Stirlitz funkcjonuje dzisiaj w kulturze masowej, i to przede wszystkim wśród „średniostarszego", jak mawiał klasyk, pokolenia jej odbiorców, głównie jako bohater serii dowcipów. Tymczasem „Siedemnaście mgnień wiosny", nakręcony w ZSRR serial, którego głównym bohaterem był agent radzieckiego kontrwywiadu Maksim Isajew, działający w Trzeciej Rzeszy pod przykrywką oficera SS Maxa Otto von Stirlitza, jest nie tylko jedną z najlepszych produkcji w historii telewizji.

Może również odegrać kluczową rolę w odkryciu kłamstwa, na jakim zbudowana jest teoria postkolonialna. Teoria, w którą wierzą tysiące zachodnich naukowców, humanistów i innych „wytwórców kultury".

A to wszystko dzięki kulisom powstawania tego serialu. Głównym konsultantem „Siedemnastu mgnień wiosny" był ówczesny zastępca szefa KGB Siemion Cwigun. Metody działania SS, których przeniesienie na ekran jest jedną z osi fabuły, ukazywały tak naprawdę praktyki radzieckich służb. Z kolei sceny w siedzibie RSHA (Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy) nakręcone zostały w budynku KGB na Butyrkach. Widzowie w ZSRR oglądający na ekranach telewizorów postępowanie hitlerowskich służb – coś, co wydawało im się odległe i minione – poznawali w rzeczywistości prawdę o tym, co dzieje się tuż za drzwiami ich domów. Stirlitz faktycznie był radzieckim agentem udającym Niemca. Widownia w ZSRR mogła poznać sposób funkcjonowania KGB tylko dlatego, że była cały czas przekonana, że widzi w akcji hitlerowców.

Dokładnie z tą samą prawidłowością mamy do czynienia w przypadku teorii postkolonialnej. Według oficjalnej wersji wydarzeń powstała ona z troski zachodnich humanistów o stan ducha i umysłów mieszkańców byłych kolonii. Miało chodzić o to, by sprawdzić, czy po wiekach ucisku są oni w stanie suwerennie myśleć; czy w warunkach niedawno odzyskanej politycznej niezależności potrafią tworzyć własną kulturę, kultywować swój autentyczny sposób istnienia. Ale czy, nie usprawiedliwiając w żadnej mierze kolonializmu, imperialne podboje tak bardzo dręczą europejskie sumienie, że każe ono zwoływać co roku setki konferencji naukowych, zakładać dziesiątki instytutów, pisać następne i kolejne rozwijające teorię postkolonialną publikacje? Skąd nagle tyle gorliwej uwagi poświęcanej tłamszonym w przeszłości, żyjącym daleko stąd ludom i narodom? Czy nie jest przypadkiem tak, że postkolonializm jest dla współczesnej Europy odpowiednikiem hitlerowskich mundurów na planie „Siedemnastu mgnień wiosny"? Przebraniem stwarzającym bezpieczny dystans, by przyglądając się innemu, patrzeć tak naprawdę na samego siebie?

Europa nie cierpiała setek lat politycznego ucisku. W XX wieku zniewolony został jednak europejski umysł. Najpierw totalitaryzmami, a później lękiem przed tym, do czego ideologie te doprowadziły. Z dzisiejszej perspektywy poprzednie stulecie wydaje się okresem zerwania ciągłości naszej cywilizacji. Czasem, w którym nie byliśmy sobą, a Europą rządziły obce siły. Czy po tym czasie potrafimy jeszcze powrócić do swoich korzeni, odzyskać utraconą tożsamość? To tego tak naprawdę próbujemy się dowiedzieć przy użyciu teorii postkolonialnej; mówi ona więcej o posługujących się nią zachodnich humanistach niż o ludziach, którzy są obiektem ich studiów.

To jednak do niczego nie prowadzi. Zerwanie, którego doświadczył nasz kontynent, katastrofa, która na niego spadła, nie przyszły z zewnątrz. Nie staliśmy się obiektem ataku barbarzyńców. To my sami nimi byliśmy. Nie ma czegoś takiego jak „zaginiona europejska tożsamość". Jest natomiast rachunek sumienia, którego dokonanie będzie miarą naszej europejskości. Prawdziwym testem na to, czy mamy jeszcze cokolwiek wspólnego z tym, czym w przeszłości był nasz kontynent. Ale rachunku sumienia nie można dokonać z dystansu, w imieniu kogoś innego. Koniec zabawy, Stirlitz.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL