Plus Minus

Marek Migalski: To nie naród tworzy państwo

Narody syryjski, libański, jordański i iracki zrodziły się z przypadkowych granic wyrysowanych na piasku przez francuskich i brytyjskich dyplomatów ignorujących lokalną historię, geografię i gospodarkę. Na zdjęciu z 22 listopada 1945 pierwsza libańska parada wojskowa po wycofaniu się wojsk francuskich. Na pierwszym planie prezydent Biszara al-Churi salutuje libańskiej fladze.
AFP
Państwo brutalnie i bezceremonialnie, a czasami w sposób subtelny i zniuansowany, tworzyło na swoje potrzeby naród. Bo taka właśnie jest prawidłowość – to państwa tworzą narody, a nie narody państwa.

W epoce Mazziniego nie było ważne, że ogromna część ludności Włoch nie miała pojęcia o istnieniu ruchu zjednoczeniowego Risorgimento, co przyznał Massimo d'Azeglio, wypowiadając słynne słowa: »Stworzyliśmy Włochy, teraz musimy stworzyć Włochów«. Nawet dla bojowników sprawy polskiej nie miało znaczenia, że większość polskojęzycznych chłopów (...) prawdopodobnie nie czuła się jeszcze Polakami w sensie nacjonalistycznym. Jak powiedział późniejszy wyzwoliciel Polski, ówczesny pułkownik Piłsudski: »To państwo tworzy naród, a nie naród państwo«" – pisał brytyjski historyk Eric Hobsbawm.

Dokładnie tego samego zdania był... Roman Dmowski: „Naród jest wytworem bytu państwowego. Trwanie przez szereg pokoleń w jednej organizacji państwowej, na jednej ziemi, pod jednym imieniem, z jedną władzą na czele, z jednym typem wzajemnych uzależnień, z jednymi celami na zewnątrz – zabiera coraz więcej z duszy jednostki na rzecz całości, na rzecz wielkiej zbiorowej duszy narodu, tworzy najsilniejszy ze znanych w dziejach ludzkości wielki związek moralny, którego zerwanie, gdy się należycie utrwali, przestaje wprost zależeć od woli jednostki".

Świetnie było to widać w procesie dekolonizacji, który dotknął kontynentu afrykańskiego (i po części azjatyckiego) w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Brytyjski socjolog Anthony D. Smith pisze: „Naśladując angielsko-francuski model „od państwa do narodu", afrykańscy i azjatyccy nacjonaliści mieli nadzieję, że uda im się powtórzyć rozwój i militarny sukces Zachodu, a także stworzyć homogeniczne, zwarte narody, przepełnione patriotycznym zapałem i solidarnością". Wtóruje mu izraelski historyk Yuval Noah Harari: „Narody syryjski, libański, jordański i iracki zrodziły się z przypadkowych granic wyrysowanych na piasku przez francuskich i brytyjskich dyplomatów ignorujących lokalną historię, geografię i gospodarkę. W 1918 r. dyplomaci owi postanowili, że mieszkańcy Kurdystanu, Bagdadu i Basry odtąd będą zwać się Irakijczykami. To Francuzi orzekli, kto będzie tworzył naród syryjski, a kto libański".

Laboratorium narodowej lojalności

Z dnia na dzień powstawały państwa, które swój kształt terytorialny zachowywały po wyznaczonych przez dawnych kolonizatorów obszarach administracyjnych. Nic nie łączyło zamieszkujących je plemion – żadna wspólna historia, doświadczenie, pochodzenie. Czasami ludy w nowym państwie nie mówiły tym samym językiem i nie miały wspólnych wierzeń religijnych.

Nie przeszkadzało to jednak nowym władzom szybko ogłaszać powstania narodu, po czym tworzono jego legendę mającą jednoczyć plemiona. Nagle powstawały narody rwandyjski, angolański, nigeryjski czy kenijski. Różnice kulturowe, językowe i religijne między plemionami je tworzącymi były olbrzymie, ale nie zmniejszało to zapału nowych władców. Gdy nie sposób było ustalić wspólnego języka, to wybierali oni język... dawnej metropolii. Ale nadal twierdzili, że mają zaszczyt prezentować naród – odwieczny oczywiście, jak wszystkie inne narody na świecie.

Jak pisze amerykański socjolog Rogers Brubaker w kontekście powstawania nowych narodów w Afryce i Azji: „Główną myślą (...) jest idea stopniowego przekształcania się populacji danego państwa – ogółu jego obywateli – w naród w tyglu odgraniczonej i relatywnie homogenicznej przestrzeni transakcyjnej i komunikacyjnej, przestrzeni określonej, ograniczonej przez państwo oraz ogólnopaństwowe instytucje i procesy społeczne, ekonomiczne i kulturalne. W miejsce różnorodnych, partykularnych lojalności i tożsamości ogół obywateli zostaje stopniowo zjednoczony poprzez powoli asymilujące działania owych ogólnopaństwowych instytucji, procesów i transakcji w całość o narodowej lojalności i tożsamości".

Właśnie Afryka najlepiej pokazuje sztuczność konstruowania narodu. Nie żeby było to przeprowadzane najlepiej – dokładnie odwrotnie: była to w większości operacja parciana i robiona bez polotu. I właśnie dlatego jest tak doskonałą egzemplifikacją tego, jak przeprowadzany jest proces tworzenia narodu przez państwo, które go potrzebuje. Drugim powodem, dla którego Afryka jest świetnym laboratorium, w którym można było śledzić proces wytwarzania narodu, jest to, że działo się to niejako na naszych oczach. Niedawno. Gdy nauki społeczne mogły już bez trudu wychwycić poszczególne etapy tej alchemii i je opisać.

O ile bowiem początki większości narodów europejskich skąpane są w mrokach czasów dawnych, niemal prehistorycznych, o tyle tworzenie narodów na innych kontynentach dokonywało się niedawno. Prawie cała Afryka, obie Ameryki i duża część Azji jeszcze 250 lat temu nie były podzielone na państwa i zamieszkujące je narody. Były to obszary często bezpaństwowe, a identyfikacje ludzi były raczej plemienne lub etniczne.

Nowa świecka tradycja

Narody dziś tam występujące są niejako nagie, nie występują udrapowane w te wszystkie historyczne szaty, w których tak bardzo lubią paradować Europejczycy. Ci ostatni mieli dość czasu, by przekonać samych siebie, że ich identyfikacje narodowe są właściwie przedwieczne, naturalne, przedhistoryczne. Mieszkańcy naszych państw chętnie uwierzyli, że są potomkami Piasta Kołodzieja, dzielnego Galla czy Remusa. Jak pisze psycholog społeczny Michael Billig: „W szczytowym okresie powstawania narodów w XVIII i XIX w. wiele pozornie wiekowych tradycji zostało wymyślonych. Wynaleziono nowe rzeczy, jak szkocki kilt czy rytuały koronacyjne, ale przedstawiono je jako starodawne tradycje. Od czasu do czasu fałszowano też »starożytne« eposy poetyckie wysławiające naród".

Ale procesy tworzenia narodu na potrzeby państwa były na naszym kontynencie prawie tak samo prymitywne jak te, które mogliśmy oglądać przy tworzeniu narodu indonezyjskiego czy mozambickiego. Działały te same mechanizmy i prawidła. Państwo tak samo brutalnie i bezceremonialnie, a czasami w sposób subtelny i zniuansowany, tworzyło na swoje potrzeby naród. Bo taka właśnie jest prawidłowość – to państwa tworzą narody, a nie narody państwa. Państwa różnymi sposobami i metodami wymyślały sobie narody, a potem wtłaczały w umysły swoich obywateli tak spreparowane urojenia.

Po co państwo stwarza naród? W zlaicyzowanych czasach, w których żyjemy, odpowiedź jest dość oczywista – by nadać sobie legitymację. By się uprawomocnić. By związać ze sobą swoich obywateli. By przekonać ich, że obrona państwa jest ich najświętszym obowiązkiem.

Kiedyś, w dawnych czasach, gdy nie istniały narody, władza czerpała z wielu źródeł, by legitymizować samą siebie. Na początku, w czasach przedpaństwowych, takim uprawomocnieniem było dobro hordy czy plemienia. Przywódca sprawował swój „urząd", bo powszechnie uważano, że może wspólnocie zapewnić najlepszy los. Był zazwyczaj najsilniejszym samcem, najsprawniejszym łowcą, najbardziej płodnym reproduktorem. Codziennie jednak musiał udowadniać swoją przydatność. Gdy wreszcie wyrastał mu godny przeciwnik i staczał z nim ostateczną walkę o przywództwo, stado, wataha, plemię oddawało się pod opiekę tego nowego, silniejszego i sprawniejszego lidera. Sprawa była oczywista.

W czasach, gdy stada i watahy przeszły w formę ludów, do siły fizycznej i sprawności łowieckiej, doszły elementy bogactwa oraz dziedziczenia. Od tej pory władza była legitymizowana właśnie tymi aspektami – przywódca stał na czele wspólnoty, miał bowiem zgromadzony największy majątek, a poza tym jego ojciec też wcześniej był przywódcą. Wszyscy uważali, że jest to naturalny porządek rzeczy, i nikt go nie kwestionował.

Do tego została dołożona z czasem władza religijna. Na początku niejako osobna, występująca w postaci szamana, z biegiem historii została połączona z władzą polityczną i w ten sposób ją usankcjonowała. Od tej pory przywódca czerpał swoją legitymizację nie tylko z bogactwa i siły, ale także z tego, że jego władza pochodziła od Boga. Król czy książę byli częścią kosmologicznego porządku i sprawowali swoje urzędy niejako z nadania boskiego. Poddani nie podważali tego faktu, bo wydawało się im to tak oczywiste, jak nam to, że prezydentem jakiegoś kraju musi być ktoś, kto pochodzi z narodu go zamieszkującego. Warto wspomnieć, że do XIX w. królowie Anglii zmuszani byli do corocznego uzdrawiania swoich poddanych przez nakładanie na ich głowy swoich dłoni.

Ideologia wspólnoty

Czasy nowożytne obaliły pogląd, że władza pochodzi od Boga. Najpierw obaliły Boga, a potem tych, którzy się na niego powoływali w sprawowaniu władzy. Nowoczesność oznajmiła ludzkości, że przywództwo nie jest wynikiem Bożej opatrzności. Powstał zatem dylemat: skąd władza ma czerpać swoją legitymizację? W epoce demokratycznej odpowiedź mogła być tylko jedna: od ludu. Czymże jednak jest lud? I tu znów odpowiedź była jasna: narodem.

Lud jako zbieranina obywateli nie zapewniał żadnej świętości władzy przez niego wybieranej. Jeśli byłby przypadkową grupą, to i władza przez niego wybrana byłaby przypadkowa. Inaczej w przypadku narodu – jeśli on jest święty, przedwieczny i naturalny, to dokładnie taka sama była jego władza. Państwo zatem zyskiwało sankcję moralną, którą utraciło w procesie laicyzacji. „Śmierć Boga" wytworzyła pustkę teleologiczną, którą zapewnić mógł tylko naród. I nic innego. Tylko on dawał wrażenie czegoś ponadnaturalnego i odwiecznego. Tylko on zapewniał poczucie świętości. Tylko on w czasach nowożytnych gwarantował, że ludzie nie zapytają się o sens i uzasadnienie władzy. Naród wydawał się konstrukcją tak starą i tak oczywistą, że obywatele nie mieli szans na zastanowienie się, czy czasem nie jest on jednak wymysłem, i to wymysłem stosunkowo nowym. Wygrał bezapelacyjnie ze swoimi konkurentami, którzy okazali się za mało tajemniczy i odwieczni.

Owymi konkurentami byli liberalizm i komunizm. Ich starcie zaczęło się w XIX w., a rozstrzygnęło się w wieku następnym – ostatecznym i definitywnym zwycięstwem nacjonalizmu. Wolność i komunizm okazały się dla ludzi o wiele mniej atrakcyjne. Przy uwzględnieniu wszystkich subtelności można ten konflikt opisać jako walkę ideologii jednostki (liberalizm), ideologii grupy (nacjonalizm) i ideologii ludzkości (komunizm). Pamiętając, że liberalizm potrafi być wspólnotowy, a komunizm bardzo partykularny, to jednak taki opis wydaje się najbardziej zasadniczy i prawdziwy zarazem. Wynika z niego, że najsilniejszą okazała się ideologia wspólnoty, bijąc na głowę ideologię jednostki i ideologię powszechną. Okazało się, że człowiek najbardziej ceni sobie taki sposób organizacji społecznej i politycznej, która sytuuje go jako część grupy, a nie jako byt osobny lub powszechny. Dziś nie ma wątpliwości, że z tych trzech propozycji ideowych i ustrojowych to właśnie nacjonalizm okazał się najatrakcyjniejszy dla ludzi, a pozostałe dwie odeszły (komunizm) bądź odchodzą (liberalizm) do lamusa historii.

Szkoła nacjonalizmu

Jakimi zatem sposobami państwo stwarza sobie naród? Propagowanie idei narodowej intensyfikuje się po przekroczeniu przez dziecko progu państwowej placówki edukacyjnej. Podczas owej edukacji prawie przez cały czas sączone są do jego głowy treści narodowe. Nieproporcjonalnie mocno – względem innych przedmiotów – faszerowane jest nauką języka ojczystego. We wszystkich krajach jest podobnie. Na lekcjach narodowego języka uczeń zapoznaje się przede wszystkim z literaturą rodzimą – autorzy, z którymi obcuje, są zazwyczaj jego rodakami, a nie najwybitniejszymi literatami. Bo przecież Mickiewicz czy Słowacki to w rzeczywistości poeci lokalni i bez jakiegokolwiek znaczenia europejskiego (o światowym nie mówiąc).

Podobnie jest z nauczaniem historii – tu także historia własnego kraju jest o wiele bardziej rozbudowana niż historia powszechna. Podział godzin zawsze jest niekorzystny dla tej drugiej. Poza tym, nawet jeśli nauczyciel przedstawia wydarzenia światowe, to zazwyczaj czyni to przez pryzmat narodowy. Jeśli omawia wydarzenia drugiej wojny światowej, to zawsze będzie to czynił z wyeksponowaniem roli jego narodu w tym wydarzeniu. Jeśli będzie mówił o historii powszechnej XIX w., to zapewne wyeksponuje przy tej okazji to, co działo się w jego państwie. Uczeń poznaje więc historię przede wszystkim jako historię jego narodu i regionu. Polski uczeń będzie męczony odpytywaniem z kolejnych nieudanych powstań narodowo-wyzwoleńczych, a francuski będzie torturowany pytaniami o szczegółowy przebieg Wielkiej Rewolucji.

Nie inaczej jest z geografią – ona zaczyna się i kończy nauką o kraju rodzimym. Stosunek tematyki krajowej do zagranicznej jest zazwyczaj identyczny jak przy nauczaniu języka rodzimego czy też historii. Kwestia narodowa odgrywa też ważną rolę w nauczaniu chemii, biologii, fizyki, a nawet matematyki. Polski uczeń dowie się o tym, jak wspaniałych przedstawicieli miał jego naród we wszystkich tych dziedzinach i jak bardzo jego nacja przyczyniła się do ich rozwoju. Będzie o tym tak samo święcie przekonany, jak słowacki żak o słowackim wpływie na rozwój energetyki jądrowej i fizyki kwantowej. Jak pisze izraelski historyk Shlomo Sand: „Nie ma żadnego dojrzałego narodu bez obowiązkowego szkolnictwa, które zmusza obywateli, aby ich dzieci uczęszczały do szkoły. Instytucja ta stała się podstawowym czynnikiem ideologicznym, który przekształcił każdego podwładnego w obywatela, inaczej mówiąc człowieka świadomego swojej przynależności narodowej. Jedynie wojna i armia mogły z nią konkurować".

Innym sposobem budowania narodu jest polityka historyczna, czyli nazwy ulic, pomniki, łuki czy kopce. Co więcej, narody stawiają pomniki nie tylko swoim wybitnym członkom z przeszłości, ale także postaciom anonimowym. Jak dowcipnie zauważa historyk Benedict Anderson, narodowe pomniki i groby Nieznanego Żołnierza nie mają historycznych precedensów: „Kulturowe znaczenie tego typu pomników stałoby się jeszcze bardziej wymowne, gdybyśmy spróbowali sobie wyobrazić Grób Nieznanego Marksisty albo Grobowiec Liberała. Czy dałoby się uniknąć poczucia absurdu?". Historyk G.L. Mosse szczegółowo opisuje zresztą, jak instytucje państw narodowych podejmują nadzwyczajne środki ostrożności i przywiązują niezwykłą wagę do tego, by zwłoki chowane w tego typu grobach naprawdę były anonimowe.

Nasi chłopcy, nasze zwycięstwa

Analogicznie rzecz się ma w przypadku muzeów. Przypomnijmy sobie choćby boje toczone wokół Muzeum II Wojny Światowej. Ale państwo stwarza naród także dzięki... sportowi. Zacznijmy do samego sformułowania – rywalizacja międzynarodowa. Zafałszowuje ono rzeczywistość i działa narodowotwórczo. Wszak na igrzyskach olimpijskich nie mamy do czynienia z rywalizacją między narodami, lecz między państwami (z małymi wyjątkami – na przykład w rywalizacji w piłce nożnej czy rugby występują na zawodach reprezentacje Szkocji, Anglii czy Walii, które na co dzień tworzą jeden organizm państwowy). Nie mamy więc zazwyczaj do czynienia z zawodami „międzynarodowymi", lecz „międzypaństwowymi". Ale w rywalizacji państw jest o wiele mniej emocji niż w walce narodów.

Jak pisze historyk Eric Hobsbawm: „mecze międzynarodowe zaczęto organizować w istocie w celu integrowania grup narodowościowych wchodzących w skład wielonarodowych państw. Symbolizowały jedność państw, albowiem przyjazna rywalizacja między zamieszkującymi je nacjami wzmacniała poczucie, że wszyscy stanowią jedność (...) Tym, co uczyniło sport tak skutecznym środkiem zaszczepiania uczuć narodowych, w każdym razie jeśli chodzi o mężczyzn, jest łatwość, z jaką nawet najdalsze od polityki i najmniej publiczne jednostki mogą zidentyfikować się z narodem, symbolizowanym przez młodych ludzi przodujących w tym, w czym praktycznie każdy mężczyzna chce, lub w którymś momencie życia chciał, być dobry. Wyobrażona wspólnota milionów wydaje się bardziej realna jako drużyna jedenastu ludzi posiadających imiona i nazwiska".

Właśnie z taką zakamuflowaną wojną narodów mamy do czynienia przy każdej okazji, gdy śledzimy zmagania sportowców. Reprezentanci naszego kraju określani są jako „nasi chłopcy"; ich zwycięstwa są „naszymi"; ich upokorzenia i przegrane dotykają „nas". Sport wzmacnia nacjonalizm i niechęć do siebie poszczególnych narodów, a nie osłabia – wbrew temu, co się powszechnie uważa. Ożywia demony szowinizmu. To nie dlatego nie ma wojen, bo wynaleziono międzypaństwową rywalizację sportową, ale dokładnie odwrotnie: rywalizacja międzypaństwowa jest możliwa, bo nie ma wojen.

Przy analizie tego zjawiska niezbędne jest przywołanie pojęcia „banalnego nacjonalizmu", które zaproponował Michael Billig na określenie codziennego, niemal niezauważalnego, ale uporczywego wpajania nam przez państwo i media naszej przynależności do narodu. To, że czujemy się częścią jakiegoś narodu, nie jest dziełem przypadku, a już na pewno nie jest czymś naturalnym. Ta przynależność bowiem jest nam wkładana do głów w każdym możliwym momencie, nawet (zwłaszcza) gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Czujemy się Polakami, Amerykanami, Japończykami, bo codziennie państwo (i media) atakują nas symbolami, które czynią nas częścią narodowej wspólnoty. Mogą to być flagi na urzędach i w klapach marynarek u polityków, symbole narodowe na banknotach, prognoza pogody, kształt map w szkole. Ale także relacje sportowe.

Banalny nacjonalizm odnajdujemy także w takich zabiegach państwa, jak nazywanie imionami ważnych dla narodu postaci pociągów, samolotów, portów lotniczych. Nie zdając sobie sprawy z tego procederu, obywatele państwa indoktrynowani są narodowo przez cały czas. Dlatego identyfikacja ze swą nacją wydaje im się tak oczywista i naturalna. Prawda jednak jest inna: naród to pojęcie nowoczesne i nowatorskie. A także sztuczne. By przywiązać do niego swoich obywateli, państwo musi się nie lada natrudzić. Bo nikt nie rodzi się Polakiem, Chilijczykiem czy Somalijczykiem. By się nim stać, musi być od dzieciństwa do później starości atakowany przez różne instytucje państwa i indoktrynowany. Idea samostanowienia narodów jest absurdalna. Przed nastaniem ery narodów nikt nie miał pretensji, że jego władcą jest ktoś wywodzący się skądinąd. Polacy na swych królów wybierali Szwedów, Czechów, Francuzów, Węgrów. Obecna dynastia brytyjska to Niemcy, którzy zresztą zmienili swą nazwę podczas II wojny światowej, by bardziej przypodobać się rodakom.

Idea samostanowienia narodów ma zaledwie 100 lat, ale nowinka ta już zdołała pochłonąć miliony istnień ludzkich. Przez tysiące lat ludzie ginęli za królów, bogów, nawet za swe państwa czy miasta. Ale o narodach nie słyszeli. Gdyby historię homo sapiens przedstawić jako dobę, czyli ująć 100 tys. lat w 24 godziny, a początek narodów wyznaczyć na około 500 lat wstecz, to okazałoby się, że pojawiły się one w naszym życiu na siedem minut przed północą. Jeśli jednak przyjąć, że gatunek homo wyewoluował około 2,5 miliona lat temu, a narody w istocie powstały w drugiej połowie XVIII w., to zaskoczenie byłoby jeszcze większe, bo musielibyśmy uznać, że narody pojawiły się w naszej historii o 23.59,51, czyli dziewięć sekund przed północą! Państwa bardzo się napracowały, byśmy uważali, że narody są odwieczne, naturalne i najważniejsze. I że to one, czyli narody, stwarzają państwa. Choć prawda jest dokładnie odwrotna.

Autor jest politologiem, publicystą i byłym europosłem. Niedawno ukazała się jego książka „Naród urojony" (Wydawnictwo Liberte!)

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL