Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Marek Migalski: To nie naród tworzy państwo

Narody syryjski, libański, jordański i iracki zrodziły się z przypadkowych granic wyrysowanych na piasku przez francuskich i brytyjskich dyplomatów ignorujšcych lokalnš historię, geografię i gospodarkę. Na zdjęciu z 22 listopada 1945 pierwsza libańska parada wojskowa po wycofaniu się wojsk francuskich. Na pierwszym planie prezydent Biszara al-Churi salutuje libańskiej fladze.
AFP
Państwo brutalnie i bezceremonialnie, a czasami w sposób subtelny i zniuansowany, tworzyło na swoje potrzeby naród. Bo taka właœnie jest prawidłowoœć – to państwa tworzš narody, a nie narody państwa.

W epoce Mazziniego nie było ważne, że ogromna częœć ludnoœci Włoch nie miała pojęcia o istnieniu ruchu zjednoczeniowego Risorgimento, co przyznał Massimo d'Azeglio, wypowiadajšc słynne słowa: ťStworzyliœmy Włochy, teraz musimy stworzyć WłochówŤ. Nawet dla bojowników sprawy polskiej nie miało znaczenia, że większoœć polskojęzycznych chłopów (...) prawdopodobnie nie czuła się jeszcze Polakami w sensie nacjonalistycznym. Jak powiedział póŸniejszy wyzwoliciel Polski, ówczesny pułkownik Piłsudski: ťTo państwo tworzy naród, a nie naród państwoŤ" – pisał brytyjski historyk Eric Hobsbawm.

Dokładnie tego samego zdania był... Roman Dmowski: „Naród jest wytworem bytu państwowego. Trwanie przez szereg pokoleń w jednej organizacji państwowej, na jednej ziemi, pod jednym imieniem, z jednš władzš na czele, z jednym typem wzajemnych uzależnień, z jednymi celami na zewnštrz – zabiera coraz więcej z duszy jednostki na rzecz całoœci, na rzecz wielkiej zbiorowej duszy narodu, tworzy najsilniejszy ze znanych w dziejach ludzkoœci wielki zwišzek moralny, którego zerwanie, gdy się należycie utrwali, przestaje wprost zależeć od woli jednostki".

Œwietnie było to widać w procesie dekolonizacji, który dotknšł kontynentu afrykańskiego (i po częœci azjatyckiego) w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Brytyjski socjolog Anthony D. Smith pisze: „Naœladujšc angielsko-francuski model „od państwa do narodu", afrykańscy i azjatyccy nacjonaliœci mieli nadzieję, że uda im się powtórzyć rozwój i militarny sukces Zachodu, a także stworzyć homogeniczne, zwarte narody, przepełnione patriotycznym zapałem i solidarnoœciš". Wtóruje mu izraelski historyk Yuval Noah Harari: „Narody syryjski, libański, jordański i iracki zrodziły się z przypadkowych granic wyrysowanych na piasku przez francuskich i brytyjskich dyplomatów ignorujšcych lokalnš historię, geografię i gospodarkę. W 1918 r. dyplomaci owi postanowili, że mieszkańcy Kurdystanu, Bagdadu i Basry odtšd będš zwać się Irakijczykami. To Francuzi orzekli, kto będzie tworzył naród syryjski, a kto libański".

Laboratorium narodowej lojalnoœci

Z dnia na dzień powstawały państwa, które swój kształt terytorialny zachowywały po wyznaczonych przez dawnych kolonizatorów obszarach administracyjnych. Nic nie łšczyło zamieszkujšcych je plemion – żadna wspólna historia, doœwiadczenie, pochodzenie. Czasami ludy w nowym państwie nie mówiły tym samym językiem i nie miały wspólnych wierzeń religijnych.

Nie przeszkadzało to jednak nowym władzom szybko ogłaszać powstania narodu, po czym tworzono jego legendę majšcš jednoczyć plemiona. Nagle powstawały narody rwandyjski, angolański, nigeryjski czy kenijski. Różnice kulturowe, językowe i religijne między plemionami je tworzšcymi były olbrzymie, ale nie zmniejszało to zapału nowych władców. Gdy nie sposób było ustalić wspólnego języka, to wybierali oni język... dawnej metropolii. Ale nadal twierdzili, że majš zaszczyt prezentować naród – odwieczny oczywiœcie, jak wszystkie inne narody na œwiecie.

Jak pisze amerykański socjolog Rogers Brubaker w kontekœcie powstawania nowych narodów w Afryce i Azji: „Głównš myœlš (...) jest idea stopniowego przekształcania się populacji danego państwa – ogółu jego obywateli – w naród w tyglu odgraniczonej i relatywnie homogenicznej przestrzeni transakcyjnej i komunikacyjnej, przestrzeni okreœlonej, ograniczonej przez państwo oraz ogólnopaństwowe instytucje i procesy społeczne, ekonomiczne i kulturalne. W miejsce różnorodnych, partykularnych lojalnoœci i tożsamoœci ogół obywateli zostaje stopniowo zjednoczony poprzez powoli asymilujšce działania owych ogólnopaństwowych instytucji, procesów i transakcji w całoœć o narodowej lojalnoœci i tożsamoœci".

Właœnie Afryka najlepiej pokazuje sztucznoœć konstruowania narodu. Nie żeby było to przeprowadzane najlepiej – dokładnie odwrotnie: była to w większoœci operacja parciana i robiona bez polotu. I właœnie dlatego jest tak doskonałš egzemplifikacjš tego, jak przeprowadzany jest proces tworzenia narodu przez państwo, które go potrzebuje. Drugim powodem, dla którego Afryka jest œwietnym laboratorium, w którym można było œledzić proces wytwarzania narodu, jest to, że działo się to niejako na naszych oczach. Niedawno. Gdy nauki społeczne mogły już bez trudu wychwycić poszczególne etapy tej alchemii i je opisać.

O ile bowiem poczštki większoœci narodów europejskich skšpane sš w mrokach czasów dawnych, niemal prehistorycznych, o tyle tworzenie narodów na innych kontynentach dokonywało się niedawno. Prawie cała Afryka, obie Ameryki i duża częœć Azji jeszcze 250 lat temu nie były podzielone na państwa i zamieszkujšce je narody. Były to obszary często bezpaństwowe, a identyfikacje ludzi były raczej plemienne lub etniczne.

Nowa œwiecka tradycja

Narody dziœ tam występujšce sš niejako nagie, nie występujš udrapowane w te wszystkie historyczne szaty, w których tak bardzo lubiš paradować Europejczycy. Ci ostatni mieli doœć czasu, by przekonać samych siebie, że ich identyfikacje narodowe sš właœciwie przedwieczne, naturalne, przedhistoryczne. Mieszkańcy naszych państw chętnie uwierzyli, że sš potomkami Piasta Kołodzieja, dzielnego Galla czy Remusa. Jak pisze psycholog społeczny Michael Billig: „W szczytowym okresie powstawania narodów w XVIII i XIX w. wiele pozornie wiekowych tradycji zostało wymyœlonych. Wynaleziono nowe rzeczy, jak szkocki kilt czy rytuały koronacyjne, ale przedstawiono je jako starodawne tradycje. Od czasu do czasu fałszowano też ťstarożytneŤ eposy poetyckie wysławiajšce naród".

Ale procesy tworzenia narodu na potrzeby państwa były na naszym kontynencie prawie tak samo prymitywne jak te, które mogliœmy oglšdać przy tworzeniu narodu indonezyjskiego czy mozambickiego. Działały te same mechanizmy i prawidła. Państwo tak samo brutalnie i bezceremonialnie, a czasami w sposób subtelny i zniuansowany, tworzyło na swoje potrzeby naród. Bo taka właœnie jest prawidłowoœć – to państwa tworzš narody, a nie narody państwa. Państwa różnymi sposobami i metodami wymyœlały sobie narody, a potem wtłaczały w umysły swoich obywateli tak spreparowane urojenia.

Po co państwo stwarza naród? W zlaicyzowanych czasach, w których żyjemy, odpowiedŸ jest doœć oczywista – by nadać sobie legitymację. By się uprawomocnić. By zwišzać ze sobš swoich obywateli. By przekonać ich, że obrona państwa jest ich najœwiętszym obowišzkiem.

Kiedyœ, w dawnych czasach, gdy nie istniały narody, władza czerpała z wielu Ÿródeł, by legitymizować samš siebie. Na poczštku, w czasach przedpaństwowych, takim uprawomocnieniem było dobro hordy czy plemienia. Przywódca sprawował swój „urzšd", bo powszechnie uważano, że może wspólnocie zapewnić najlepszy los. Był zazwyczaj najsilniejszym samcem, najsprawniejszym łowcš, najbardziej płodnym reproduktorem. Codziennie jednak musiał udowadniać swojš przydatnoœć. Gdy wreszcie wyrastał mu godny przeciwnik i staczał z nim ostatecznš walkę o przywództwo, stado, wataha, plemię oddawało się pod opiekę tego nowego, silniejszego i sprawniejszego lidera. Sprawa była oczywista.

W czasach, gdy stada i watahy przeszły w formę ludów, do siły fizycznej i sprawnoœci łowieckiej, doszły elementy bogactwa oraz dziedziczenia. Od tej pory władza była legitymizowana właœnie tymi aspektami – przywódca stał na czele wspólnoty, miał bowiem zgromadzony największy majštek, a poza tym jego ojciec też wczeœniej był przywódcš. Wszyscy uważali, że jest to naturalny porzšdek rzeczy, i nikt go nie kwestionował.

Do tego została dołożona z czasem władza religijna. Na poczštku niejako osobna, występujšca w postaci szamana, z biegiem historii została połšczona z władzš politycznš i w ten sposób jš usankcjonowała. Od tej pory przywódca czerpał swojš legitymizację nie tylko z bogactwa i siły, ale także z tego, że jego władza pochodziła od Boga. Król czy ksišżę byli częœciš kosmologicznego porzšdku i sprawowali swoje urzędy niejako z nadania boskiego. Poddani nie podważali tego faktu, bo wydawało się im to tak oczywiste, jak nam to, że prezydentem jakiegoœ kraju musi być ktoœ, kto pochodzi z narodu go zamieszkujšcego. Warto wspomnieć, że do XIX w. królowie Anglii zmuszani byli do corocznego uzdrawiania swoich poddanych przez nakładanie na ich głowy swoich dłoni.

Ideologia wspólnoty

Czasy nowożytne obaliły poglšd, że władza pochodzi od Boga. Najpierw obaliły Boga, a potem tych, którzy się na niego powoływali w sprawowaniu władzy. Nowoczesnoœć oznajmiła ludzkoœci, że przywództwo nie jest wynikiem Bożej opatrznoœci. Powstał zatem dylemat: skšd władza ma czerpać swojš legitymizację? W epoce demokratycznej odpowiedŸ mogła być tylko jedna: od ludu. Czymże jednak jest lud? I tu znów odpowiedŸ była jasna: narodem.

Lud jako zbieranina obywateli nie zapewniał żadnej œwiętoœci władzy przez niego wybieranej. Jeœli byłby przypadkowš grupš, to i władza przez niego wybrana byłaby przypadkowa. Inaczej w przypadku narodu – jeœli on jest œwięty, przedwieczny i naturalny, to dokładnie taka sama była jego władza. Państwo zatem zyskiwało sankcję moralnš, którš utraciło w procesie laicyzacji. „Œmierć Boga" wytworzyła pustkę teleologicznš, którš zapewnić mógł tylko naród. I nic innego. Tylko on dawał wrażenie czegoœ ponadnaturalnego i odwiecznego. Tylko on zapewniał poczucie œwiętoœci. Tylko on w czasach nowożytnych gwarantował, że ludzie nie zapytajš się o sens i uzasadnienie władzy. Naród wydawał się konstrukcjš tak starš i tak oczywistš, że obywatele nie mieli szans na zastanowienie się, czy czasem nie jest on jednak wymysłem, i to wymysłem stosunkowo nowym. Wygrał bezapelacyjnie ze swoimi konkurentami, którzy okazali się za mało tajemniczy i odwieczni.

Owymi konkurentami byli liberalizm i komunizm. Ich starcie zaczęło się w XIX w., a rozstrzygnęło się w wieku następnym – ostatecznym i definitywnym zwycięstwem nacjonalizmu. Wolnoœć i komunizm okazały się dla ludzi o wiele mniej atrakcyjne. Przy uwzględnieniu wszystkich subtelnoœci można ten konflikt opisać jako walkę ideologii jednostki (liberalizm), ideologii grupy (nacjonalizm) i ideologii ludzkoœci (komunizm). Pamiętajšc, że liberalizm potrafi być wspólnotowy, a komunizm bardzo partykularny, to jednak taki opis wydaje się najbardziej zasadniczy i prawdziwy zarazem. Wynika z niego, że najsilniejszš okazała się ideologia wspólnoty, bijšc na głowę ideologię jednostki i ideologię powszechnš. Okazało się, że człowiek najbardziej ceni sobie taki sposób organizacji społecznej i politycznej, która sytuuje go jako częœć grupy, a nie jako byt osobny lub powszechny. Dziœ nie ma wštpliwoœci, że z tych trzech propozycji ideowych i ustrojowych to właœnie nacjonalizm okazał się najatrakcyjniejszy dla ludzi, a pozostałe dwie odeszły (komunizm) bšdŸ odchodzš (liberalizm) do lamusa historii.

Szkoła nacjonalizmu

Jakimi zatem sposobami państwo stwarza sobie naród? Propagowanie idei narodowej intensyfikuje się po przekroczeniu przez dziecko progu państwowej placówki edukacyjnej. Podczas owej edukacji prawie przez cały czas sšczone sš do jego głowy treœci narodowe. Nieproporcjonalnie mocno – względem innych przedmiotów – faszerowane jest naukš języka ojczystego. We wszystkich krajach jest podobnie. Na lekcjach narodowego języka uczeń zapoznaje się przede wszystkim z literaturš rodzimš – autorzy, z którymi obcuje, sš zazwyczaj jego rodakami, a nie najwybitniejszymi literatami. Bo przecież Mickiewicz czy Słowacki to w rzeczywistoœci poeci lokalni i bez jakiegokolwiek znaczenia europejskiego (o œwiatowym nie mówišc).

Podobnie jest z nauczaniem historii – tu także historia własnego kraju jest o wiele bardziej rozbudowana niż historia powszechna. Podział godzin zawsze jest niekorzystny dla tej drugiej. Poza tym, nawet jeœli nauczyciel przedstawia wydarzenia œwiatowe, to zazwyczaj czyni to przez pryzmat narodowy. Jeœli omawia wydarzenia drugiej wojny œwiatowej, to zawsze będzie to czynił z wyeksponowaniem roli jego narodu w tym wydarzeniu. Jeœli będzie mówił o historii powszechnej XIX w., to zapewne wyeksponuje przy tej okazji to, co działo się w jego państwie. Uczeń poznaje więc historię przede wszystkim jako historię jego narodu i regionu. Polski uczeń będzie męczony odpytywaniem z kolejnych nieudanych powstań narodowo-wyzwoleńczych, a francuski będzie torturowany pytaniami o szczegółowy przebieg Wielkiej Rewolucji.

Nie inaczej jest z geografiš – ona zaczyna się i kończy naukš o kraju rodzimym. Stosunek tematyki krajowej do zagranicznej jest zazwyczaj identyczny jak przy nauczaniu języka rodzimego czy też historii. Kwestia narodowa odgrywa też ważnš rolę w nauczaniu chemii, biologii, fizyki, a nawet matematyki. Polski uczeń dowie się o tym, jak wspaniałych przedstawicieli miał jego naród we wszystkich tych dziedzinach i jak bardzo jego nacja przyczyniła się do ich rozwoju. Będzie o tym tak samo œwięcie przekonany, jak słowacki żak o słowackim wpływie na rozwój energetyki jšdrowej i fizyki kwantowej. Jak pisze izraelski historyk Shlomo Sand: „Nie ma żadnego dojrzałego narodu bez obowišzkowego szkolnictwa, które zmusza obywateli, aby ich dzieci uczęszczały do szkoły. Instytucja ta stała się podstawowym czynnikiem ideologicznym, który przekształcił każdego podwładnego w obywatela, inaczej mówišc człowieka œwiadomego swojej przynależnoœci narodowej. Jedynie wojna i armia mogły z niš konkurować".

Innym sposobem budowania narodu jest polityka historyczna, czyli nazwy ulic, pomniki, łuki czy kopce. Co więcej, narody stawiajš pomniki nie tylko swoim wybitnym członkom z przeszłoœci, ale także postaciom anonimowym. Jak dowcipnie zauważa historyk Benedict Anderson, narodowe pomniki i groby Nieznanego Żołnierza nie majš historycznych precedensów: „Kulturowe znaczenie tego typu pomników stałoby się jeszcze bardziej wymowne, gdybyœmy spróbowali sobie wyobrazić Grób Nieznanego Marksisty albo Grobowiec Liberała. Czy dałoby się uniknšć poczucia absurdu?". Historyk G.L. Mosse szczegółowo opisuje zresztš, jak instytucje państw narodowych podejmujš nadzwyczajne œrodki ostrożnoœci i przywišzujš niezwykłš wagę do tego, by zwłoki chowane w tego typu grobach naprawdę były anonimowe.

Nasi chłopcy, nasze zwycięstwa

Analogicznie rzecz się ma w przypadku muzeów. Przypomnijmy sobie choćby boje toczone wokół Muzeum II Wojny Œwiatowej. Ale państwo stwarza naród także dzięki... sportowi. Zacznijmy do samego sformułowania – rywalizacja międzynarodowa. Zafałszowuje ono rzeczywistoœć i działa narodowotwórczo. Wszak na igrzyskach olimpijskich nie mamy do czynienia z rywalizacjš między narodami, lecz między państwami (z małymi wyjštkami – na przykład w rywalizacji w piłce nożnej czy rugby występujš na zawodach reprezentacje Szkocji, Anglii czy Walii, które na co dzień tworzš jeden organizm państwowy). Nie mamy więc zazwyczaj do czynienia z zawodami „międzynarodowymi", lecz „międzypaństwowymi". Ale w rywalizacji państw jest o wiele mniej emocji niż w walce narodów.

Jak pisze historyk Eric Hobsbawm: „mecze międzynarodowe zaczęto organizować w istocie w celu integrowania grup narodowoœciowych wchodzšcych w skład wielonarodowych państw. Symbolizowały jednoœć państw, albowiem przyjazna rywalizacja między zamieszkujšcymi je nacjami wzmacniała poczucie, że wszyscy stanowiš jednoœć (...) Tym, co uczyniło sport tak skutecznym œrodkiem zaszczepiania uczuć narodowych, w każdym razie jeœli chodzi o mężczyzn, jest łatwoœć, z jakš nawet najdalsze od polityki i najmniej publiczne jednostki mogš zidentyfikować się z narodem, symbolizowanym przez młodych ludzi przodujšcych w tym, w czym praktycznie każdy mężczyzna chce, lub w którymœ momencie życia chciał, być dobry. Wyobrażona wspólnota milionów wydaje się bardziej realna jako drużyna jedenastu ludzi posiadajšcych imiona i nazwiska".

Właœnie z takš zakamuflowanš wojnš narodów mamy do czynienia przy każdej okazji, gdy œledzimy zmagania sportowców. Reprezentanci naszego kraju okreœlani sš jako „nasi chłopcy"; ich zwycięstwa sš „naszymi"; ich upokorzenia i przegrane dotykajš „nas". Sport wzmacnia nacjonalizm i niechęć do siebie poszczególnych narodów, a nie osłabia – wbrew temu, co się powszechnie uważa. Ożywia demony szowinizmu. To nie dlatego nie ma wojen, bo wynaleziono międzypaństwowš rywalizację sportowš, ale dokładnie odwrotnie: rywalizacja międzypaństwowa jest możliwa, bo nie ma wojen.

Przy analizie tego zjawiska niezbędne jest przywołanie pojęcia „banalnego nacjonalizmu", które zaproponował Michael Billig na okreœlenie codziennego, niemal niezauważalnego, ale uporczywego wpajania nam przez państwo i media naszej przynależnoœci do narodu. To, że czujemy się częœciš jakiegoœ narodu, nie jest dziełem przypadku, a już na pewno nie jest czymœ naturalnym. Ta przynależnoœć bowiem jest nam wkładana do głów w każdym możliwym momencie, nawet (zwłaszcza) gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Czujemy się Polakami, Amerykanami, Japończykami, bo codziennie państwo (i media) atakujš nas symbolami, które czyniš nas częœciš narodowej wspólnoty. Mogš to być flagi na urzędach i w klapach marynarek u polityków, symbole narodowe na banknotach, prognoza pogody, kształt map w szkole. Ale także relacje sportowe.

Banalny nacjonalizm odnajdujemy także w takich zabiegach państwa, jak nazywanie imionami ważnych dla narodu postaci pocišgów, samolotów, portów lotniczych. Nie zdajšc sobie sprawy z tego procederu, obywatele państwa indoktrynowani sš narodowo przez cały czas. Dlatego identyfikacja ze swš nacjš wydaje im się tak oczywista i naturalna. Prawda jednak jest inna: naród to pojęcie nowoczesne i nowatorskie. A także sztuczne. By przywišzać do niego swoich obywateli, państwo musi się nie lada natrudzić. Bo nikt nie rodzi się Polakiem, Chilijczykiem czy Somalijczykiem. By się nim stać, musi być od dzieciństwa do póŸniej staroœci atakowany przez różne instytucje państwa i indoktrynowany. Idea samostanowienia narodów jest absurdalna. Przed nastaniem ery narodów nikt nie miał pretensji, że jego władcš jest ktoœ wywodzšcy się skšdinšd. Polacy na swych królów wybierali Szwedów, Czechów, Francuzów, Węgrów. Obecna dynastia brytyjska to Niemcy, którzy zresztš zmienili swš nazwę podczas II wojny œwiatowej, by bardziej przypodobać się rodakom.

Idea samostanowienia narodów ma zaledwie 100 lat, ale nowinka ta już zdołała pochłonšć miliony istnień ludzkich. Przez tysišce lat ludzie ginęli za królów, bogów, nawet za swe państwa czy miasta. Ale o narodach nie słyszeli. Gdyby historię homo sapiens przedstawić jako dobę, czyli ujšć 100 tys. lat w 24 godziny, a poczštek narodów wyznaczyć na około 500 lat wstecz, to okazałoby się, że pojawiły się one w naszym życiu na siedem minut przed północš. Jeœli jednak przyjšć, że gatunek homo wyewoluował około 2,5 miliona lat temu, a narody w istocie powstały w drugiej połowie XVIII w., to zaskoczenie byłoby jeszcze większe, bo musielibyœmy uznać, że narody pojawiły się w naszej historii o 23.59,51, czyli dziewięć sekund przed północš! Państwa bardzo się napracowały, byœmy uważali, że narody sš odwieczne, naturalne i najważniejsze. I że to one, czyli narody, stwarzajš państwa. Choć prawda jest dokładnie odwrotna.

Autor jest politologiem, publicystš i byłym europosłem. Niedawno ukazała się jego ksišżka „Naród urojony" (Wydawnictwo Liberte!)

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL