Plus Minus

Trudno o dobrobyt przez pracę. Nowe ścieżki awansu społecznego w cyfrowym świecie

Bloomberg
Dotychczasowe ścieżki awansu społecznego coraz częściej prowadzą donikąd. Droga poprzez zdobycie wykształcenia i sukcesu zawodowego, która jeszcze niedawno wydawała się najbardziej oczywista, dziś prowadzi swym szlakiem nielicznych.

W ciągu zaledwie kilku dekad istniejący system awansu społecznego przeszedł trzęsienie ziemi. Wiodąca przez pracę droga do dobrobytu przestała być przewidywalna. Gwarantem zamożności nie jest już wyższe wykształcenie, a zawody, które wydawały się dla ostatnich co najmniej dwóch pokoleń wyborami gwarantującymi wysoki poziom życia – jak choćby ekonomista czy prawnik – przestały nimi być. Rynek pracy stał się nieprzewidywalny, zatrudnienie krótkoterminowe, umowy coraz częściej pozbawione elementów bezpieczeństwa, takich jak ubezpieczenie zdrowotne czy emerytalne. Dla młodych osób, podejmujących po szkołach średnich decyzje dotyczące ścieżki kariery, przyszłość zawodowa jest większym znakiem zapytania niż kiedykolwiek. Praca jako źródło przyszłego dobrobytu jest loterią.

Nowoczesność stała się płynna – ogłosił ponad dekadę temu socjolog Zygmunt Bauman. Wszyscy żyjemy w czasach niepewności egzystencjalnej. Współczesny model rynku pracy tylko tę niepewność potęguje.

– Przyjęty w latach 40. XX w. model sprowadzał się do tego, że kapitał płacił za pracę i gwarantował pewną ścieżkę rozwoju, aż po grób. Obecnie ten kontrakt przestał istnieć. Kapitał nie chce dawać gwarancji: „płacę ci za pracę, którą wykonujesz, może nawet płacę proporcjonalnie więcej niż kiedyś, ale gdy nie będziesz mi już potrzebny, nie chcę mieć z tobą już nic wspólnego" – mówi „Plusowi Minusowi" prof. Paul H. Dembinski, dyrektor Obserwatorium Finansowego w Genewie. A przecież awans społeczny od dawna utożsamiany był z awansem zawodowym.

– Dzisiaj mamy do czynienia nie tylko ze ścieżkami awansu, ale ze studniami, w które można spaść. Kilkadziesiąt lat temu tego nie było – jeśli ktoś miał za sobą awans społeczny, to już nie mógł spaść. Dobrobyt przechodził nawet na dzieci. Jeśli ktoś zostawał np. prawnikiem, to jego dzieci często kontynuowały ten zawód. Dzisiaj zawód zmienia się często w życiu. To całkowicie zmienia kształt struktur społecznych – dodaje Dembinski.

Kurcząca się premia

Przepustką do świata dobrobytu od dekad było wykształcenie. Ale ten atut zdaje się wyczerpywać. W 1990 r. w Stanach Zjednoczonych 23,2 proc. osób w wieku 25–29 lat mogło się pochwalić co najmniej dyplomem college'u (odpowiednikiem polskiego licencjata). W 2015 r. wskaźnik ten wynosił już 35,6 proc. – wyliczył Brookings Institute.

Nie przekłada się to jednak na wynagrodzenia. Jak wynika z wyliczeń organizacji Young Invincibles, tzw. pokolenie milenialsów zarabia w USA średnio o 20 proc. realnie mniej niż ich rówieśnicy 25 lat wcześniej, a wartość ich majątków jest realnie aż o 56 proc. niższa. Ekonomiści z Uniwersytetu Stanforda wyliczyli, że osoby urodzone w latach 80. lub później mają zaledwie 50 proc. szans na to, by zarobić w swoim życiu więcej niż ich rodzice. I to mimo że są zwykle lepiej wykształceni.

Również w Polsce przybywa osób z wyższym wykształceniem. W 2015 r. 21 proc. Polaków mogło się pochwalić dyplomem wyższej uczelni. W Badaniu Ludności Bilans Kapitału Ludzkiego z 2013 r. aż 32 proc. respondentów w wieku 25–34 lata deklarowało wykształcenie wyższe. To ok. cztery razy więcej niż na początku lat 90.

Ryzyka związane z życiem znowu, jak w XIX w., wracają do jednostek. Przekłada się to na niepewność, a ta na demografię. Bo jak w takich warunkach mamy planować rodzinę?
Rzeczpospolita

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach regionu, zmieniły się wzorce kształcenia. Kiedyś na poziomie wyższym uczyło się 7, a potem 14 proc. danego rocznika, a obecnie kształci się ponad 50 proc. To bardzo zmienia strukturę absolwentów uczelni. Pozbawia wykształcenie aspektu elitarności, czyniąc je jednocześnie bardziej demokratycznym, ale też bardziej spauperyzowanym – podkreśla dr hab. Joanna Tyrowicz z ośrodka badawczego GRAPE. – Grupa osób z wyższym wykształceniem stała się dużo liczniejsza, ale jednocześnie przybyło dużo prac biurowych, do których wykonywania wyższe wykształcenie potrzebne jest bardziej pro forma niż faktycznie – dodaje.

Nawet jeśli wyższe wykształcenie spowszedniało, stając się mniej pewną ścieżką na drodze do dobrobytu, to wciąż ułatwia znalezienie pracy. Zaledwie 2,8 proc. Polaków w wieku 25-64 lat mogących pochwalić się wyższym wykształceniem jest bezrobotnych. Nie przynosi ono jednak już takich profitów jak wcześniej. – Premie za dyplom uczelni w relacji do wykształcenia średniego na początku lat 90. przekraczały 35 proc. Około 2000 r. zaczęły spadać. W tej chwili wynoszą ok. 22–24 proc. – mówi Tyrowicz.

I podkreśla, że spadająca premia za wyższe wykształcenie ma także związek z procesem, który do Polski dotarł na początku XXI w., czyli ze zmianą w tzw. zadaniowej strukturze stanowisk pracy. – O ile wcześniej miejsca pracy dla osób z wyższym wykształceniem stanowiły głównie stanowiska nierutynowe, trudne do skodyfikowania, to w miarę tworzenia w Polsce nowych miejsc pracy w usługach, w tym także w usługach B2B, coraz liczniejsza stała się grupa stanowisk o większym udziale czynności tzw. kodyfikowalnych, np. doglądanie korporacyjnych polityk dotyczących wynagrodzeń, cykliczne rozliczanie działań czy raportowanie. Na te miejsca zatrudnia się osoby z wyższym wykształceniem, bo potrzebna jest znajomość języków i zdolność opanowania procedur korporacyjnych. Jednak część z tych stanowisk nie generuje wysokiej wartości dodanej, co ciągnie średnie zarobki osób z wyższym wykształceniem w dół – dodaje ekonomistka.

Wartość coraz mniej dodana

To właśnie migracja wartości dodanej wydaje się jednym z powodów zmian na rynku pracy, których byliśmy świadkami w ostatnich dekadach. W uproszczeniu wyższe wynagrodzenie jest rodzajem premii za umiejętności pozwalające utrzymać wysokie marże sprzedaży określonych produktów i usług. Adwokat zarabia więcej niż kierowca, bo za usługę, którą świadczy trzeba więcej zapłacić. Zwykle wiąże się to z większą wiedzę, a więc wykształceniem. Tak rozumiana wartość dodana zmienia się z biegiem czasu. – Zmienia się rozkład prac z nią związanych. Tam, gdzie one kiedyś były, już ich nie ma. To nie znaczy, że znikają, ale pojawiają się w innych miejscach gospodarki – podkreśla Paul H. Dembinski.

Z jednej strony niektóre usługi i produkty stały się tańsze, wpływając na spadek wartości pracy ludzi, parających się danymi zawodami. Z drugiej niektóre kwalifikacje stały się bardziej dostępne. Choćby dlatego, że w poszukiwaniu lepszej przyszłości ludzie kształcili się w kierunkach uchodzących za perspektywiczne, doprowadzając z biegiem czasu do nadmiaru specjalistów w niektórych zawodach. Najbardziej widać to na przykładzie ekonomistów, których nadpodaż mamy w Polsce praktycznie w każdym województwie. Do tego doszedł rozwój technologii, a wraz z nim zastępowanie pracy ludzkiej przez maszyny, algorytmy, lub wręcz pozbawienie ekonomicznego sensu istnienia niektórych branż.

Automatyzacja poważnie dotknęła np. branżę finansową. Analitycy Citi GPS prognozują, że w sumie w latach 2015–2025 zatrudnienie w bankach skurczy się o 30 proc. Oznaczałoby to, że tylko w USA i Europie pracę w ciągu dekady straci 1,8 mln osób. W porównaniu z okresem sprzed kryzysu finansowego z 2007 r. liczba pracowników sektora bankowego w 2025 r. może być mniejsza nawet o połowę. A przecież takie zawody jak bankowiec, makler, specjalista od ubezpieczeń od dawna uchodziły za gwarantujące dobre pieniądze i stabilne zatrudnienie. Na dodatek zdobycie kwalifikacji niezbędnych do ich wykonywania wymagało wysiłku – choćby długoletnich studiów i certyfikatów.

– Branża bankowa w ostatnich latach masowo zwalnia pracowników. Usługi finansowe przenoszą się do internetu. Nie potrzeba już tylu ludzi do pracy w oddziałach – podkreśla socjolog dr Dominik Batorski.

Zjawisko to potęguje tzw. prosumeryzacja, czyli przejmowanie przez klientów działań wykonywanych dotychczas przez pracowników. Bankowość mobilna sprawiła, że dzisiaj klienci sami wykonują przelewy i inwestują, nie wychodząc z domów. Możliwość porównywania parametrów inwestycji przez internet sprawiła, że rzadziej decydują się też na usługi pośredników, co mocno odbiło się na kondycji i zatrudnieniu w sektorze doradztwa finansowego.

Ale automatyzacja dotyka nie tylko ich. – W Stanach Zjednoczonych część pracy prawników jest zastępowana przez technologie. Nowe narzędzia wyszukiwania semantycznego pozwalają zaoszczędzić na pracy, którą kiedyś wykonywali ludzie – mówi Batorski.

Niedawno grupa badaczy z uniwersytetów w Londynie, Sheffield i Pensylwanii stworzyła algorytm, który zastępuje sędziego Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W trakcie testów program podejmował decyzje w sprawach, którymi Trybunał już się zajął. Jego wyroki były w 79 proc. zgodne z tymi, które zapadły.

Od ponad dekady na światowych rynkach kapitałowych rządzą z kolei platformy high frequency trading (HFT), w których to komputery decydują o inwestycjach, gdzie zakup i sprzedaż aktywów odbywa się w szybkim tempie, w oparciu o błyskawiczną analizę danych, której nie mógłby przeprowadzić człowiek. Zysk z pojedynczych transakcji jest często minimalny, ale ich skala i liczba zawieranych umów w ciągu jednego dnia tak duża, że zysk końcowy jest wyższy, niż mógłby osiągnąć makler działający w tradycyjny sposób. W szczytowym momencie, w 2009 r., za ponad 70 proc. transakcji zawieranych na amerykańskich giełdach odpowiadały algorytmy HFT. Szacuje się, że obecnie stanowią one ok. połowy wszystkich transakcji.

Możliwość zastąpienia ekonomistów czy prawników uczącymi się programami znacząco obniża wartość dodaną, zmniejszając też premię za ich kwalifikacje, co w efekcie utrudnia awans społeczny.

Jak bardzo technologie zmieniły wartość ich pracy, wiedzą też twórcy. W epoce cyfrowej możliwość swobodnego kopiowania i – co najważniejsze – dystrybucji książek, muzyki, filmów odebrała zyski grupie uchodzącej za trzon klasy średniej. Zostanie twórcą, nawet mimo posiadania talentu i włożonej pracy, nie gwarantuje już takiego dobrobytu jak nawet 20 lat temu. W muzyce przejawem tego jest odwrót od sprzedaży płyt jako głównego źródła zarobków twórców i powrót do tras koncertowych. Ostatnim albumem, który sprzedał się w ponad 40 mln egzemplarzy, był soundtrack z filmu „Bodyguard" z 1992 r. Z 30 najlepiej sprzedających się płyt w historii tylko jedna – „21" Adele – wyszła po roku 2000.

Epoka niepewności

Do tych wszystkich zjawisk dochodzi niestabilność rynku pracy. Świat przyspieszył na tyle, że coraz trudniej wytrwać w jednym zawodzie całe życie, o jednym miejscu pracy nawet nie wspominając. – Pewność zatrudnienia jest coraz mniejsza. Ludzie coraz częściej muszą je zmieniać. Są zawody, gdzie popyt na pracę bardzo maleje, a jednocześnie cały czas pojawiają się nowe zawody. Dynamika na rynku pracy jest dużo większa – podkreśla dr Dominik Batorski.

Z amerykańskich danych wynika, że w ciągu całej kariery zawodowej statystyczny obywatel USA zmienia pracę ok. 12-krotnie. Przed 32. rokiem życia robi to aż czterokrotnie. W Polsce dokładną liczbę takich zmian trudno ustalić. Samo pojęcie pracy staje się trudno definiowalne. Między innymi dlatego, że coraz rzadziej jest to zatrudnienie etatowe, a coraz częściej zadaniowe – w formie umów o dzieło, zleceń czy samozatrudnienia. Trudno wówczas określić, co jest zmianą pracy, a co po prostu wykonywaniem różnych zleceń.

Nie bez przyczyny niektórzy ekonomiści i socjologowie twierdzą, że współczesne czasy wykształciły zupełnie nową grupę społeczną – prekariat. Ludzi bez stabilnych warunków zatrudnienia, pracujących często poniżej swoich kwalifikacji, których zatrudnianie i zwalnianie niesie ze sobą minimalne koszty po stronie pracodawcy.

– Prekariat to efekt załamania się dotychczasowej ścieżki pracy najemnej. To nie znaczy, że spadają dochody, nie ma już jednak dawnego bezpieczeństwa zatrudnienia i ludzie mają problem z układaniem życia. Po stronie posiadacza kapitału wszystko sprowadza się do obniżania ryzyka – mówi Paul H. Dembinski.

Swoje dołożyła też globalizacja. Rozwój technologii komunikacyjnych ułatwił świadczenie wielu usług na odległość, praktycznie z dowolnego miejsca na świecie. Wystarczy znaleźć tylko miejsce, gdzie można to zrobić najtaniej. – W tym pędzie homogenizacyjnym lokalne struktury społeczne padają – mówi Dembinski.

Bożek kosztu

Nasza cywilizacja wpadła w dyktat niskiego kosztu. Koncerny od dekad wypychają produkcję tam, gdzie mogą mniej zapłacić za pracę. Co gorsza, ten proces zaczął obejmować coraz więcej zawodów kojarzonych dotychczas z wyższą wartością dodaną, a więc też z ludźmi aspirującymi do klasy średniej. Tzw. centra obsługi biznesowej (z ang. BPO), świadczące usługi wykonywane dotychczas przez dobrze wykształconych młodych ludzi z krajów rozwiniętych, od lat przenoszone są do krajów rozwijających się. Beneficjentami migracji tego typu miejsc pracy jest m.in. Polska, ale motyw ich przeniesienia nad Wisłę, czyli obniżanie kosztów, sprawia, że te miejsca pracy nie tworzą u nas klasy średniej, tylko powiększają grupę osób z wyższym wykształceniem wykonujących pracę za stosunkowo niewysokie wynagrodzenie. Nie wspominając o tym, że ścieżki awansu, w tym finansowego, w tej branży są znikome.

Zaletą BPO pozostaje lokalne obniżanie stopy bezrobocia wśród młodych, ale w skali globalnej zubażają one zasób miejsc pracy z premią finansową pozwalającą na awans społeczny.

Dyktat kosztu widać też w samej strukturze zatrudnienia. Ucieczka firm od umów etatowych to efekt kalkulacji czysto kosztowej. Urlopy, choroby – to wszystko koszty, za którymi nie idą dla firmy przychody, traktowane są więc jak puste przebiegi. Emerytura staje się sprawą indywidualną, firma płaci tylko za wykonaną pracę. Powiększenie rodziny i urlopy macierzyńskie stają się wyłącznie problemami osób podejmujących takie decyzje życiowe, a nie przedsiębiorstw. Zarządzający firmami, ich właściciele, czyli posiadacze kapitału, coraz częściej nie widzą potrzeby ani powodu, by odpowiadać za przyszłość osób odbywających w ich formach krótkoterminowe przygody zawodowe. Tym bardziej gdy w krajach rozwiniętych w jednym miejscu pracy spędza się ok. czterech–pięciu lat.

Szukając państwa

Ryzyka związane z życiem znowu, jak w XIX w., wracają do jednostek. Przekłada się to na niepewność, a ta na demografię. Bo jak w takich warunkach, gdy nie wiemy, czy nasz zawód za 30 lat będzie istniał, czy będziemy mieli jakieś świadczenia emerytalne, mamy planować rodzinę, o jakiejkolwiek drodze do dobrobytu już nie mówiąc...

– Ta zmienność na rynku pracy i brak poczucia bezpieczeństwa sprawiają, że pojawia się żądanie, by państwo zwiększyło to bezpieczeństwo. Gospodarka rynkowa nie jest w stanie zagwarantować ciągłości zawodowej, a więc ktoś musi wziąć na siebie tę gwarancję. Jeśli ciężar niepewności egzystencjalnej schodzi na każdego z nas, to społeczeństwa staje się rozchwiane – podkreśla Paul H. Dembiński.

Stąd też pojawiają się na pozór absurdalne pomysły dochodu gwarantowanego, testowane obecnie choćby w Finlandii. Chodzi o stałą pensję wypłacaną przez państwo każdemu obywatelowi, bez względu na to, czy pracuje czy nie.

– Widzimy próbę przenoszenia ryzyka egzystencjalnego z poziomu jednostki na coś większego – kiedyś było to przedsiębiorstwo, dziś zastępuje je państwo. Stąd, by to zrównoważyć, wraca się do pomysłów większego opodatkowania kapitału, który nie chce na siebie brać tego ryzyka – mówi Dembinski.

Niestabilność i tymczasowość wyraźnie widać w tzw. sharing economy, czyli idei gospodarki współdzielenia. Firmy takie jak Uber czy Airbnb uważane są za prekursorów zmiany w redystrybucji dóbr. Ich entuzjaści podnoszą, że zwiększają one możliwości zarobkowe tysięcy ludzi, którzy mogą dorobić, przewożąc innych prywatnym samochodem lub wynajmując im krótkoterminowo mieszkania, odbierając w ten sposób monopol taksówkarzom czy hotelom. W gruncie rzeczy zastępują one jednak pracę stałą – lub inaczej, stabilny przychód – pracą dorywczą i przychodem ad hoc. Wpisują się w duch epoki, baumanowskiej nowoczesnej płynności.

Trudno zmierzyć, czy ich działalność ma więcej beneficjentów czy tych, którzy na ich funkcjonowaniu tracą. Ale jedno pozostaje niezmienne – wciąż istnieje jakiś pośrednik, który ściąga marże. Nie jest to już sieć hoteli czy korporacja taksówkowa, ale platforma cyfrowa.

– Kierowcy Ubera to zasób wymienialny i dlatego można im niewiele płacić. W efekcie zmian technologicznych zostają zawody, w których ludzie są łatwo wymieniani i w których możliwości zarobku są bardzo nieduże – podkreśla dr Dominik Batorski.

Zwycięzca bierze wszystko

Wypychając miejsca pracy poza swoje struktury, czyli dokonując tzw. outsourcingu, korporacje pozbywają się wysokich kosztów stałych. Pozwala im to szybciej reagować na zmieniające się otoczenie. Bo tak jak zmienia się sytuacja na rynku pracy, tak zmienia się środowisko, w którym działają firmy. To zmniejsza z ich strony popyt na pracę.

– Studentom, którzy skończyli uczelnie wyższe, korporacje nie oferują już tak wiele miejsc pracy jak dawniej. Jako profesor uniwersytetu w Amsterdamie obserwuję, że od kilku lat coraz więcej studentów decyduje się na założenie własnej firmy – mówi „Plusowi Minusowi" Han Gerrits, założyciel firmy Innovation Factory, kontrolowanej obecnie przez KPMG.

Powszechna obecnie moda na startupy jest więc odpowiedzią na pogarszające się perspektywy na rynku pracy. Młodzi ludzie z aspiracjami sami biorą swój los w swoje ręce, wierząc, że to najlepszy sposób na osiągnięcie dobrobytu. Internet ułatwia im dotarcie do potencjalnych klientów. Biznes niekoniecznie musi się udać, takim przedsiębiorcom wystarczy, że jego potencjał dostrzeże jakiś koncern i przejmie startup lub w niego zainwestuje. Wtedy pomysłodawcy i udziałowcy zostają sowicie wynagrodzeni. Trudno jednak nazwać to dochodem z pracy czy budową ścieżki kariery prowadzącej do dobrobytu. To może i suta, ale jednak jednorazowa premia, na którą szansę mają nieliczni.

Jeszcze trudniej odnieść sukces rynkowy. Internet ułatwił co prawda dotarcie do odbiorców, ale zglobalizował świat usług do tego stopnia, że ten, kto pierwszy wymyśli dany produkt lub usługę, zgarnia cały rynek. Naśladowców Facebooka było wielu, ale nawet podtrzymywany przy życiu przez bogaty koncern Google Plus nie jest w stanie sprostać wyzwaniu.

Erik Brynjolfsson i Andrew McAfee, autorzy książki „Race against the machine", uważają, że za powstanie „rynków, gdzie zwycięstwa bierze wszystko" odpowiedzialna jest właśnie cyfryzacja. Ludzie nie tracą już czasu, by testować dziesiąty czy drugi najlepszy produkt na rynku, jeśli mają dostęp do tego najlepszego.

Zjawisko to uważane jest za jedną z przyczyn pogłębiających się nierówności dochodowych. Powstaje wiele cyfrowych rynków, czasami kreowanych poprzez pojedyncze aplikacje, ale całą premię zgarniają na każdym z nich jednostki. Cała reszta obchodzi się smakiem. Awans społeczny w epoce cyfrowej staje się domeną nielicznych.

Wypłukiwanie z rynku zawodów z wyższą premią za wykształcenie może mieć bezpośrednie przełożenie na tworzenie się klasy średniej. Grupy społecznej charakteryzującej się stabilnym poziomem dobrobytu i wykonywaniem pracy umysłowej, a także – co może najważniejsze – głównego odbiorcy i konsumenta kultury. To klasa średnia w większości krajów dyktuje wzorce i to ona aspiruje do wyróżniania się czymś więcej niż dochodem.

W Polsce jej liczebność szacowana jest przez firmę doradczą KPMG na ok. milion osób. Ale próg przynależności do klasy średniej jest tu ustalony niemal wyłącznie przychodowo, i to dość nisko – na poziomie ok. 7 tys. zł brutto płacy miesięczne. To niewiele więcej, niż wynosi płaca minimalna w Niemczech. Dr Dominik Batorski: – Stąd bardzo istotne pytanie, czy to, co się teraz dzieje na rynku pracy, to nie jest przypadkiem zanikanie zawodów klasy średniej...

Dla wielu Polaków, którzy nie dziedziczą majątków i budują swój dobrobyt dzięki pracy, znalezienie się w klasie średniej jest synonimem awansu społecznego. Zanikanie celu aspiracji najbardziej ambitnych grup społecznych nie jest problemem tylko jednostek, ale i całego społeczeństwa. Ludzie z natury muszą mieć do czego aspirować. I nie chodzi tylko pieniądze.

Siła woli

Najbardziej poszukiwani pracownicy w Polsce to wcale nie przedstawiciele zawodów wymagających wyższego wykształcenia, ale posiadacze konkretnych fachów. Z Barometru Zawodów 2017 stworzonego na zlecenie Ministerstwa Pracy wynika, że nad Wisłą najbardziej potrzeba kierowców, spawaczy, pielęgniarek, położnych, kucharzy, fryzjerów. Nawet jeśli nie mogą oni liczyć na pensje programistów, pokazuje to zmianę trendu na rynku, na którym połowa pracodawców twierdzi, że ma problemy ze znalezieniem pracowników. Coraz częściej bowiem o znalezieniu pracy nie decyduje dyplom, ale umiejętności i osobowość. – Zdobyte wykształcenie to nie jest często to, co człowiek potrafi. Metakompetencje, takie jak zdolność uczenia się i radzenia w stresujących warunkach, zwykle na dyplomach nie figurują – mówi Paul H. Dembinski.

To tak jak w sporcie, gdzie o sukcesie decyduje nie tylko talent, ale tzw. czynniki wolicjonalne – determinacja, ambicja oraz praca włożona w osiągnięcie celu. – W pewnym sensie cała gospodarka staje się coraz bardziej podobna do sportu. Jeśli jesteś w stanie przebić się w NBA, zarabiasz miliony, jeśli nie, otrzymujesz raczej średnie zarobki za niekoniecznie wyjątkową pracę. Gwiazdy generują dużą wartość, co daje przesłanki do wysokich zarobków, które z kolei kształtują oczekiwania pozostałych, a przecież ludzi, którzy dojdą do statusu gwiazdy, siłą rzeczy nigdy nie będzie dużo. Ten proces koncentrowania wysokich „nagród" w rękach tylko części „graczy" zachodzi na całym świecie, także w krajach rozwijających się – podkreśla Joanna Tyrowicz.

Całkowicie zmienia to dotychczasowe ścieżki awansu społecznego. Dużo łatwiej go dokonać stając się medialnym celebrytą, o których z przekąsem mówi się, że są znani z tego, że są znani. Ale do tego też potrzebna jest ambicja i determinacja. Niekoniecznie wykształcenia.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL