Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Bruno Schulz i Republika Marzeń. Notatki z podróży „W stronę Schulza”

Bruno Schulz, Scena wieczorna, rysunek
Fotorzepa, Andrzej Wiktor
Zapytany o Brunona Schulza Vaclav Havel powiedział mi kiedyœ: – Myœlę o nim z podziwem jako pisarzu i rysowniku, a przede wszystkim twórcy Republiki Marzeń. Jemu jako artyœcie udało się jš stworzyć, mnie jako prezydentowi, niestety, nie. A bardzo tego chciałem.

Bruno Schulz to najbardziej niezwykły i najbardziej niedoceniany polski artysta XX wieku. Zwłaszcza u nas. Wystarczy jeden przykład: 12 lipca minęła 125. rocznica urodzin, a w listopadzie przypada 75. rocznica jego tragicznej œmierci. Czy to nie wystarczajšca okazja, by ogłosić w Polsce Rok Schulza? Okazja jest, decyzji nie ma. Ani Sejmu, ani Senatu.

Rafał Olbiński, W stronę Schulza, plakat, 2004 / Foto: FotorzepaMocno zapadły mi w pamięć słowa Konrada z „Wyzwolenia" Wyspiańskiego: „Musimy coœ zrobić, co by od nas zależało, zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo". Zamiast wygłaszać mocne i trafne tezy o jego geniuszu, postanowiłem podzielić się notatkami z niezwykłej podróży, którš z gronem przyjaciół odbywamy już od kilkunastu lat. Jest to międzypokoleniowy dialog artystyczny z udziałem znaczšcych twórców wielu dziedzin sztuki zatytułowany „W stronę Schulza". Docieramy z nim do największych muzeów i galerii w kraju, otwieraliœmy Rok Polski na Ukrainie oraz Rok Polski w Izraelu. Dotarliœmy do Pragi, by zainicjować artystyczne spotkanie: Schulz–Kafka.

Tadeusz Różewicz w poœwięconym Schulzowi wierszu „W œwietle lamp filujšcych" napisał: „życie przeżywa się idšc, spotykajšc...". Notatki z moich wypraw dajš okazję do wielu ciekawych obserwacji ludzi, których udało nam się wcišgnšć, sporo mówiš o ich naturze, mentalnoœci, człowieczeństwie, odsłaniajš cechy, z których nie zawsze byli znani.

Zawsze staramy się, by projektem „W stronę Schulza" żyło całe miasto. Lokalne władze podkreœlajš, że ta wystawa ma duży walor edukacyjny. Oto pod jednym dachem udało się zgromadzić największe nazwiska sztuki współczesnej, mistrzów malarstwa, grafiki, fotografii i rzeŸby, a właœciwie już klasyków współczesnoœci. Stšd tak często w trakcie jej trwania w galerii lub muzeum odbywajš się lekcje plastyki, koncerty, pokazy filmowe i teatralne, spotkania z pisarzami.

Od Hasa do Almodóvara

Agnieszka Odorowicz, w 2010 roku kierujšca Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, zadzwoniła do mnie z USA i poprosiła, bym przesłał jej jak najszybciej w wersji elektronicznej „Sklepy cynamonowe" i „Sanatorium pod Klepsydrš" tłumaczone na angielski. Mówiła, że właœnie rozmawiała o Schulzu z Davidem Lynchem, uznajšc, że wyobraŸnia drohobyckiego artysty mogłaby zainspirować twórcę „Zaginionej autostrady" i „Miasteczka Twin Peaks". Tydzień po przesyłce dowiedziałem się, że Lynch przeczytał z uwagš utwory Schulza, ponoć zrobiły na nim wrażenie, ale uznał, że sš absolutnie nie do przeniesienia na ekran. Agnieszka Odorowicz wysłała mu więc płytkę z filmem Wojciecha Hasa „Sanatorium pod Klepsydrš".

Zanim Schulz przeniknie do wyobraŸni Lyncha, mam nadzieję, że mistrzowie kina animowanego, słynni bracia Quay, po œwiatowym rozgłosie, z jakim spotkała się ich wizja „Ulicy krokodyli", będš mieli czas i pienišdze na dokończenie swojej wersji „Sanatorium pod Klepsydrš". Obaj sš ludŸmi niezwykle zakręconymi, a podczas rozmowy z nimi przekonałem się także, że na temat Schulza mogš mówić w każdej sytuacji oraz każdej porze dnia i nocy.

Wiele ciepłych słów o wyobraŸni Schulza miałem okazję usłyszeć od Volkera Schlöndorffa, co mnie nieco zadziwiło, podobnie jak opowieœć mojej redakcyjnej koleżanki, Barbary Hollender, że Schulz bardzo fascynuje Pedro Almodóvara. Co może ich obu łšczyć? Z pewnoœciš niewštpliwe uwielbienie dla kobiet, fascynacja nimi, ale też obawa przed nimi. Film Almodóvara inspirowany Schulzem i jego rysunkami mógłby być ciekawy i mocny.

Dialog kultur

Ojcem chrzestnym wyprawy w stronę Schulza jest bez wštpienia prezydent Gdyni Wojciech Szczurek. Gdyby nie dał się porwać mojš opowieœciš i nie poprosił o konkretny plan, wystawa by nie powstała. Jej rangę artystycznš potwierdziło zaproszenie przez Zofię Gołubiew do Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie połšczona z sympozjami, wieczorami artystyczno-filmowymi stała się najchętniej oglšdanš ekspozycjš. Ale codziennoœć nie zawsze była różowa.

Po Gdyni i Krakowie bardzo zależało mi na dotarciu do Kielc. Ten artystyczny dialog z Schulzem mógłby być znakomitš „odtrutkš" na cišżšce na Kielcach piętno miasta pogromu. Zwracał mi na to uwagę urodzony w Kielcach jeden z najbardziej cenionych na œwiecie polskich plakacistów Rafał Olbiński, od lat zamieszkały w USA. To, co dla nas było oczywiste, nie mieœciło się jednak w głowie ówczesnemu dyrektorowi kieleckiego Muzeum Narodowego. Sędziwy pan profesor, rzadko bywajšcy w kierowanej przez siebie placówce, odniósł się do projektu bardzo sceptycznie. Powiedział krótko: „Schulz i Kielce? – nie widzę zwišzku". A potem zaprosił na kolejnš wystawę z cyklu „Ziemia œwiętokrzyska w obrazach z kolekcji... ". Lub coœ w tym guœcie.

Sytuacja niewiele się zmieniła w czasach jego następcy. Na szczęœcie potem przyszedł z Krakowa młody, zdolny i ambitny dr Robert Kotowski i na mój telefon zareagował natychmiast. Entuzjastycznie też przyjšł pomysł, żeby kieleckiej odsłonie artystyczny rys nadał Leszek Mšdzik. Współpraca z nowym dyrektorem okazała się wzorcowa. Nie tylko zmobilizował pracowników, by wizja Leszka Mšdzika była zrealizowana w najpełniejszej formie, ale też sam nadzorował i koordynował wszelkie prace. Nie zapomnę, jak któregoœ wieczoru zadzwonił około godziny 23, mówišc: „Przepraszam, że tak póŸno, ale właœnie udało mi się załatwić wózek dziecięcy do pokoju z freskami. Gorzej jest z kasš fiskalnš z przedwojennego sklepu, to, co mi zaproponowano, to typowy arytmometr, więc szukamy dalej".

Dyrektor Kotowski jest młodym człowiekiem, ale u podšżajšcych z nami „W stronę Schulza" wiek nie gra roli. Zygmunt Nasalski, powszechnie szanowany nie tylko w Lublinie dyrektor tamtejszego zamku, kiedy zainteresował się projektem, był tuż przed emeryturš. Z uwagš wsłuchiwał się w wizję Jerzego Kaliny, którego poprosiłem o aranżację ekspozycji dla Lublina. Przymykał oczy, że z czasem rozrosła się ona z dwóch niewielkich sal do całego niemal parteru. Œmiał się, że da nam poszaleć, bo ta częœć zamku i tak przeznaczona jest do remontu, na który wreszcie dostał dofinansowanie. Wyszedł daleko z roli państwowego urzędnika. Nie tylko osobiœcie pomagał przy wyładowywaniu prac, ale także bardzo zaangażował się przy instalowaniu ekspozycji. Potrafił póŸnym wieczorem układać w jednej z sal kostkę brukowš, bo Jerzy Kalina wpadł na taki pomysł, a jemu bardzo się on spodobał. „Pan dyrektor sam układa kostkę?" – zapytałem z niedowierzaniem. „Tak" – odpowiedział z uœmiechem i dodał: „Nikt mi czegoœ takiego wczeœniej nie proponował".

W Kielcach, w dawnym mieœcie pogromu, nasza wystawa stała się preludium do stworzenia przez dyrektora Roberta Kotowskiego Muzeum Dialogu Kultur, a dla Leszka Mšdzika, jak sam przyznał, to spotkanie z Schulzem było inspiracjš do powstania spektaklu „Lustra". Zaproszenie do warszawskiej edycji w Zamku Królewskim Roberta Kuœmirowskiego otworzyło zaœ dla sztuki nowe, nieekspozycyjne dotšd wnętrza Arkad Kubickiego.

Ponad podziałami

Twórcy majš często niecodzienne wymagania i dlatego ta wystawa jest zjawiskiem niecodziennym. Bogusław Wojtowicz zachwycony tym, co zobaczył w Muzeum Narodowym w Gdańsku (scenografia Renata Godlewska), postanowił zaprosić nas do Tarnowa. Wiedział, że nie zmieœcimy się w kierowanej przez niego galerii BWA, więc dogadał się z władzami miasta i bankiem, by oddać nam olbrzymiš salę Galerii Lustrzanej. Nie docenił jednak wyobraŸni krakowskiej scenografki Doroty Morawetz, która wybudowała w tych wnętrzach niemal cały Drohobycz, a do pokoju Schulza wchodziło się przez szafę. Wojtowiczowi oczy robiły się coraz bardziej okršgłe, gdy codziennie przyjeżdżała kolejna ciężarówka z eksponatami, a wpadł w totalne przerażenie, gdy otrzymał zamówienie na szeœć metrów szyn kolejowych, które zgodnie z pomysłem scenografki miały prowadzić do tykajšcego w dali metronomu. Publicznoœć była zachwycona, a jeden z filmowców nakręcił potem w tej scenerii swš etiudę.

O wielkiej otwartoœci możemy mówić także w przypadku pani prezydent Zabrza – Małgorzaty Mańki-Szulik. Tu właœnie od ubiegłego roku organizujemy sezon z Schulzem pod hasłem „Zabrze Republikš Marzeń". Na otwarcie nieczynny od lat, niemal stuletni hotel Admiral Palast dzięki Agacie Dudzie-Gracz i jej aktorom stał się „Sanatorium pod Klepsydrš", a w dawnej hotelowej restauracji powstała „Cukiernia ciast trujšcych" – to tytuł obrazu ulubionego przez Schulza malarza Witolda Wojtkiewicza. Sanepid na szczęœcie nie interweniował. Wszyscy przeżyli.

Patronem szczególnym projektu jest bez wštpienia Jerzy Ficowski, znakomity poeta, największy znawca i popularyzator Schulza. Obdarzył nas zaufaniem i wielokrotnie mogliœmy korzystać z jego cennej wiedzy i uwag, co dawało nam szczególny rodzaj schulzowego wtajemniczenia, którym zechciał się z nami podzielić.

Z Schulzem przemierzyliœmy największe muzea i galerie w Polsce. Udało nam się prezentować go ponad podziałami partyjnymi. Projekt narodził się jeszcze za kadencji ministra kultury Waldemara Dšbrowskiego. Uznanie nasza artystyczna wyprawa zyskała u ministra Kazimierza Michała Ujazdowskiego, a zwłaszcza jego zastępcy Tomasza Merty, tragicznie zmarłego w katastrofie smoleńskiej, oraz u Bogdana Zdrojewskiego. Jak będzie obecnie? Zobaczymy.

Oprócz uznanych artystów wyprawa „W stronę Schulza" korzysta z przychylnoœci także wielu anonimowych ludzi. Trwamy dzięki tym, którzy majš niekonwencjonalne podejœcie do życia, uważajš, że nie ma rzeczy niemożliwych, a czasem tych, w których tli się iskierka szaleństwa. Nie mogę pominšć pani Ireny Michalskiej, która dzielnie towarzyszyła nam na poczštku, projektujšc i wydajšc podziwiany przez wszystkich katalog, a przed powołaniem Fundacji Republika Marzeń cały ciężar organizacyjny projektu nosiła na swych wštłych barkach. Zahipnotyzowana ideš sklepów cynamonowych namówiła mieszkajšcš w RFN siostrę, by na okładki katalogu sprowadziła nam specjalny lakier, który po potarciu wydzielał cynamonowy zapach.

Student UW Jan Dšbkowski podczas wizyty w Pradze zajrzał do tamtejszego Instytutu Polskiego, gdzie trwały przygotowania do wystawy. Pomógł wieszać prace, a potem towarzyszył nam przez lata i tak zaraził się Schulzem, że namówił narzeczonš (obecnie żonę), by pracę magisterskš poœwięciła fenomenowi drohobyckiego artysty. Dobrymi duchami wystawy sš fotografowie z całej Polski, często zdobywajšcy międzynarodowe nagrody Kuba Kamiński, Bartek Zborowski, Greg Noovak czy Marcin Sudziński. Może uda nam się zorganizować dla nich drohobycki plener.

Żaden zaœ z wyjazdów zagranicznych do Pragi, Odessy, Lwowa, czy Tel Awiwu nie byłby tak sprawnie przeprowadzony, gdyby nie organizował go wprawiony w promocji polskiej kultury za granicš Zbigniew Buski, szef Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Dzięki swoim kontaktom w œwiecie kolekcjonerów wzbogacił naszš ekspozycję o cenne dzieła. Mam nadzieję, że stosunki z Rosjš okażš się na tyle stabilne, że planowany od lat jej artystyczny podbój wreszcie dojdzie do skutku. Ale pewnie wczeœniej będš Stany Zjednoczone. A dyrektor Wojciech Bonisławski po udanej prezentacji Schulza w Muzeum Narodowym w Gdańsku obiecał jej pokaz w muzeum w Sibiu. Znajšc go wiem, że zrobi to bardzo szybko.

Schulz gra w szachy w Drohobyczu

Nie można zrozumieć Schulza bez wizyty w Drohobyczu, który był dla niego tym, czym Dublin dla Joyce'a, a Praga dla Kafki. Drohobycz to była jego Republika Marzeń. Pierwsza wizyta w tym mieœcie wywarła na mnie dziwne wrażenie, choć to tu tak naprawdę, a nie na studiach polonistycznych, narodziła się moja fascynacja Schulzem. Podobnie było z Maciejem Starczewskim. Spotkaliœmy się tuż po odkryciu w Drohobyczu słynnych malowideł Schulza, które potem nieoczekiwanie zostały wywiezione przez Yad Vaschem do Izraela. Pisały o tym œwiatowe media i o drohobyckim artyœcie stało się głoœno.

Starczewski robił na ten temat film dokumentalny, ja reportaż dla „Rzeczpospolitej". Przed wyjazdem na Ukrainę Krzysztof Masłoń powiedział mi, że kopalniš wiedzy o Schulzu jest Alfred Schreyer, jeden z ostatnich jego uczniów, nauczyciel muzyki. Powszechnie szanowany i dystyngowany pan Alfred, mówišcy biegle pięknš literackš polszczyznš, ukraińskim, niemieckim i jidysz, stał się naszym nie tylko przewodnikiem, ale i przyjacielem. Kilkakrotnie koncertami i opowieœciami o swym nauczycielu otwierał nasze wystawy. Był człowiekiem niezwykłej kultury i klasy. To on zapoznał nas też z Igorem Meniokiem, młodym Ukraińcem, który miłoœciš do Schulza promieniował na całš Ukrainę, stworzył festiwal jego imienia i potrafił œcišgnšć na kolejne edycje znawców Schulza z niemal całego œwiata. Igor zawsze miał wielkie wsparcie w swej żonie Wierze, która po jego nieoczekiwanej œmierci z wielkim poœwięceniem kontynuuje dzieło męża. Ona z kolei zaprowadziła nas do dwóch niesamowitych sióstr Urbanowicz – Apolonii i Salomei, dystyngowanych, choć mocno zubożałych starszych pań, które godzinami potrafiły opowiadać o Schulzu i jego wyobraŸni.

Leżšcy 70 km od Lwowa Drohobycz ma dziœ wiele cech miasteczka ukraińskiego. W jedynej synagodze przez lata sowieckie mieœcił się dom meblowy, teraz trwa w niej wielki remont. Kamienica, w której był sklep bławatny rodziny Schulzów, wyleciała w powietrze w czasie wojny, drugi dom Schulza zamieszkany jest przez rodzinę milicjantów. Cišgle nie ma pewnoœci, gdzie zamordowany przed 75 laty artysta został pochowany. Jeden z cmentarzy żydowskich posłużył jako teren budowy osiedla mieszkaniowego, drugi, na którym najprawdopodobniej w zbiorowej mogile go pochowano, stoi zaroœnięty, opuszczony i zamknięty. Przed kilkoma laty najchętniej nawiedzali to miejsce sataniœci. Przez lata skrywane popiersie Schulza udostępniane jest w sali drohobyckiego gimnazjum. Jeœli powstanie Muzeum Schulza z prawdziwego zdarzenia, będzie to z pewnoœciš zasługa Wiery Meniok.

Schulz, przyglšdajšc się swoim wyznawcom, potrafi spłatać im figla. Kiedyœ, zaglšdajšc do jednej z klatek schodowych starej kamienicy, zobaczyliœmy dziewczynę w kapelusiku zupełnie jak z jego rysunków. Innym razem – to było największe zaskoczenie – zobaczyliœmy samego Schulza. Na rynku w Drohobyczu siedziała grupa emerytów grajšcych w szachy. Najbardziej z nich skupiony właœnie jego przypominał. Był wyraŸnie niezadowolony, gdy chcieliœmy mu przeszkodzić w rozegraniu kolejnej partii, pytajšc o Schulza, o którym oczywiœcie nie miał pojęcia.

Jerzy Satanowski, który napisał niezwykłš muzykę do wystawy, po pokazie w Odessie, na który zaprosiliœmy Bohdana Stupkę powiedział, że ponoć infekuję Schulz em. Być może. Na szczęœcie żaden zainfekowany twórca nie domagał się dotšd odszkodowania. Szkoda tylko, że sš i tacy, którzy zastosowali szczepionkę, by ustrzec się tej infekcji. Ci uodpornieni na Schulza to, niestety, przede wszystkim biznesmeni. Ostatnio prezes znanej firmy powiedział krótko: – Żołnierze wyklęci tak. Artyœci wyklęci – nie teraz.

Zawsze powtarzam, że artystyczna podróż w stronę Schulza ma sens wtedy, gdy trafi na entuzjastów. na ludzi z otwartš głowš. Często trzeba postępować jak kropla dršżšca skałę. Dla mnie, krytyka teatralnego, publicysty, Macieja Starczewskiego, producenta i dokumentalisty, oraz grupy przyjaciół, z którymi powołaliœmy Republikę Marzeń, wyprawa w stronę Schulza stała się z pewnoœciš czymœ więcej niż przygodš. Rodzajem wyzwania, któremu staramy się sprostać. Siłš projektu sš artyœci, którzy dali się porwać w tę magicznš podróż. Zawierzyło nam tak wielu fantastycznych ludzi, że w chwilach zwštpienia przypominamy sobie ich nazwiska i one dajš nam siłę.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL