Matka natura przewidując, że upadek z pewnej wysokości ciała homo sapiens musi się wiązać z pogruchotaniem kości, licznymi pęknięciami i krwotokiem, wyposażyła nas w mechanizm obronny, czyli lęk wysokości. Podobnie jest ze strachem przed wodą. Darwinowskim dziedzictwem po milionach istnień, które nie poradziły sobie z głębiną i poszły na dno, jest obawa przed zanurzaniem, czyli wodowstręt. Lęk wysokości i wodowstręt nie są więc niczym innym jak osobliwymi odcieniami instynktu samozachowawczego. Nie mają go jedynie jednostki ułomne, które zdobywają Koronę Himalajów czy przepływają Kanał Angielski. Ja z pewnością do nich nie należę i dlatego każde wypłynięcie na środek jeziora czy wejście do kabiny samolotu, mimo tysięcy wylatanych godzin, jest dla mnie wyzwaniem.

Fruwałem w najróżniejszych okolicznościach i pod przeróżnymi szerokościami geograficznymi, w większym czy mniejszym towarzystwie. Złotymi jetami i maszynami o powierzchowności kombajnu, których głównym spoiwem były nadwerężone sznurki, zawsze jednak z duszą na ramieniu i przekonaniem, że to ostatni kurs. Górę zwykle brało przyzwyczajenie i rutynowy spokój, ale zdarzały się chwile, gdy żegnałem się z Bogiem, zamykając panicznie oczy, z niemą modlitwą na wargach. Kiedy było najgorzej? Wiele razy, ale w pamięci utkwił mi zwłaszcza kurs, dobrą dekadę temu, gdzieś pośrodku Sahary, w przyjaznej jeszcze wtedy i całkiem bezpiecznej Libii. Wszystko zaczęło się zresztą w Trypolisie. Rządy pułkownika Kaddafiego zrobiły z tego miasta prawdziwą metropolię. Oryginalne bryły budynków, eleganckie, choć puste hotele nad morzem, ociekające złotem stragany na miejscowym suku i fascynujący port, gdzie za grosze sprzedawano ciężkie półtusze marlinów i tuńczyków. Także port lotniczy spełniał większość cywilizowanych wymagań. Kurs do Sabhy odbył się samolotem miejscowych linii lotniczych. Punktualność, niezły standard, uśmiechnięte stewardesy. Trochę przerażały liczne wraki rozbitych samolotów wzdłuż pasa w Sabsze, ale tłumaczyłem je sobie brakiem złomowiska. Maszyna, nowoczesny airbus, wylądowała elegancko, zostawiając za sobą pobłyskujące miką chmury saharyjskiego pyłu. Potem była najpiękniejsza pustynia świata, jaką bez cienia wątpliwości jest Ubari, wędrówki z Tuaregami, kamienne piramidy grobowe Garamantów.

A potem był powrót. Na lotnisku w Sabsze, gdzie odwieźli nas przyjaciele Tuaregowie, kłębił się dziki tłum. „Kiedy samolot do Trypolisu?". „Jak przyleci" – odpowiedział pan w śnieżystym czepku nasadzonym na czubek jajowatej głowy. „Czyli kiedy?" – dopytywałem. „A skąd mam wiedzieć?" – odpowiedział pan w czepku. Siedzieliśmy więc jak niepyszni w tłumie kopcących złej jakości papierosy mężczyzn w galabijach. Większość tachała ze sobą worki. Ich brązowe burnusy wykonane były z płótna odpornego na kurz, ale nie na barani łój, o czym zdawali się nie wiedzieć. Samolot przyleciał w końcu późnym popołudniem. Wyszliśmy przed kryty blachą falistą budynek portu. Już na pierwszy rzut oka maszyna nie budziła zaufania. Stary tupolew był doskonale blaszany. Nie miał na sobie żadnych barw, żadnego oznaczenia linii, niczego, co by pozwalało go jakoś zidentyfikować. Na kadłubie, tuż przy drzwiach wejściowych, powiewały tylko na wietrze na wpół odklejone litery. W środku było jeszcze gorzej. Rzędy foteli wyglądały jak garnitur powybijanych zębów starego Tuarega. Żaden fotel nie miał pasa. Pośrodku podłogi leżały jakieś kable. Cuchnęło mocno benzyną, a wszyscy bez wyjątku pasażerowie ćmili papierosy jeden po drugim. Wraki przy pasie za oknami samolotu zaczynały nabierać nowego sensu. Nagle pojawiła się stewardesa. Ładna ciemnoskóra dziewczyna. „Co to za linia?" – zagadałem do niej po angielsku. Dała znać, że nie rozumie. Kolega spróbował po francusku i hiszpańsku. Zero reakcji. Nagle olśnienie. Zapytałem po rosyjsku i to był strzał w dziesiątkę! „Nie biezpakojties!" – uśmiechnęła się szeroko. „To prywatna maszyna, rodzinna. My Ormianie. Tata i mama kupili samolot po Aerofłocie i teraz latamy po Afryce. Taki »family biznes«". Znów uśmiech od ucha do ucha. „Tata i brat piloci. Dziadek mechanik, a ja z mamą stewardesy. Wszystko będzie dobrze. Koniaku podać?". Usiadłem głęboko w fotelu. Nie miałem czym się zapiąć, za to słuchałem terkoczącego silnika. Odrzutowiec odbił się od pasa i powoli wznosił w powietrze, zostawiając za sobą kłęby spalin i jeszcze większe chmury tytoniowego dymu. Po kilku minutach był wysoko, a po godzinie w Trypolisie. Nic nie wybuchło, nie odpadło, wciąż żyję. Tekst ten dedykuję tym, co na wakacje. Miłych chwil w przestworzach, kochani.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95