Plus Minus

White Hart Lane: ostatni sezon stadionu z duszą

White Hart Lane podczas meczu Tottenhamu z Cardiff w roku 1922. Na trybunach znalazło się wtedy 50 tysięcy kibiców, zajmujących każdy kawałek stadionu, na którym można było usiąść lub stanąć.
Getty Images
Piłkarski stadion: gospodarz imprez o najróżniejszym, nie tylko sportowym charakterze. Maszynka do zarabiania pieniędzy. Czasem cud architektury. Dla kibiców jeszcze coś: miejsce, gdzie zostawili cząstkę swej duszy.

Studwuletnia Irene McBride na przykład odwiedzała White Hart Lane, gdzie od września 1899 r. do maja 2017 r. rozgrywali swoje mecze piłkarze Tottenhamu, przez dziewięć dekad. Miała 12 lat, gdy wędrowała po raz pierwszy londyńską High Road, a wszyscy dookoła poza nią – jak wspomina – mieli na głowach kaszkiety. Mąż zmarł ponad pół wieku temu, więc przez ostatnie lata przychodziła tu z wnukiem. Wjeżdżała windą na wschodnią trybunę, a wizyta ta pozwalała jej znów poczuć się młodo.

Albo 53-letni Rob White. Miał zaledwie sześć miesięcy, gdy jego ojciec John – członek najsłynniejszej w historii Tottenhamu drużyny, która sięgnęła w sezonie 1960/1961 po mistrzostwo i Puchar Anglii, a potem toczyła zwycięskie boje w Europie (m.in. z Górnikiem Zabrze) – zginął, trafiony przez piorun na polu golfowym. Johna White'a jeszcze za życia nazywano „duchem z White Hart Lane", bo niespodziewanie jak duch pojawiał się w polu karnym rywali; syn tego ducha poszukiwał na północnolondyńskim stadionie od kiedy pojawił się tam po raz pierwszy jako pięciolatek, a efektem prób odnalezienia więzi z nieżyjącym ojcem stała się książka wykraczająca daleko poza kwestie sportowe.

Można też wspomnieć o 21-letnim Harrym Winksie. Pierwszy raz pojawił się tutaj jako sześciolatek, zabrany – jak to często bywa w tej opowieści – przez tatę. Wciąż, gdy słyszy stadionową wrzawę, ma ze wzruszenia ciarki na plecach. Jako nastolatek, trenujący już w akademii Tottenhamu, dostąpił zaszczytu wyniesienia na murawę flagi Ligi Mistrzów – do dziś wspomina emocje, jakie przeżywał, patrząc z tak bliska na Cristiano Ronaldo. Pół roku temu z kolei, debiutując w pierwszym składzie, strzelił tu bramkę w derbowym meczu z West Hamem, a potem w uniesieniu popędził do ławki rezerwowych i rzucił się w ramiona trenera, który jego pracę – pracę wychowanka klubu i chłopaka z okolicy – ocenił wyżej niż sprowadzonych z zagranicy gwiazd.

Nie, te przykłady nie są jednak dobre.

Sztuki piękne

Przy okazji ostatniego meczu Tottenhamu na White Hart Lane, wygranego przed miesiącem z Manchesterem United, media zasypały nas historiami najbardziej znanych kibiców tej drużyny – piosenkarki Adele, reżysera i aktora sir Kennetha Branagha (był narratorem filmu, przygotowanego przez klub na uroczystość pożegnalną i odtwarzanego na stadionie; zestawienie głosu tak dobrze znanego z adaptacji Szekspira z rykami trybun i krzykiem komentatorów, zachwycających się najpiękniejszymi bramkami zdobytymi na tym obiekcie, robiło piorunujące wrażenie – jakby futbol upominał się o należne mu miejsce wśród sztuk pięknych), dyrygenta i kompozytora Paula Batemana, a przecież mogliby jeszcze zadzwonić do pisarza Salmana Rushdiego czy aktora Jude'a Lawa.

Przypomnieliśmy sobie dziesiątki opowieści o rozegranych tu wielkich meczach (8:1 z Górnikiem wciąż zajmuje wśród nich, niestety, poczesne miejsce, podobnie jak stosunkowo niedawne spotkanie Ligi Mistrzów z Interem Mediolan, w trakcie którego rozbawieni kibice z Londynu zamawiali taksówkę dla brazylijskiego obrońcy gości Maicona, bezskutecznie próbującego powstrzymać wschodzącą wówczas gwiazdę Tottenhamu, a wkrótce najdroższego piłkarza świata Garetha Bale'a). Przypomnieliśmy sobie wspaniałe gole zdobywane przez znakomitych piłkarzy (nawet średnio zainteresowani futbolem czytelnicy „Plusa Minusa" mogli słyszeć o Juergenie Klinsmannie, Garym Linekerze czy Paulu Gascoignie; ten ostatni, słynący z pozaboiskowych szaleństw, o mały włos nie zginął, spadając z dachu jednej z trybun podczas polowania z wiatrówką na mieszkające tam gołębie).

Po ostatnim meczu zresztą klub zaprosił na murawę stadionu kilkudziesięciu z nich, a były to znowu postaci zasługujące na osobną opowieść – choćby argentyński rozgrywający Osvaldo Ardiles, mistrz świata z 1978 r., którego pobyt w Londynie przerwała na kilka miesięcy wojna o Falklandy, David Ginola, francuski skrzydłowy i model znany z reklamy szamponu, który nawet teraz, wychodząc po raz ostatni na swoje ulubione boisko, filmował samego siebie za pomocą smartfona, albo bułgarski napastnik Dymitar Berbatow, który po kilku latach fantastycznej gry dla Tottenhamu odszedł w kontrowersyjnych okolicznościach do Manchesteru United, ale jego ówczesne winy zostały zapomniane i pożegnanie z londyńskim stadionem okazało się także świętem pojednania między wybitnym piłkarzem a kibicami.

Innymi słowy: choć pożegnanie z White Hart Lane obchodzono z wielką pompą, choć nie obyło się bez uroczystych mów, a chór z pobliskiej parafii wraz ze śpiewakiem operowym wykonywał kibicowskie pieśni, ostatecznie najważniejsi okazali się na nim najzwyklejsi fani; ci, których nazwisk media nigdy nie zacytują, bo nie chodzi wszak o celebrytów.

Sztafeta pokoleń

Spróbujmy opisać ich emocje. Ludzi, którzy chodzą na stadion przez lata, niezależnie od tego, jak idzie w tym czasie drużynie. Którym z upływem czasu zacierają się wspomnienia konkretnych meczów, goli, bramkarskich interwencji, wielkich zwycięstw i zawstydzających porażek (mówimy o klubie, któremu w minionych dekadach zawstydzające porażki zdarzały się dość często...), a zostaje poczucie wspólnoty, przynależności i wzajemnej troski. Jedna z takich, anonimowych właśnie kibicek opowiadała którejś z angielskich gazet o zajmującym zawsze sąsiednie krzesełko starszym panu, który co sobotę dopytywał troskliwie, jak też idzie jej na uniwersytecie.

Jest też, zasygnalizowany już, temat połączenia z czasem dzieciństwa i odzyskiwania rodzinnej więzi. Przy okazji ostatniej wizyty na White Hart Lane wspominano bowiem nie tylko zapach dębowej boazerii w klubowych korytarzach czy tytoniowego dymu unoszącego się nad trybunami w tzw. starych dobrych czasach. Ktoś wspominał nieżyjącego już dziadka czy ojca, który zabrał go na mecz po raz pierwszy, i którego emocje, uzewnętrzniane w trakcie tego meczu, były tak bardzo prawdziwe. Ktoś mówił o szorstkiej dłoni tamtego dorosłego mężczyzny, której dotyk pamięta równie mocno, jak olśniewającą biel oplatającej bramkę siatki, echo uderzanej piłki, gdy trybuny akurat milczą, albo wrzawę tychże trybun – przeżycie równie intensywne, niezależnie od tego, czy dotyczy szóstej dekady XX wieku czy drugiej dekady XXI stulecia. Ktoś mówił o tym, jak pakował z tatą lunch do siatki, a potem spożywali go wspólnie na trybunach, dobre dwie godziny przed meczem. Ktoś mówił o odtwarzaniu rytuału przeżywanego kiedyś z ojcem – tym razem z własnymi dziećmi.

Kibice będą wiedzieli, o czym tu mowa: mnie samemu przypominały się pierwsze wyprawy na krakowski, również nieistniejący już w tej postaci stadion, wystawanie w gronie kolegów przed zamkniętą jeszcze bramą, a potem wielominutowe obserwowanie, jak pobliskie miejsca do siedzenia powoli się zapełniają, ktoś z radiowęzła uruchamia muzykę, a ktoś inny – stadionowy zegar, jak na otaczający boisko tor wyjeżdżają kolarze, by dostarczyć nam rozrywki (jakby z góry zakładano, że podczas samego meczu będzie jej tyle, co kot napłakał), a po powrocie do domu – daremne próby doczyszczenia spodni z osadu pozostawionego przez brudnoróżowe rury z plastiku, na których się wtedy siadało.

Wspomnienia te łączy pewien fenomen: wszystko co przyjemne wydarzało się poza boiskiem.

Rzecz w tym, że bycie kibicem Tottenhamu przez poprzednie ćwierćwiecze było raczej pasmem udręk i zawiedzionych nadziei. „Jak się dobrze wmyśleć, moje życie składa się wyłącznie z nietrafionych decyzji klubowego zarządu" – napisano o tym kiedyś w innym miejscu, nawiązując do karuzeli zwalnianych niemal rok po roku trenerów czy odejść najlepszych piłkarzy – oprócz niewiernego Berbatowa byliby to choćby Luka Modrić i Gareth Bale czy znacznie wcześniej Jürgen Klinsmann, którego koszulkę ówczesny prezes i właściciel klubu Alan Sugar pokazywał w telewizyjnym studiu, deklarując, że od tej pory zamierza nią czyścić samochód.

Stadion White Hart Lane bywał w tym czasie świadkiem meczów, w których prowadząca do przerwy 3:0 drużyna gospodarzy potrafiła roztrwonić przewagę w trakcie drugich czterdziestu pięciu minut, przegrywając ligowy mecz z Manchesterem United 3:5 czy pucharowy z Manchesterem City 3:4. To tutaj wiążący jeszcze sznurowadła piłkarze Tottenhamu dali się zaskoczyć rozpoczynającym od środka drugą połowę meczu zawodnikom Newcastle: stracili gola po kilku sekundach od sędziowskiego gwizdka. To o takim Tottenhamie opowiedział anegdotkę z szatni Manchesteru United Roy Keane, wspominając przedmeczową odprawę sir Aleksa Fergusona, która ograniczyła się do... trzech słów. Keane błagał wów czas w myślach, by słynny Szkot darował sobie długie przemówienie: „przecież wszyscy wiemy, jaki jest Tottenham – komentował – niby są mili i fajni, ale i tak im wp...". Sir Alex popatrzył wówczas na swoich podopiecznych i powiedział tylko: „Lads, it's Tottenham"; chłopaki, to jest Tottenham.

W ostatnim czasie coś się jednak zmieniło. Od trzech lat drużynę prowadzi argentyński trener Mauricio Pochettino, który przemienił przyzwyczajone do lekkiego życia gwiazdki Premier League w maszynki do wygrywania, biegające najwięcej i walczące o odbiór piłki najbardziej zażarcie ze wszystkich rywali. Po raz pierwszy od 1963 r. Tottenham zdobył wicemistrzostwo kraju, drugi rok z rzędu awansował też do Ligi Mistrzów. Najbardziej znani dziś zawodnicy tej drużyny – Harry Kane czy Dele Alli – są młodzi, podpisali wieloletnie kontrakty i głośno deklarują, że nigdzie się nie wybierają. Ostatni rok na White Hart Lane udało się zakończyć bez porażki – w ostatnim meczu, z Manchesterem United, dominacja piłkarzy Pochettino była bez precedensu w historii pojedynków między tymi drużynami.

Nowy wybieg

Angielskie media zachwycały się w ostatnich miesiącach tą drużyną, bo stanowiła wyjątek potwierdzający regułę. W Premier League, podobnie zresztą jak w większości czołowych lig europejskich, istnieje proste przełożenie między zamożnością klubu, jego wydatkami na transfery i (zwłaszcza) pensje zawodników, a pozycją w ligowej tabeli. Żeby drużyna Tottenhamu mogła naprawdę mieć równe szanse w walce o mistrzostwo Anglii, żeby zdołała – jak mówi jej trener – wejść na „ostatni poziom", potrzebuje więcej pieniędzy. Piątka największych rywali – Chelsea, Arsenal, Manchester United, Manchester City i Liverpool – finansowo bije ją na głowę, ma większe obroty i wyższe dochody, a w związku z tym może więcej płacić piłkarzom i za piłkarzy. Różnica w samych tylko zyskach z biletów między potentatami z Manchesteru a klubem z północnego Londynu wynosi 60 milionów funtów. Oto, dlaczego temat zmiany stadionu był na porządku obrad klubowego zarządu od kilkunastu lat, w których zresztą wiele innych angielskich klubów podejmowało decyzje o budowie nowych bądź rozbudowie starych obiektów.

Nie były to, dodajmy, najłatwiejsze lata: z początku klub wykupywał po cichu nieruchomości wokół White Hart Lane. Potem – po uzyskaniu wsparcia władz miasta i kraju, zainteresowanych pozostaniem największego pracodawcy w jednej z najbardziej zaniedbanych dzielnic Londynu – ostatnich opornych wywłaszczano. Nie ukrywajmy: elementem tej historii jest i tajemniczy pożar położonej w cieniu obiektu fabryczki, której właściciele, prowadzący tu swój biznes od kilku pokoleń, do końca opierali się propozycji nie do odrzucenia.

Po jednej stronie mamy więc kibicowskie emocje (ale także interes lokalnej społeczności, pełnej nadziei, że nowy stadion to nowe miejsca pracy i generalnie: dobra zmiana dla dzielnicy, która w 2011 r. mocno ucierpiała z powodu zamieszek), po drugiej nadzieje na wielki biznes. Żeby zwróciły się koszty budowy, trzeba będzie sprzedać prawa do nazwy nowego stadionu jakiemuś potężnemu sponsorowi i dwa razy w roku wynajmować obiekt na mecze futbolu amerykańskiego. Koncesji na rzecz rozrywkowego podejścia do sportu będzie zresztą więcej – coś, co niektórych zachwyca, czyli przeszklony tunel, jakim piłkarze wychodzić będą na boisko, a sąsiadujący z luksusowymi restauracjami, których klienci będą mogli przyglądać im się z najbliższej odległości, niektórym kojarzy się raczej z wybiegiem w ZOO.

Niewiele jest więc przykładów, na których tak dobrze widać, czym stał się współczesny sport: narzędziem komercji, w którym pojęcia takie, jak wierność klubowym barwom znaczą bardzo mało. Zarazem: niewiele jest przykładów, na których tak dobrze widać coś, co we współczesnym sporcie wciąż udaje się ocalić. Wśród piłkarzy honorowanych na murawie podczas pożegnania White Hart Lane były nie tylko wielkie gwiazdy, ale i ludzie ciężko pracujący dla drużyny – tacy, bez których owe gwiazdy nigdy nie mogłyby świecić tak jasno. Kiedy jeden za drugim wychodzili z tunelu – staruszkowie na równi z trzydziestolatkami – mijali szpaler utworzony przez chłopców z klubowej akademii; dla tych ostatnich trudno o lepszą lekcję historii. Kiedy na boisko wbiegli kibice, z pewnością zakłócili perfekcyjnie przygotowany scenariusz, ale zarazem pokazali, że to miejsce należało i należy również do nich – może nawet bardziej niż do panów w garniturach.

Ku przyszłości

Dziś, miesiąc po tamtym pożegnaniu, White Hart Lane legło już w gruzach, nad którymi wznoszą się dźwigi z budowy nowego obiektu (liczba widzów, których pomieści, ma przekraczać 61 tysięcy; na White Hart Lane wchodziło nieco ponad 36 tysięcy). Zanim będzie gotowy, przez cały przyszły sezon piłkarze Tottenhamu grać będą na Wembley.

Zostały wspomnienia, nie tylko piłkarskie. O rozgrywanym tutaj w 1935 r. meczu z reprezentacją Niemiec i o policji dokonującej aresztowań wśród próbujących zakłócić atmosferę piłkarskiego święta antyfaszystów. O działającej tu podczas wojny fabryce masek gazowych i o meczach organizowanych mimo groźby niemieckiego bombardowania, w trakcie których zdarzało się, że brakujących zawodników trzeba było dobierać spośród widzów. O walce o życie Fabrice'a Muamby, który miał zawał podczas meczu Pucharu Anglii z Boltonem (serce piłkarza nie biło przez długie 78 minut).

Zresztą myślcie sobie, co chcecie: w trakcie uroczystości pożegnania stadionu White Hart Lane spadł deszcz, żeby w jej kulminacyjnym momencie na niebie mogła pojawić się tęcza.

Autor jest dziennikarzem „Tygodnika Powszechnego", autorem książki i bloga „Futbol jest okrutny".

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL