Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Radosław Kałużny: Byłem „złym chłopcem”

Reporter/ Andrzej Iwańczuk
Zastanawiałem się, czy jeœli popełnię samobójstwo, to będzie lepiej. Żona powiedziała mi, że to tchórzostwo, że tak myœlš ludzie, którzy uciekajš. A ja miałem w życiu różne role, ale tchórzem nigdy nie byłem – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Radosław Kałużny, były reprezentant Polski w piłce nożnej.

Plus Minus: Leo Beenhakker powiedział kiedyœ: „Dajcie mi jedenastu sukinsynów, a zdobędę mistrzostwo œwiata". Zgadza się pan?

Radosław Kałużny: Nie. Myœlę, że Beenhakker trochę przesadził. Wystarczy pięciu, maksymalnie szeœciu, potrzebni sš też chłopcy, którzy zwyczajnie potrafiš grać w piłkę.

Na boisku jest się sobš czy udaje kogoœ innego?

Można rozładować wszystkie stresy, wyrzucić z siebie złoœć. Mnie to bardzo pomagało, w trakcie meczu myœli się tylko o grze, o piłce. Lubiłem wyszumieć się na boisku, na codziennych treningach. Myœlę, że to mnie oswobadzało i czułem się wolny. Problemy życia codziennego znikały, czyœciłem głowę, wyrzucałem z siebie agresję.

No to cytat z innego trenera. Bill Shankly powiedział, że z drużynš piłkarskš jest jak z fortepianem – potrzeba oœmiu, by go przenieœć, i wystarczy trzech do grania.

Pamiętam swój debiut w Zagłębiu Lubin, cieszyłem się, że trener wreszcie na mnie postawił. To było chyba spotkanie z Motorem Lublin, grał tam taki jeden malutki, niewywrotny zawodnik. Przed meczem dostałem doœć jasno sprecyzowane zadanie: „Widzisz go? Ten ma nie grać" – powiedział do mnie trener. Wiedziałem, co mam robić, w pierwszym wejœciu trzeba było się przywitać i wybić mu z głowy grę w piłkę. Miałem problemy z takimi niskimi zawodnikami, bo sam byłem wysoki. Jakby mnie mały wzišł w obroty, to mogłem sobie kolana powykrzywiać w różne strony. Wszedłem, zameldowałem się i już uciekał na drugš stronę, jak tylko mnie zobaczył. Mnie też było łatwiej, bo nie musiałem się z nim męczyć. Często byłem od takich zadań specjalnych. Gdyby człowiek, którego pilnowałem, poszedł do toalety, poszedłbym za nim.

Czyli na pianinie pan nie grał.

Nie byłem wirtuozem. Posłusznie wykonywałem polecenia. Miałem za to wielkie serce do gry i charakter. Jeden z kolegów powiedział mi kiedyœ, że na boisku to ze mnie straszne bydlę. Przyznałem mu rację. „Coœ w życiu trzeba robić" – odpowiedziałem.

Ale 11 goli w 41 meczach reprezentacji Polski samym wielkim sercem się raczej nie strzela...

Któryœ z trenerów poinformował mnie, że skoro nauczył konia gwizdać na palcach, to mnie nauczy grać w piłkę. Tyle lat trenowałem, że kilku rzeczy się dowiedziałem i byłem coraz lepszy. Wiedziałem, że jak przejmuje się przeciwnika z piłkš, to na linii œrodkowej, a nie na linii pola karnego. Miałem też dużo szczęœcia – bez niego pewnie by mi się nie udało przez tyle lat grać na wysokim poziomie.

Czyli szczęœcie i serce do walki. Talentu pan naprawdę nie miał?

Miałem, ale o wszystkim decydował charakter. Zawsze było ze mnš dużo problemów, bo mówiłem to, co miałem na myœli, nigdy nie liczyłem się z konsekwencjami. Niektórzy trenerzy to lubili, inni nie, ale zawsze mieli gwarancje, że kiedy wyjdę na boisko, to nie ustšpię. Nienawidziłem przegrywać, miałem duszę sportowca, kochałem rywalizację. A te gole w reprezentacji czy w klubach? Kiedyœ żartowałem, że strzelałem tylko wtedy, kiedy nie miałem już siły biegać.

W sporcie o sukces łatwiej ludziom, którzy nie dostajš wszystkiego od życia na tacy?

Podpisuję się pod tym. Nie chcę obrażać ani rodziców, którzy wożš swoje dzieci kilka razy w tygodniu na treningi, ani dzieciaków, które majš codziennie czysty i uprany najnowszy sprzęt. Uważam jednak, że lepszymi sportowcami sš ci, którzy musieli sobie coœ wywalczyć sami i pokonać wiele przeciwnoœci. Jak ktoœ jest zagłaskany na starcie, to może nie dobiec do mety. Dzieciaki z biednych rodzin walczš pazurami o swoje, dla nich piłka to często jedyna szansa na lepsze życie. Nie chcę generalizować, ale tak jest w większoœci dyscyplin. Sport to konkurs charakterów.

Pan startował w wielu takich konkursach.

Trenowałem wszystko, co się dało. Biegałem maratony, grałem w koszykówkę i siatkówkę, jeŸdziłem na rowerze. Na kolarstwo byłem jednak trochę za duży i nie mogłem zrobić kariery. Takie wszechstronne przygotowanie okazało się bardzo przydatne. Kiedy zaczynałem swojš przygodę ze sportem, wychodziłem z domu o 7 rano i wracałem o 23. PóŸniej już tylko dostawałem lanie za to, że tak póŸno wróciłem. Ale w domu i tak nie miałem co robić, tam czekała na mnie tylko drewniana łyżka.

Jak to drewniana łyżka?

W sporcie niczego nie szukałem, po prostu uciekałem od rodziców, od ojca, który mnie bił. Nie chciałem dawać mu okazji, by znowu coœ się wydarzyło, żeby znowu mnie palnšł. Uprawianie wszystkich sportów œwiata dało mi swobodę. Skakałem po drzewach i czułem się wolny.

Dwa lata temu opowiedział pan o swoim dorastaniu Mateuszowi Karoniowi. Ksišżka „Powrót Taty" była formš terapii?

Tak. Wykrzyczałem wszystko i próbowałem się uwolnić. Trzydzieœci lat dusiłem się z tym sam. Powrót do wspomnień nie był miły, bo nikt nie wiedział, przez co przeszedłem. Tylko z dziadkiem mogłem o tym porozmawiać, ale jego już zabrakło. Nie jestem osobš, która się uzewnętrznia, nie chciałem tłumaczyć swoich emocji, bo chyba tak naprawdę nie potrafiłem ich nawet nazwać. Nie umiałem się tulić i prosić o współczucie, zresztš nigdy tego nie oczekiwałem. Ksišżka była mojš wersjš, bo różnie o mnie mówiono i pisano, ale nikt nie znał prawdy.

Dlaczego tyle lat trzymał pan to w sobie?

Najpierw pewnie był wstyd. Bo czym tu się chwalić, że ojciec w szale złamał mi nos, albo że chowałem noże i kije, kiedy wpadał we wœciekłoœć, bo bałem się o siebie. Milczałem, wolałem się dusić. Czasem, kiedy ktoœ mnie krytykował za grę, miałem ochotę powiedzieć mu w twarz, że nie ma prawa, ale jakoœ dawałem sobie radę. To też była próba charakteru, inni by się załamali. Z krytykš moich występów nigdy zresztš nie miałem problemów, sam wiedziałem, kiedy byłem w słabej formie. Nie rozumiałem jednak wchodzenia w życie prywatne. Do tego trzeba większej wiedzy, taktu i wyczucia.

Powiedział pan: „Mentalnie byłem sierotš". Da się w takiej sytuacji uprawiać sport na wysokim poziomie?

Oczywiœcie, że samotnoœć doskwierała, ale jestem zawzięty. Zaciskałem zęby. Zresztš trudno tęsknić za czymœ, jeœli się tego czegoœ nigdy nie miało. Mówiłem sobie w duszy, że udowodnię wszystkim, że coœ potrafię. Takie podejœcie miało dobre przełożenie na sport. W Bayerze Leverkusen rywalizowałem o miejsce w składzie z Lucio, Jensem Nowotnym, Juanem czy Karstenem Ramelowem – trudno mi było z nimi wygrać. Ale nigdy nie powiedziałem o nich złego słowa, doceniałem klasę rywali. Kiedy chciałem odejœć z klubu i poinformowałem o tym trenera, nie pozwolił mi na transfer. „Widzę, jak ciężko trenujesz, widzę, że nie marudzisz, potrzebuję cię" – powiedział. Pytał mnie, kogo ma wyrzucić ze składu, skoro to sami reprezentanci. Szczeroœć za szczeroœć.

Na trzy, cztery mecze przed końcem rozgrywek dostałem jednak swojš szansę, wywalczyliœmy wicemistrzostwo Niemiec i miejsce w Lidze Mistrzów. Spotkała mnie nagroda za wytrwałoœć. Podobnie było w reprezentacji Polski.

Czyli jak?

Ciężko się było do niej dostać. Œmieję się, że dzisiaj wystarczy trzy razy dobrze kopnšć piłkę, by zaistnieć w kadrze, a kiedyœ trzeba było jeszcze swoje przeżyć. Fala była jak w wojsku. Dużo zniosłem, żeby zostać zaakceptowanym przez grupę. Nie doskwierała mi samotnoœć, bo szumiałem na boisku. Wychodziłem z szatni, w której zostawały wszystkie problemy, mobilizowały mnie drobiazgi, choćby pochwała od trenera, nawet proste: „dobrze trenowałeœ".

Kiedy po jednym z meczów przy płocie odgradzajšcym boisko od trybun zobaczył pan tatę, mamę i brata, odwrócił się pan na pięcie i pierwszy zszedł do szatni.

Przed niczym się nie broniłem. To był czas, kiedy nie mieliœmy kontaktu przez osiem czy dziewięć lat. Nie interesowało ich, co robię. Może œledzili moje transfery, ale nie mieli potrzeby się odezwać. Wtedy miałem już swojš rodzinę i doszedłem do wniosku, że nie ma sensu szukać na siłę czegoœ, czego już nigdy nie będzie.

Był i jest pan nieufny?

Byłem właœnie zbyt ufny. Każdy miał u mnie kredyt, z każdym chciałem dobrze żyć. Ale kilka razy dostałem tak po tyłku, że musiałem się nad tym zastanowić. Żona nauczyła mnie być trochę mniej fajnym dla obcych.

Jest w ogóle coœ pozytywnego, co wyniósł pan z domu?

Nie wszystko było złe. Albo inaczej – w tym złym też można doszukać się dobrych rzeczy. Ojciec prowadzał mnie na treningi, szukał dla mnie odpowiedniego sportu, nie chciał, żebym tylko chodził po podwórkach i skakał, ale żebym jakoœ ten swój żywioł ukierunkował. Zmobilizował mnie do sportu, trzeba mu za to podziękować. Sam trenował boks, nauczył mnie więc zawziętoœci, wytrwałoœci. Ojciec biegał maratony, wspólnie pobiegliœmy kiedyœ w Otwocku. Nauczył mnie też, że trzeba walczyć o swoje, że niczego nie dostaje się za darmo, że na boisku nie ma przyjaciół.

Jest pan teraz w trzecim małżeństwie. Długo się pan musiał przygotowywać do dojrzałego zwišzku?

Ciężko jest zbudować dobrš relację, jeœli w cišgu tygodnia w domu jest się goœciem, a w weekendy nie ma cię w ogóle. Kiedy pojawia się tydzień czy dwa między obozami, kiedy wyjeżdża się na urlop – wtedy wszystko jest pięknie, ale potem wraca się do pracy, a tam czeka codziennoœć. Dojrzałem do prawdziwego zwišzku, kiedy już ledwo chodziłem. Dały o sobie znać kontuzje. Poznałem Ewę, a ona pokazała mi, jak można funkcjonować w normalnej rodzinie. Nie będę się użalał, szukał winy we wszystkich, tylko nie w sobie, bo sam też mam wiele za uszami, ale dopiero teraz zrozumiałem, że warto się przeprogramować na normalne życie. Nie było to łatwe.

Trudno zbudować coœ trwałego, kiedy pamięta się dom z drewnianš łyżkš, w którym chowa się noże i kije?

Powiedziałem sobie, że nigdy nie uderzę dziecka. Nie ma siły, żebym choćby dał klapsa, bo pamiętam, co sam przeżywałem. I nigdy klapsa nie dałem, cieszę się, że nawet wyprowadzony z równowagi, potrafię dotrzymać danego sobie słowa. Wychowuję swoje dziecko na zasadzie odwrotnoœci. Kiedy coœ się dzieje, zastanawiam się, jakby to było u mnie w domu i robię zupełnie inaczej. Żeby nie przeżywało tego, co ja musiałem przeżyć.

Jak to się stało, że podobno nigdy nie uciekł pan w alkohol?

Nie mówiłem, że nigdy nie piłem, ale wszystko było w normie. Ewa się ze mnie œmieje, kiedy tłumaczę jej, że swoje w życiu wypiłem i teraz, kiedy jesteœmy gdzieœ zapraszani, chętnie jadę samochodem jako kierowca. Oczywiœcie kiedy jest okazja i dobre towarzystwo, napiję się whisky, ale nie cišgnie mnie przesadnie do alkoholu, a papierosy rzuciłem dwa lata temu. To duży postęp, jestem z tego bardzo zadowolony.

Palił pan w trakcie kariery?

Zaczšłem w wieku 21 lat, chociaż wczeœniej byłem największym przeciwnikiem papierosów. Przyszedł jednak stres, pierwsze problemy w małżeństwie. Mieszkałem wtedy z Wadimem Rogowskojem, taki Rosjanin, lewonożny. On palił, wzišłem bucha i od tego momentu się zaczęło. Alkoholu też spróbowałem pierwszy raz po 20. urodzinach. Jakieœ piwko okazyjnie piłem. Ale póŸniej nauczyli mnie więcej, człowieka można nauczyć wszystkiego. Nigdy jednak nie byłem alkofanatykiem, nie musiałem się upić, żeby dobrze się bawić.

W kasynach się pan bawił dobrze?

Nigdy nie byłem.

Nie wierzę.

Przepraszam, raz byłem. Z dwoma reprezentantami Niemiec, którzy poprosili mnie, żebym był ich kierowcš. Dali mi swojš gotówkę i karty kredytowe, powiedzieli, że wychodzimy, kiedy przegrajš okreœlonš kwotę. Pojechaliœmy do Holandii, o trzeciej w nocy zawinšłem ich do samochodu i wróciliœmy do Leverkusen. Mnie hazard nigdy nie pocišgał. Kiedy grałem w Jagiellonii, wrzuciłem do automatu 20 złotych, nawet nie wiem, jak się nazywa taki automat. Dwa razy zakręciłem i poszedłem, ktoœ za mnie dokończył. Nie widziałem przyjemnoœci w naciskaniu jakichœ guzików, bez wpływu na przebieg gry, ponaciskać to jak mogłem sobie przyjemniejsze rzeczy.

Niektórzy trenerzy uważajš, że dla piłkarza najlepiej jest jak najszybciej się ożenić. Zgadza się pan?

Absolutnie nie. Tak szybkie małżeństwo było jednym z moich większych błędów. Miałem 18 lat i czekałem na dziecko. Wie pan – dzieciak zrobił dziecko. Trzeba było zmężnieć, ale nie wiedziało się jak. Całš noc kołysałem syna, miałem kołyskę przyczepionš do nogi i próbowałem spać. Udawało się trzy, może cztery godziny, a póŸniej jechałem na trening. Odbijało się to na mojej formie, chudłem w oczach. Oczywiœcie warto mieć jakšœ stabilizację, dobrze mieć gdzie wrócić, ale u mnie to wyglšdało inaczej. Na 18. urodziny dostałem od ojca torbę i... wio, do życia. Kazał mi się wynosić. Szukałem czegoœ, co mogło zastšpić mi dom, czyli czegoœ, o czym nie miałem pojęcia, jak powinno wyglšdać.

I szukał pan dalej.

Kochliwy byłem. I znałem za dużo lokali. Ale tak na poważnie, to jak ktoœ jest szczęœliwy, to nie szuka.

Podobno rozwód kosztował pana 6 milionów złotych.

Cišgnšł się 12 lat. Nie ma już z czego zabierać, można byłoby ze mnie jeszcze skórę œcišgnšć i położyć na stole... Zegarka z ręki chyba mi nie zabiorš.

Z pierwszego małżeństwa ma pan syna, z drugiego w Niemczech dwie córki. Macie kontakt?

Ewa starała się spotkać z mamš moich córek, ale dowiedziała się, że nie chcš mieć żadnego kontaktu. No i trudno. Nie wiem nawet, co u nich. Jak dojrzejš, może same będš chciały poznać ojca. Nie panikuję. Wiem, że Ewa regularnie pisze także do Dawida, który mieszka w Polsce. Dawid dostał zaproszenie, by poznał swojš siostrę, naszš Biankę, ale na razie nie skorzystał. Teraz to on musi zrobić krok, a nie my, musi wiedzieć na pewno, że chce zbudować jakieœ relacje. Czekam, aż to wszystko jakoœ się poukłada. Jeœli się nie uda, to też się nie zabiję. Nie ułożyło się i tyle. Ale brak kontaktu z dziećmi jest teraz moim największym zmartwieniem i boli mnie najbardziej.

Większoœć sportowców, z którymi rozmawiam, niczego nie żałuje, niczego by nie zmieniła. Z panem jest inaczej.

Ja bym zmienił wiele rzeczy. Inaczej bym pokierował swoim życiem prywatnym, wiele rzeczy zrobiłbym zupełnie inaczej, jednak niekoniecznie w sporcie. Może gdybym nie przeszedł tego wszystkiego, nie wyrobiłbym w sobie charakteru na Bundesligę, nie zagrał w reprezentacji Polski. Możemy teraz gdybać. Na boisku byłem sukinsynem i może dlatego tak daleko zaszedłem. Jestem chłopakiem z małej miejscowoœci, ze wsi pod Lubinem, musiałem szarpać, żeby się stamtšd wyrwać. Gdybym był inny, pewnie w piłce bym nie zaistniał.

Nie ma pan wrażenia, że ludzie się pana bojš?

Oczywiœcie, że się mnie bojš i oczywiœcie dlatego, że mnie nie znajš. Na boisku i prywatnie byłem i jestem zupełnie kimœ innym, ale wielu osobom wygodniej jest uwierzyć w to, co się o mnie pisało. Byłem „złym chłopcem" i w czasie kariery mi to odpowiadało. Po co miałem komentować kolejne bzdury na swój temat, wiedziałem, że ludzie i tak nie będš chcieli zrozumieć. Przylepiono mi łatkę, że jestem zły, że piję i biję. Wszystko mi jedno, pogodziłem się z tym. Gorzej, jak moja córka za kilkanaœcie lat to wszystko przeczyta, pewnie włosy jej się zjeżš, ale przecież sama będzie znała swojego tatę lepiej.

Potrafi pan przytulać?

Już tak. Żona mnie nauczyła. Straszna z niej przytulanka. Wczeœniej przytulał mnie tylko dziadek. Jak jechaliœmy na ryby, to mnie głaskał i zasypiałem mu na kolanach. PóŸniej nikomu nie potrafiłem oddać ciepła, bo zwyczajnie go nie dostałem w domu. To była dla mnie nowoœć, wczeœniej po prostu tego nie miałem. Łapię się czasami na tym, że za mało żonę przytulam. Mówię do niej: „ChodŸ, Ewa, nie jesteœmy jeszcze tak starzy, żeby się nie przytulać". Z córkš jest inaczej, sama wdrapie się na kolana i trzeba głaskać i całować. To fajne i przyjemne.

Okazało się, że jest pan domatorem. Przez 20 lat robił pan coœ wbrew sobie?

Nie powiedziałbym tak. Robiłem to, co wtedy sprawiało mi przyjemnoœć i pozwalało zarabiać pienišdze. To była dla mnie wolnoœć. Teraz rzeczywiœcie najchętniej nie ruszałbym się z domu. Jak dostajemy jakieœ zaproszenie, najchętniej wysłałbym tam Ewę i Biankę, a sam został w fotelu. Czasami coœ mi podpowiada, że może by pojechać tu, a może tam, ale póŸniej dochodzę do wniosku, że mi się nie chce. Całe życie gdzieœ jechałem, cišgle na walizkach, cały czas coœ za sobš cišgnšłem, a teraz chciałbym po prostu pobyć w domu, zajšć się córkš, zaprowadzić jš do przedszkola.

Żona to akceptuje?

Nie zawsze jest tak pięknie, czasami się na mnie wœcieknie i krzyknie, żebym w końcu ruszył dupę. Za mało z domu wychodzę, ale jak się 20 lat mieszkało jak Cygan, to teraz cieszy dom. Kiedyœ bywałem w nim kilkanaœcie godzin w tygodniu, teraz o odpowiedni balans dba Ewa. Czasami uznaje, że jestem „zasiedziany" i zarzšdza wyjœcie.

Tej Ewie to pan pomniczek może postawić. Choćby z bršzu.

Nie, ze złota. To moje wielkie wsparcie, rozmawiamy na każdy temat, wreszcie widzę sens. Ona jest jak Matka Teresa, aż za dobra. Potrzebowałem dwóch nieudanych małżeństw, by spotkać takš kobietę. Wynagradza mi wszystko, co się wydarzyło wczeœniej. Dostałem mocno od życia, ale dostałem też skarb. Ewa wie o wszystkim, wie, co robiłem w życiu, tłumaczy mi, dlaczego pewne rzeczy się działy, dlaczego nie byłem szczęœliwy. Na ksišżkę też mnie namówiła, bo nie chciałem się zgodzić. Powiedziała, że tyle już o mnie napisano, że warto byłoby się troszeczkę obronić. Ale przez dwa lata od publikacji ani ja, ani Ewa tej ksišżki nie przeczytaliœmy.

Dlaczego?

Ja nie pamiętam, co mówiłem, a Ewa twierdzi, że nie jest gotowa, że musi mieć nastrój. O sobie też nie lubi czytać, więc pewnie moje słowa o tym pomniku ze złota w domu przejdš bez echa. To skromna dziewczyna. Nie podnieca jej to, że ktoœ powie o niej coœ miłego. Czasami mówi mi, że żałuje, że nie poznała mnie, kiedy byłem na topie. Tłumaczę jej i sobie: tak widocznie musiało być. Nie jestem idealny – ma ze mnš przechlapane, bo potrafię krzyknšć, zdenerwować się. Ale Ewa potrafi mnie rozładować, ma na mnie bardzo dobry wpływ. To kobieta, która wzięła faceta z wielkim bagażem i strasznš opiniš, ale jesteœmy ze sobš już 11 lat i nie wyobrażam sobie, by coœ się zmieniło.

Wie pan, dlaczego kilka lat temu, gdy pojawiło się pana zdjęcie jako pracownika firmy transportowej w Anglii, w Polsce zrobiła się sensacja?

Pisali o mnie, kiedy grałem w reprezentacji, to pisali także, kiedy pracowałem w DHL. Zabolało mnie, długo się zastanawiałem, po co wchodzi się w czyjeœ życie, ale tak wyglšda œwiat i trzeba się z tym pogodzić. Długo mnie nie było w mediach, zszedłem z tapety, aż nagle jakiœ pajacyk wysłał do Polski zdjęcie, chcšc zarobić 50 funtów albo 200. Zrobiła się afera, bo Kałużny pojechał do roboty. Żona dzwoniła i płakała, bo odezwały się do niej koleżanki, które przez lata milczały. Tłumaczyłem, że dwa tygodnie będš pisać, jechać po mnie, a póŸniej się uciszš. Bolało mnie to, bo Ewa miała niepotrzebny stres, mała córeczka także, widzšc zapłakanš mamę.

Co jest złego w pracy w firmie przewozowej?

Pewnie lepiej byłoby, gdybym pił i kradł. Wolałem wyjechać z Polski, ale nie wiedziałem, że większoœć naszych rodaków na Zachodzie czeka tylko, by wbić kosę w plecy rodakowi. Doœwiadczyłem tego, sukinsyny sš wszędzie, ale szybko się odnalazłem, bo jestem nieprzyjemnym człowiekiem, kiedy ktoœ mnie zdenerwuje. Oni pójdš po trupach do celu, za stówkę do portfela. PóŸniej pracowałem u Wojtka, mojego szwagra, na budowie. Dziękuję mu, bo pomógł mi w trudnych momentach. Teraz mam już innš pracę, nie powiem gdzie, żeby firma nie miała najazdu fotoreporterów.

Jest pan zmęczony piłkš?

Mecze reprezentacji oglšdam regularnie, chociaż nie zawsze mam czas. Z ekstraklasy wystarczš mi skróty z każdej kolejki. Bardzo rzadko chodzę na mecze. Żonę zabrałem na urodziny do Warszawy na spotkanie Polska – Rumunia, ale myœlę, że raz w roku wystarczy.

Jest pan szczęœliwszy niż w trakcie gry w piłkę?

Tak. Mam dom i mogę w końcu wychować dzieci. Mój pasierb Kuba jest już dorosły, ale Bianka jest mała, codziennie prowadzę jš do przedszkola, odbieram, chodzę z niš do dentysty. To dla mnie nowoœć, bo wczeœniej po treningach w domu najczęœciej szukałem łóżka, żeby szybko zasnšć i mieć siłę na kolejny dzień. Nie znałem codziennoœci, nie wiedziałem, jak się funkcjonuje, wszystko było oparte na kobietach, które wówczas ze mnš były. Potrzebowałem takiej odmiany, wreszcie nie muszę nigdzie latać, wyjeżdżać. Nie narzekam, nie marudzę, robię swoje i jest mi dobrze.

Nie ma już złych myœli?

Zadawałem sobie pytania: Dlaczego ja? Dlaczego mam pod górę? Czy miałem takie wspaniałe dzieciństwo, że teraz dla równowagi muszę dostać w skórę? Czułem bezradnoœć, zmęczenie wszystkim dookoła. Zastanawiałem się, czy jeœli popełnię samobójstwo, to będzie lepiej. Ewa mi powiedziała, że to tchórzostwo, że myœlš tak ludzie, którzy uciekajš. A ja miałem w życiu różne role, ale tchórzem nigdy nie byłem. Jej słowa uœwiadomiły mi, że będę walczył. To, co było – zamykamy. Nikt nie powiedział, że teraz będzie łatwo, może być jeszcze gorzej, ale jesteœmy razem i możemy decydować o tym, co będziemy mieli i co będziemy robili. Widzi pan, był moment, kiedy ja, twardy facet – odpuœciłem, a kobieta obiecała mi, że będziemy razem walczyć. Uwierzyłem jej i się opłacało.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL