Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jak zmienił się Budapeszt za rzšdów Viktora Orbana

AFP
Na ulicy Kossutha rozłożyli namiot sympatycy Mártona Gulyása, 30-letniego antyrzšdowego aktywisty. Panuje atmosfera fiesty, bo doniesienia o wysokiej frekwencji sugerujš, że do urn ruszyła młodzież i wyborcy zmęczeni Viktorem Orbánem. Za kilka godzin okaże się, że rzšdzšcy Fidesz dostał jeszcze więcej głosów niż cztery lata wczeœniej. Muzyka ucichnie, zebrani w namiocie zacznš płakać.

Z pierwszej podróży do Budapesztu zapamiętałem taki obrazek. Stoję na œrodku ulicy Lajosa Kossutha przed parlamentem. Po lewej stronie iskrzš się œwiatełka jarmarku bożonarodzeniowego. Rozbrzmiewajš kolędy, a rozbawione dzieci tańczš wokół Œwiętego Mikołaja. Po prawej wznosi się platforma z posłami skrajnie prawicowego Jobbiku. Przemawiajš do tłumu œciœniętego w uliczce Konstytucji. Krytykujš socjalistów, Unię Europejskš. Gdzieniegdzie powiewa flaga Árpádów w biało-czerwone pasy, której używali węgierscy naziœci.

Dwa różne œwiaty, a między nimi ulica Kossutha, którš przecinajš żółte tramwaje.

Jest grudzień 2009 roku, za pięć miesięcy Viktor Orbán wygra wybory.

Te żółte tramwaje sš znakiem rozpoznawczym Budapesztu. Pojawiły się ponad 100 lat temu. Przetrwały wojny, komunizm, lata transformacji. Pewnie przetrwajš także Orbána. Po raz pierwszy zobaczyłem je w „Opowieœciach budapeszteńskich", œwietnym filmie Istvána Szabó o grupie rozbitków, którzy takim właœnie tramwajem przemierzajš powojenny Budapeszt.

Jest kwiecień 2018 roku, niedziela wyborcza – za kilka godzin Viktor Orbán wygra po raz trzeci z rzędu, a ja wzorem bohaterów Szabó wędruję po Budapeszcie, zastanawiajšc się, jak się zmienił przez te dziewięć lat – a wraz z nim całe Węgry.

* * *

Dobrze pamiętam wybory z 2010 roku. Poprzednicy Orbána zostawili kraj w zapaœci gospodarczej, podzielony, apatyczny. Obecny premier przez swoich zwolenników był przedstawiany jak rycerz na białym koniu, trochę niczym regent Miklós Horthy, który jesieniš 1919 roku, właœnie na białym koniu, wkroczył do Budapesztu wstrzšsanego przez komunistycznš rewoltę. Osiem lat temu, jeszcze jako student, przeprowadziłem pierwszy w życiu wywiad. Były ambasador Węgier w Polsce Ákos Engelmayer powiedział mi w nim – a było to niedługo po triumfie Orbána – że ludzie majš inne twarze. Uœmiechajš się do siebie.

Nawet jeœli Engelmayer miał wtedy rację, to z atmosfery ulgi i radoœci nie zostało wiele. Kiedy wychodzę z dworca Nyugati, od razu atakujš mnie plakaty z hordš muzułmanów z napisem STOP i liderami opozycji jako marionetkami sterowanymi przez George'a Sorosa. Orbán zawsze wykorzystywał figurę wroga narodu, wczeœniej w tej roli obsadzał socjalistów, bankierów, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i biurokratów z Brukseli. Ale teraz groza, lęk, wyczekiwanie na atak zostały rozbudzone do granic absurdu.

Trwa to od prawie trzech lat, od czasu, kiedy tysišce migrantów i uchodŸców przekroczyło południowe granice i ruszyło na północ. Mam przed oczami obraz dworca Keleti, obsadzonego przybyszami z Afryki północnej i Bliskiego Wschodu. Nie doszło wtedy do poważniejszych incydentów, a i nigdy póŸniej podobna fala nie uderzyła ani w Węgry, ani w inny kraj Unii Europejskiej. Orbán odkrył, że strach to paliwo, na którym może wygrywać każde wybory.

Kilka dni wczeœniej odwiedziłem miasteczko Pécs na południowym zachodzie. Jeden z szefów organizacji pozarzšdowej uœwiadomił mi, że antyimigrancka kampania nie jest skierowana do Budapesztu, lecz właœnie do prowincji. – Elity mogš wyœmiewać ataki, ale w mniejszych oœrodkach ludzie rzadko majš dostęp do innych mediów niż rzšdowe – tłumaczył.

Każdy naród ma swoje demony, spychane na margines, poskramiane pięknymi hasłami. Od czasu do czasu ktoœ wycišga je na powierzchnię.

* * *

Ale mniejsza o to. Już jestem na Oktogonie, w hipsterskiej częœci Budapesztu. Dochodzi południe, a wszystkie knajpki sš zapełnione. Wybory nie wybory, restauracje i kawiarnie w tym mieœcie zawsze sš pełne ludzi.

W biurze obsługi klienta na ulicy Szófii, gdzie wystawiono urny wyborcze, jest zaledwie kilka osób. Kiedy wrócę tu wieczorem, kolejka będzie się cišgnęła przez dwie uliczki, przez co głosowanie zostanie przedłużone. Takie sytuacje, a także plotki o zniknięciu kilkudziesięciu tysięcy głosów oddanych na opozycję, sprowokujš opinie, że elekcję należy powtórzyć. Ponadto Fidesz był faworyzowany przez nowš ordynację wyborczš, dysponował większym dostępem do mediów i pieniędzy publicznych.

Jednak nie ma się co oszukiwać. I tak by wygrał.

W barze na Oktogonie znajomy spekuluje, że Orbán będzie chciał wyjœć z Unii. Upieram się, że nie, bo Węgrzy należš do euroentuzjastycznych narodów, a i władza korzysta obficie z funduszy unijnych. Poza tym Węgry stałyby się łatwym celem dla Rosji. Na to Orbán nie ma ochoty, mimo iż zbliżył się do Putina tak bardzo jak żaden z jego lewicowych poprzedników. Jemu samemu wydaje się, że – jak to ujšł – tańczy jak paw, zachowujšc równy dystans między Moskwš a Brukselš.

Skręcam w najbardziej reprezentacyjnš ulicę Andrassyego, która przypomina paryskie Pola Elizejskie, a potem w uliczkę Nagymező. Na szybie Teatru im. Miklósa Randótiego wisi plakat „Ryszarda III" Szekspira. Sprawdzam – i owszem, o 19.00, czyli o godzinie zamknięcia lokali wyborczych, będš tu grać opowieœć o zakompleksionym, cynicznym manipulatorze, który w staraniach o zdobycie jak największej władzy nie cofnie się przed niczym i w końcu popadnie w szaleństwo.

* * *

Naprzeciwko teatru otwarto Centrum Roberta Capy, mojego ulubionego fotografa. Mam w domu cztery jego albumy – i dobrze, bo częœć poœwięcona twórczoœci tego najwybitniejszego fotografa wojennego jest akurat zamknięta. Można za to obejrzeć laureatów konkursu na najlepsze zdjęcia prasowe, w tym wyróżnionš pierwszš nagrodš serię Simona Móricza-Sabjána dokumentujšcš życie rodziny Borsosów ze wsi Csanytelek na południu. To Węgry, jakich nie zobaczy się w przewodnikach, ani tym bardziej w telewizji publicznej. Pozostawione same sobie. Zawstydzajšco biedne.

Orbán chwali się, że wycišgnšł kraj z kryzysu – i jeœli spojrzeć na niektóre statystyki, można tylko przyklasnšć. Wzrost gospodarczy na poziomie 4 proc. rocznie, takie samo bezrobocie. Obniżenie długu publicznego z 81 do 74 proc. PKB. Niskie podatki, masa ulg dla rodzin wielodzietnych, takich jak Borsosowie. I okazjonalne prezenty od władzy w postaci obniżek za gaz czy bonów zakupowych. To robi wrażenie.

A jednoczeœnie Węgry przestały się rozwijać. Stały się rezerwuarem taniej siły roboczej dla koncernów motoryzacyjnych. Œrednie dochody brutto i netto sš prawie o połowę niższe niż w Czechach (także Słowacja i Polska sš wyżej). Rosnš ceny nieruchomoœci, przybywa obszarów wykluczenia. W niektórych regionach południowo-wschodnich liczba osób żyjšcych na skraju ubóstwa przekracza 20 proc. Każdy, kto mówi o Budapeszcie w Warszawie, w sensie gospodarczym domaga się cofnięcia o co najmniej dekadę.

Ale wcale nie trzeba jechać do Csanytelek, aby dotknšć węgierskiej biedy. Wystarczy się przespacerować jakšœ głównš ulicš Budapesztu albo wejœć na stację metra. Sš takie miejsca, gdzie każda wolna przestrzeń jest zajęta przez bezdomnych. Nie żebrzš, rzadko wchodzš w kontakt z przechodniami. Leżš na materacach, kartonach albo betonie. Niektórzy tak bardzo przyzwyczaili się do prowizorycznych domów, że na œcianach porozwieszali obrazki. Kilka lat temu parlament przegłosował prawo pozwalajšce na przenoszenie ich poza centra miast, ale władza machnęła rękš. Na prawo i na nich samych.

Na kolejnym przystanku wędrówki, na placu Klauzál w dzielnicy żydowskiej, wychodzę z targu staroci, na którym można dostać wszystko: od porcelany i zegarków przez rzeŸby Stalina i Chrystusa aż po kasety magnetofonowe Skaldów. Przed znajdujšcš się po drugiej stronie siedzibš Fideszu jestem œwiadkiem dziwnej sceny. Oto w parku czekajš w kolejce dziesištki bezdomnych. Po chwili przychodzi po nich pracownik socjalny i prowadzi do znajdujšcej się pięć minut spacerem karczmy Kőleves kert, gdzie dostajš ciepły posiłek.

Armia bezdomnych maszerujšca przed pomarańczowymi sztandarami Fideszu to obraz, który zostaje mi długo w głowie.

* * *

Jest tak goršco, że przydałby się powiew bryzy znad Dunaju. W okolicy popularnego klubu Szimpla grupa Anglików paraduje w sukienkach i perukach. Na trawnikach rozkładajš się letnicy. W drodze nad rzekę mijam także Pasaż Paryski, luksusowe centrum handlowe z poczštku XX wieku, jednš z licznych pamištek złotej ery prosperity.

Pasaż jest zamknięty z powodu remontu, ale dobrze pamiętam, jak wyglšdajš jego efektowne, zdobione wnętrza w stylu art déco. To właœnie tam nakręcono poczštkowe sceny „Szpiega" z Garym Oldmanem w roli agenta MI6, który poszukuje w swoich szeregach sowieckiego kreta.

Bo jeœli coœ się w Budapeszcie udaje, to promocja. Filmowcy czerpiš garœciami z oryginalnej architektury – i ulg podatkowych. W ostatnich oœmiu latach stolica Węgier grała m.in. w „Marsjaninie" Ridleya Scotta, „Krainie miodu i krwi" Angeliny Jolie i oscarowym „Blade Runnerze 2049". Matt Damon powiedział, że zamieszkałby w Budapeszcie, gdyby ten znajdował się w Ameryce. W tutejszych klubach bawiła się Jennifer Lawrence, a Ryan Gosling dał się sfotografować w łóżku z dziennikiem „Magyar Nemzet". Takie rzeczy poprawiajš wizerunek kraju bardziej niż fundacje narodowe i ich kosztowne rejsy.

A wszystko dzięki temu, że poœrednikiem między rzšdem a Hollywood został 73-letni Andy Vajna, producent filmowy, który jako dziecko wyemigrował do Kanady, a potem do Los Angeles. Przed czterema laty Orbán zrobił z niego komisarza ds. filmu i jednego z bliskich sobie biznesmenów. Vajna dostał kredyt od państwowego banku i wykupił udziały w drugiej największej telewizji komercyjnej TV2. Jest także właœcicielem tabloidu „Bors" i sieci radiowej Radio 1, która ma pod sobš niemal wszystkie radiostacje regionalne.

To i tak nic w porównaniu z Lőrincem Mészárosem, hydraulikiem, który cieszy się opiniš niezbyt bystrego, ale lojalnego wobec przyjaciela z dzieciństwa, czyli Orbána. Mészáros kontroluje największš częœć rynku mediów drukowanych: 13 dzienników regionalnych, dziennik ekonomiczny „Világgazdaság" i sportowy „Nemzeti Sport", a także telewizję Echo TV. Zajmuje pište miejsce na liœcie najbogatszych Węgrów, w cišgu trzech lat jego majštek powiększył się 15-krotnie. Dziennikarze œledczy odkryli także kilka całkiem pokaŸnych osobistych fortun ministrów i bliskich ludzi Orbána z partii, a także członków jego rodziny.

Wraz ze skrajnš biedš pojawiło się skrajne bogactwo – i to chyba jest największy dramat Węgier. Mówi się, że Orbán stworzył oligarchię, ale to nieprecyzyjne. Oligarcha ma wpływy w polityce i gospodarce, tymczasem Vajna i Mészáros od polityki trzymajš się z daleka. Zostali wysłani na odcinek mediów, które przypominajš pomieszanie propagandy TVP Info z „Tańcem z gwiazdami". Skšd majš pienišdze?

Opowiada mi o tym István János Tóth, dyrektor think tanku Centrum Badania Korupcji. Po przeanalizowaniu ponad 126 tys. zamówień publicznych z lat 2010–2016 odkrył, że ludzie Orbána wzbogacili się m.in. na funduszach unijnych. – Wszyscy aktorzy bioršcy udział w przetargu: agencja państwowa zamawiajšca usługę, poœrednicy, zwycięzca przetargu, a nawet przegrani, sš ze sobš zwišzani. Każdy korzysta – przekonuje Tóth. Nazywa Węgry państwem kolesi.

Czy system, w którym o dotacji albo wyniku konkursu decydujš osobiste sympatie premiera, nie jest korupcjogenny? Ágoston Sámuel Mráz, szef zwišzanego z Fideszem think tanku Nézőpont, wzrusza ramionami. – Korupcja w Europie Œrodkowej jest obecna od zawsze – mówi. – W interesie kraju było stworzenie narodowego kapitału. Podobnie jest na Zachodzie, np. Angela Merkel otwarcie wspiera Mercedesa, a nie Citroëna, i nikt nie mówi o korupcji.

Mráz ma trochę racji, bo na Węgrach skandale z udziałem elit nie robiš wrażenia. Ich stosunek do korupcji oddaje bon mot legendarnego parodysty Gézy Hofiego, który powiedział przewrotnie, że „korupcja jest aktem szacunku dla naszych tradycji". Gdyby zniknęła, Węgrom zaczęłoby czegoœ brakować.

* * *

Idę dalej wybrzeżem Dunaju. Za placem Wolnoœci, na którym trwa koncert techno, dostrzegam znajomy emblemat: biały napis #I Stand With CEU na błękitnym tle. To budynek Uniwersytetu Œrodkowoeuropejskiego (CEU), w którego bibliotece spędzałem swego czasu długie godziny. Wtedy nie wiedziałem, że uniwersytet wyroœnie na symbol oporu przeciwko rzšdowi. W zeszłym roku protesty przeciwko planowi zamknięcia CEU zgromadziły na ulicach ponad 10 tys. ludzi.

W ostatnich czterech latach władza Fideszu stała się małoduszna jak nigdy dotšd. To paradoks. Im więcej obszarów życia społecznego opanowuje Orbán, tym głoœniej krzyczy o bezwzględnoœci opozycji i potędze stojšcych za niš sił. Tymczasem prawda jest taka, że nigdy w nowoczesnej historii krajobraz polityczny nie był tak bardzo zdominowany przez władzę, a opozycja taka słaba. Z niezdecydowanymi liderami, ograniczonym dostępem do mediów, za to bez stabilnego finansowania i pomysłów innych niż krzyczenie o dyktaturze Orbána – taka jest ta rzekomo wszechmocna armia Sorosa, od prawa do lewa.

Uniwersytet też nie ma ambicji politycznych, ale był wygodny jako obiekt ataku, będšc najbardziej, po fundacji Open Society, rozpoznawalnym dzieckiem Sorosa na Węgrzech. Nikt tu zresztš nie ukrywa szacunku dla niego. Przy wejœciu wisi wielki portret fundatora, a absolwent może sobie ze słynnym finansistš zrobić zdjęcie, bo Soros przyjeżdża na każde zakończenie roku akademickiego.

Co będzie z uniwersytetem – nie wiadomo. Orbán powiedział, że zdecyduje o tym nowy rzšd. Najpierw zajmie się organizacjami pozarzšdowymi. Ale system, który zbudował, chyba nie może zrobić kroku wstecz.

* * *

Po drodze kupuję gazetę. Dziewięć lat temu sytuacja była bardziej klarowna. Œwiatek budapeszteński dzielił się na tych od lewicowego „Népszabadság" i na tych od prawicowego „Magyar Nemzet". To był wybór polityczny, œwiatopoglšdowy, estetyczny. Wspomniany Engelmayer mówił mi, że jak widziało się w tramwaju kogoœ z konkurencyjnym dziennikiem, manifestacyjnie odwracało się wzrok.

A teraz? Wszystko stanęło na głowie. „Népszabadság" został zlikwidowany dwa lata temu po przejęciu przez Austriaka kojarzonego z Mészárosem. „Magyar Nemzet", długo sympatyzujšcy z Orbánem, wyrósł na główny dziennik opozycyjny. Zresztš trzy dni po wyborach i on został zamknięty, bo jego właœciciel zakręcił kurek z forintami. Kiedyœ z mediami było tak, że – bez względu na toksycznoœć sporu między czytelnikami dzienników – przynajmniej odzwierciedlały one podziały społeczne. Obecne media albo nie krytykujš rzšdu, albo sš jego tubš propagandowš.

Z jednym z ostatnich numerów „Magyar Nemzet" pod pachš wchodzę na ulicę Kossutha. Zbliża się wieczór, wyniki zostanš ogłoszone przed północš. Uœwiadamiam sobie, że stoję dokładnie tam, gdzie dziewięć lat wczeœniej. Nie ma Œwiętego Mikołaja, nie ma Jobbiku; odkšd partia przesunęła się do centrum, nie urzšdza już takich happeningów. A tam, gdzie była jej platforma, rozłożono namiot sympatyków Mártona Gulyása, 30-letniego aktywisty, który zdobył popularnoœć po zeszłorocznych protestach. Słychać piosenki o wolnoœci: „These Boots are Made for Wakin'" Nancy Sinatry i „I'm Looking for Freedom" z filmu „Django". Panuje atmosfera fiesty, bo doniesienia o wysokiej, zbliżajšcej się do 70 proc., frekwencji sugerujš, że do urn ruszyła młodzież i ci zmęczeni Orbánem, którzy dotychczas zostawali w domach.

Dopiero za kilka godzin okaże się, że to wynik mobilizacji wyborców Fideszu, który dostał niemal 300 tys. głosów więcej niż cztery lata wczeœniej. Muzyka ucichnie, zebrani w namiocie zacznš płakać.

* * *

Na pierwszy rzut oka Budapeszt wyglšda lepiej niż przed dziewięciu laty. Plac przed parlamentem może konkurować z tymi w Londynie i Paryżu. Wypiękniał dworzec Keleti. Otwarto czwartš linię metra, zbudowano nowy stadion. A jednak pod wieloma względami stolica zatrzymała się w miejscu. Nie w roku 2009, lecz znacznie wczeœniej. Jeœli pomieszka się tutaj dłużej, zacznie się dostrzegać rzeczy, na które nie zwracało się uwagi albo uważało za przejaw specyficznego uroku. Uroku zmierzchu.

Psujšce się metro, do którego wstępu broni rój kontrolerów – najmniej efektywny system sprawdzania biletów na œwiecie. Banalne problemy z kanalizacjš w nieremontowanych od lat kamienicach. Na chodniku można dostać po głowie kawałkiem tynku. Duchota na ulicach, morze bezdomnych. Cztery dekady temu John Irving pisał w „Œwiecie według Garpa", że to Wiedeń jest miastem schyłku. Ale gdyby zobaczył współczesny Budapeszt!

Na szczęœcie miasto wcišż jeszcze emanuje młodš energiš. Zapytałem dwudziestokilkuletniego chłopaka od Gulyása, co teraz będzie. Najpierw głęboko odetchnšł, a potem zacisnšł pięœć. „Nie zamierzam emigrować. Będę robił swoje".

Autor jest korespondentem mediów anglojęzycznych i polskich z Europy Œrodkowej. Obecnie mieszka w Bratysławie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL