Plus Minus

Jak zmienił się Budapeszt za rządów Viktora Orbana

AFP
Na ulicy Kossutha rozłożyli namiot sympatycy Mártona Gulyása, 30-letniego antyrządowego aktywisty. Panuje atmosfera fiesty, bo doniesienia o wysokiej frekwencji sugerują, że do urn ruszyła młodzież i wyborcy zmęczeni Viktorem Orbánem. Za kilka godzin okaże się, że rządzący Fidesz dostał jeszcze więcej głosów niż cztery lata wcześniej. Muzyka ucichnie, zebrani w namiocie zaczną płakać.

Z pierwszej podróży do Budapesztu zapamiętałem taki obrazek. Stoję na środku ulicy Lajosa Kossutha przed parlamentem. Po lewej stronie iskrzą się światełka jarmarku bożonarodzeniowego. Rozbrzmiewają kolędy, a rozbawione dzieci tańczą wokół Świętego Mikołaja. Po prawej wznosi się platforma z posłami skrajnie prawicowego Jobbiku. Przemawiają do tłumu ściśniętego w uliczce Konstytucji. Krytykują socjalistów, Unię Europejską. Gdzieniegdzie powiewa flaga Árpádów w biało-czerwone pasy, której używali węgierscy naziści.

Dwa różne światy, a między nimi ulica Kossutha, którą przecinają żółte tramwaje.

Jest grudzień 2009 roku, za pięć miesięcy Viktor Orbán wygra wybory.

Te żółte tramwaje są znakiem rozpoznawczym Budapesztu. Pojawiły się ponad 100 lat temu. Przetrwały wojny, komunizm, lata transformacji. Pewnie przetrwają także Orbána. Po raz pierwszy zobaczyłem je w „Opowieściach budapeszteńskich", świetnym filmie Istvána Szabó o grupie rozbitków, którzy takim właśnie tramwajem przemierzają powojenny Budapeszt.

Jest kwiecień 2018 roku, niedziela wyborcza – za kilka godzin Viktor Orbán wygra po raz trzeci z rzędu, a ja wzorem bohaterów Szabó wędruję po Budapeszcie, zastanawiając się, jak się zmienił przez te dziewięć lat – a wraz z nim całe Węgry.

* * *

Dobrze pamiętam wybory z 2010 roku. Poprzednicy Orbána zostawili kraj w zapaści gospodarczej, podzielony, apatyczny. Obecny premier przez swoich zwolenników był przedstawiany jak rycerz na białym koniu, trochę niczym regent Miklós Horthy, który jesienią 1919 roku, właśnie na białym koniu, wkroczył do Budapesztu wstrząsanego przez komunistyczną rewoltę. Osiem lat temu, jeszcze jako student, przeprowadziłem pierwszy w życiu wywiad. Były ambasador Węgier w Polsce Ákos Engelmayer powiedział mi w nim – a było to niedługo po triumfie Orbána – że ludzie mają inne twarze. Uśmiechają się do siebie.

Nawet jeśli Engelmayer miał wtedy rację, to z atmosfery ulgi i radości nie zostało wiele. Kiedy wychodzę z dworca Nyugati, od razu atakują mnie plakaty z hordą muzułmanów z napisem STOP i liderami opozycji jako marionetkami sterowanymi przez George'a Sorosa. Orbán zawsze wykorzystywał figurę wroga narodu, wcześniej w tej roli obsadzał socjalistów, bankierów, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i biurokratów z Brukseli. Ale teraz groza, lęk, wyczekiwanie na atak zostały rozbudzone do granic absurdu.

Trwa to od prawie trzech lat, od czasu, kiedy tysiące migrantów i uchodźców przekroczyło południowe granice i ruszyło na północ. Mam przed oczami obraz dworca Keleti, obsadzonego przybyszami z Afryki północnej i Bliskiego Wschodu. Nie doszło wtedy do poważniejszych incydentów, a i nigdy później podobna fala nie uderzyła ani w Węgry, ani w inny kraj Unii Europejskiej. Orbán odkrył, że strach to paliwo, na którym może wygrywać każde wybory.

Kilka dni wcześniej odwiedziłem miasteczko Pécs na południowym zachodzie. Jeden z szefów organizacji pozarządowej uświadomił mi, że antyimigrancka kampania nie jest skierowana do Budapesztu, lecz właśnie do prowincji. – Elity mogą wyśmiewać ataki, ale w mniejszych ośrodkach ludzie rzadko mają dostęp do innych mediów niż rządowe – tłumaczył.

Każdy naród ma swoje demony, spychane na margines, poskramiane pięknymi hasłami. Od czasu do czasu ktoś wyciąga je na powierzchnię.

* * *

Ale mniejsza o to. Już jestem na Oktogonie, w hipsterskiej części Budapesztu. Dochodzi południe, a wszystkie knajpki są zapełnione. Wybory nie wybory, restauracje i kawiarnie w tym mieście zawsze są pełne ludzi.

W biurze obsługi klienta na ulicy Szófii, gdzie wystawiono urny wyborcze, jest zaledwie kilka osób. Kiedy wrócę tu wieczorem, kolejka będzie się ciągnęła przez dwie uliczki, przez co głosowanie zostanie przedłużone. Takie sytuacje, a także plotki o zniknięciu kilkudziesięciu tysięcy głosów oddanych na opozycję, sprowokują opinie, że elekcję należy powtórzyć. Ponadto Fidesz był faworyzowany przez nową ordynację wyborczą, dysponował większym dostępem do mediów i pieniędzy publicznych.

Jednak nie ma się co oszukiwać. I tak by wygrał.

W barze na Oktogonie znajomy spekuluje, że Orbán będzie chciał wyjść z Unii. Upieram się, że nie, bo Węgrzy należą do euroentuzjastycznych narodów, a i władza korzysta obficie z funduszy unijnych. Poza tym Węgry stałyby się łatwym celem dla Rosji. Na to Orbán nie ma ochoty, mimo iż zbliżył się do Putina tak bardzo jak żaden z jego lewicowych poprzedników. Jemu samemu wydaje się, że – jak to ujął – tańczy jak paw, zachowując równy dystans między Moskwą a Brukselą.

Skręcam w najbardziej reprezentacyjną ulicę Andrassyego, która przypomina paryskie Pola Elizejskie, a potem w uliczkę Nagymező. Na szybie Teatru im. Miklósa Randótiego wisi plakat „Ryszarda III" Szekspira. Sprawdzam – i owszem, o 19.00, czyli o godzinie zamknięcia lokali wyborczych, będą tu grać opowieść o zakompleksionym, cynicznym manipulatorze, który w staraniach o zdobycie jak największej władzy nie cofnie się przed niczym i w końcu popadnie w szaleństwo.

* * *

Naprzeciwko teatru otwarto Centrum Roberta Capy, mojego ulubionego fotografa. Mam w domu cztery jego albumy – i dobrze, bo część poświęcona twórczości tego najwybitniejszego fotografa wojennego jest akurat zamknięta. Można za to obejrzeć laureatów konkursu na najlepsze zdjęcia prasowe, w tym wyróżnioną pierwszą nagrodą serię Simona Móricza-Sabjána dokumentującą życie rodziny Borsosów ze wsi Csanytelek na południu. To Węgry, jakich nie zobaczy się w przewodnikach, ani tym bardziej w telewizji publicznej. Pozostawione same sobie. Zawstydzająco biedne.

Orbán chwali się, że wyciągnął kraj z kryzysu – i jeśli spojrzeć na niektóre statystyki, można tylko przyklasnąć. Wzrost gospodarczy na poziomie 4 proc. rocznie, takie samo bezrobocie. Obniżenie długu publicznego z 81 do 74 proc. PKB. Niskie podatki, masa ulg dla rodzin wielodzietnych, takich jak Borsosowie. I okazjonalne prezenty od władzy w postaci obniżek za gaz czy bonów zakupowych. To robi wrażenie.

A jednocześnie Węgry przestały się rozwijać. Stały się rezerwuarem taniej siły roboczej dla koncernów motoryzacyjnych. Średnie dochody brutto i netto są prawie o połowę niższe niż w Czechach (także Słowacja i Polska są wyżej). Rosną ceny nieruchomości, przybywa obszarów wykluczenia. W niektórych regionach południowo-wschodnich liczba osób żyjących na skraju ubóstwa przekracza 20 proc. Każdy, kto mówi o Budapeszcie w Warszawie, w sensie gospodarczym domaga się cofnięcia o co najmniej dekadę.

Ale wcale nie trzeba jechać do Csanytelek, aby dotknąć węgierskiej biedy. Wystarczy się przespacerować jakąś główną ulicą Budapesztu albo wejść na stację metra. Są takie miejsca, gdzie każda wolna przestrzeń jest zajęta przez bezdomnych. Nie żebrzą, rzadko wchodzą w kontakt z przechodniami. Leżą na materacach, kartonach albo betonie. Niektórzy tak bardzo przyzwyczaili się do prowizorycznych domów, że na ścianach porozwieszali obrazki. Kilka lat temu parlament przegłosował prawo pozwalające na przenoszenie ich poza centra miast, ale władza machnęła ręką. Na prawo i na nich samych.

Na kolejnym przystanku wędrówki, na placu Klauzál w dzielnicy żydowskiej, wychodzę z targu staroci, na którym można dostać wszystko: od porcelany i zegarków przez rzeźby Stalina i Chrystusa aż po kasety magnetofonowe Skaldów. Przed znajdującą się po drugiej stronie siedzibą Fideszu jestem świadkiem dziwnej sceny. Oto w parku czekają w kolejce dziesiątki bezdomnych. Po chwili przychodzi po nich pracownik socjalny i prowadzi do znajdującej się pięć minut spacerem karczmy Kőleves kert, gdzie dostają ciepły posiłek.

Armia bezdomnych maszerująca przed pomarańczowymi sztandarami Fideszu to obraz, który zostaje mi długo w głowie.

* * *

Jest tak gorąco, że przydałby się powiew bryzy znad Dunaju. W okolicy popularnego klubu Szimpla grupa Anglików paraduje w sukienkach i perukach. Na trawnikach rozkładają się letnicy. W drodze nad rzekę mijam także Pasaż Paryski, luksusowe centrum handlowe z początku XX wieku, jedną z licznych pamiątek złotej ery prosperity.

Pasaż jest zamknięty z powodu remontu, ale dobrze pamiętam, jak wyglądają jego efektowne, zdobione wnętrza w stylu art déco. To właśnie tam nakręcono początkowe sceny „Szpiega" z Garym Oldmanem w roli agenta MI6, który poszukuje w swoich szeregach sowieckiego kreta.

Bo jeśli coś się w Budapeszcie udaje, to promocja. Filmowcy czerpią garściami z oryginalnej architektury – i ulg podatkowych. W ostatnich ośmiu latach stolica Węgier grała m.in. w „Marsjaninie" Ridleya Scotta, „Krainie miodu i krwi" Angeliny Jolie i oscarowym „Blade Runnerze 2049". Matt Damon powiedział, że zamieszkałby w Budapeszcie, gdyby ten znajdował się w Ameryce. W tutejszych klubach bawiła się Jennifer Lawrence, a Ryan Gosling dał się sfotografować w łóżku z dziennikiem „Magyar Nemzet". Takie rzeczy poprawiają wizerunek kraju bardziej niż fundacje narodowe i ich kosztowne rejsy.

A wszystko dzięki temu, że pośrednikiem między rządem a Hollywood został 73-letni Andy Vajna, producent filmowy, który jako dziecko wyemigrował do Kanady, a potem do Los Angeles. Przed czterema laty Orbán zrobił z niego komisarza ds. filmu i jednego z bliskich sobie biznesmenów. Vajna dostał kredyt od państwowego banku i wykupił udziały w drugiej największej telewizji komercyjnej TV2. Jest także właścicielem tabloidu „Bors" i sieci radiowej Radio 1, która ma pod sobą niemal wszystkie radiostacje regionalne.

To i tak nic w porównaniu z Lőrincem Mészárosem, hydraulikiem, który cieszy się opinią niezbyt bystrego, ale lojalnego wobec przyjaciela z dzieciństwa, czyli Orbána. Mészáros kontroluje największą część rynku mediów drukowanych: 13 dzienników regionalnych, dziennik ekonomiczny „Világgazdaság" i sportowy „Nemzeti Sport", a także telewizję Echo TV. Zajmuje piąte miejsce na liście najbogatszych Węgrów, w ciągu trzech lat jego majątek powiększył się 15-krotnie. Dziennikarze śledczy odkryli także kilka całkiem pokaźnych osobistych fortun ministrów i bliskich ludzi Orbána z partii, a także członków jego rodziny.

Wraz ze skrajną biedą pojawiło się skrajne bogactwo – i to chyba jest największy dramat Węgier. Mówi się, że Orbán stworzył oligarchię, ale to nieprecyzyjne. Oligarcha ma wpływy w polityce i gospodarce, tymczasem Vajna i Mészáros od polityki trzymają się z daleka. Zostali wysłani na odcinek mediów, które przypominają pomieszanie propagandy TVP Info z „Tańcem z gwiazdami". Skąd mają pieniądze?

Opowiada mi o tym István János Tóth, dyrektor think tanku Centrum Badania Korupcji. Po przeanalizowaniu ponad 126 tys. zamówień publicznych z lat 2010–2016 odkrył, że ludzie Orbána wzbogacili się m.in. na funduszach unijnych. – Wszyscy aktorzy biorący udział w przetargu: agencja państwowa zamawiająca usługę, pośrednicy, zwycięzca przetargu, a nawet przegrani, są ze sobą związani. Każdy korzysta – przekonuje Tóth. Nazywa Węgry państwem kolesi.

Czy system, w którym o dotacji albo wyniku konkursu decydują osobiste sympatie premiera, nie jest korupcjogenny? Ágoston Sámuel Mráz, szef związanego z Fideszem think tanku Nézőpont, wzrusza ramionami. – Korupcja w Europie Środkowej jest obecna od zawsze – mówi. – W interesie kraju było stworzenie narodowego kapitału. Podobnie jest na Zachodzie, np. Angela Merkel otwarcie wspiera Mercedesa, a nie Citroëna, i nikt nie mówi o korupcji.

Mráz ma trochę racji, bo na Węgrach skandale z udziałem elit nie robią wrażenia. Ich stosunek do korupcji oddaje bon mot legendarnego parodysty Gézy Hofiego, który powiedział przewrotnie, że „korupcja jest aktem szacunku dla naszych tradycji". Gdyby zniknęła, Węgrom zaczęłoby czegoś brakować.

* * *

Idę dalej wybrzeżem Dunaju. Za placem Wolności, na którym trwa koncert techno, dostrzegam znajomy emblemat: biały napis #I Stand With CEU na błękitnym tle. To budynek Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (CEU), w którego bibliotece spędzałem swego czasu długie godziny. Wtedy nie wiedziałem, że uniwersytet wyrośnie na symbol oporu przeciwko rządowi. W zeszłym roku protesty przeciwko planowi zamknięcia CEU zgromadziły na ulicach ponad 10 tys. ludzi.

W ostatnich czterech latach władza Fideszu stała się małoduszna jak nigdy dotąd. To paradoks. Im więcej obszarów życia społecznego opanowuje Orbán, tym głośniej krzyczy o bezwzględności opozycji i potędze stojących za nią sił. Tymczasem prawda jest taka, że nigdy w nowoczesnej historii krajobraz polityczny nie był tak bardzo zdominowany przez władzę, a opozycja taka słaba. Z niezdecydowanymi liderami, ograniczonym dostępem do mediów, za to bez stabilnego finansowania i pomysłów innych niż krzyczenie o dyktaturze Orbána – taka jest ta rzekomo wszechmocna armia Sorosa, od prawa do lewa.

Uniwersytet też nie ma ambicji politycznych, ale był wygodny jako obiekt ataku, będąc najbardziej, po fundacji Open Society, rozpoznawalnym dzieckiem Sorosa na Węgrzech. Nikt tu zresztą nie ukrywa szacunku dla niego. Przy wejściu wisi wielki portret fundatora, a absolwent może sobie ze słynnym finansistą zrobić zdjęcie, bo Soros przyjeżdża na każde zakończenie roku akademickiego.

Co będzie z uniwersytetem – nie wiadomo. Orbán powiedział, że zdecyduje o tym nowy rząd. Najpierw zajmie się organizacjami pozarządowymi. Ale system, który zbudował, chyba nie może zrobić kroku wstecz.

* * *

Po drodze kupuję gazetę. Dziewięć lat temu sytuacja była bardziej klarowna. Światek budapeszteński dzielił się na tych od lewicowego „Népszabadság" i na tych od prawicowego „Magyar Nemzet". To był wybór polityczny, światopoglądowy, estetyczny. Wspomniany Engelmayer mówił mi, że jak widziało się w tramwaju kogoś z konkurencyjnym dziennikiem, manifestacyjnie odwracało się wzrok.

A teraz? Wszystko stanęło na głowie. „Népszabadság" został zlikwidowany dwa lata temu po przejęciu przez Austriaka kojarzonego z Mészárosem. „Magyar Nemzet", długo sympatyzujący z Orbánem, wyrósł na główny dziennik opozycyjny. Zresztą trzy dni po wyborach i on został zamknięty, bo jego właściciel zakręcił kurek z forintami. Kiedyś z mediami było tak, że – bez względu na toksyczność sporu między czytelnikami dzienników – przynajmniej odzwierciedlały one podziały społeczne. Obecne media albo nie krytykują rządu, albo są jego tubą propagandową.

Z jednym z ostatnich numerów „Magyar Nemzet" pod pachą wchodzę na ulicę Kossutha. Zbliża się wieczór, wyniki zostaną ogłoszone przed północą. Uświadamiam sobie, że stoję dokładnie tam, gdzie dziewięć lat wcześniej. Nie ma Świętego Mikołaja, nie ma Jobbiku; odkąd partia przesunęła się do centrum, nie urządza już takich happeningów. A tam, gdzie była jej platforma, rozłożono namiot sympatyków Mártona Gulyása, 30-letniego aktywisty, który zdobył popularność po zeszłorocznych protestach. Słychać piosenki o wolności: „These Boots are Made for Wakin'" Nancy Sinatry i „I'm Looking for Freedom" z filmu „Django". Panuje atmosfera fiesty, bo doniesienia o wysokiej, zbliżającej się do 70 proc., frekwencji sugerują, że do urn ruszyła młodzież i ci zmęczeni Orbánem, którzy dotychczas zostawali w domach.

Dopiero za kilka godzin okaże się, że to wynik mobilizacji wyborców Fideszu, który dostał niemal 300 tys. głosów więcej niż cztery lata wcześniej. Muzyka ucichnie, zebrani w namiocie zaczną płakać.

* * *

Na pierwszy rzut oka Budapeszt wygląda lepiej niż przed dziewięciu laty. Plac przed parlamentem może konkurować z tymi w Londynie i Paryżu. Wypiękniał dworzec Keleti. Otwarto czwartą linię metra, zbudowano nowy stadion. A jednak pod wieloma względami stolica zatrzymała się w miejscu. Nie w roku 2009, lecz znacznie wcześniej. Jeśli pomieszka się tutaj dłużej, zacznie się dostrzegać rzeczy, na które nie zwracało się uwagi albo uważało za przejaw specyficznego uroku. Uroku zmierzchu.

Psujące się metro, do którego wstępu broni rój kontrolerów – najmniej efektywny system sprawdzania biletów na świecie. Banalne problemy z kanalizacją w nieremontowanych od lat kamienicach. Na chodniku można dostać po głowie kawałkiem tynku. Duchota na ulicach, morze bezdomnych. Cztery dekady temu John Irving pisał w „Świecie według Garpa", że to Wiedeń jest miastem schyłku. Ale gdyby zobaczył współczesny Budapeszt!

Na szczęście miasto wciąż jeszcze emanuje młodą energią. Zapytałem dwudziestokilkuletniego chłopaka od Gulyása, co teraz będzie. Najpierw głęboko odetchnął, a potem zacisnął pięść. „Nie zamierzam emigrować. Będę robił swoje".

Autor jest korespondentem mediów anglojęzycznych i polskich z Europy Środkowej. Obecnie mieszka w Bratysławie.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL