Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Wąs, który łączył

Trening w ośrodku w Wiśle, 2002 r.
EDYTOR NET
Przez 15 lat patrzyliśmy, jak przeskakuje siebie. Jak z zahukanego chłopaka z Beskidów wyrastała gwiazda. Leciał Adam, leciał... - Dziś Adam Małysz kończy 40 lat. Przypominamy tekst z marca 2011 roku

Dachówki u Apoloniusza Tajnera Małysz, wbrew wiślańskiej legendzie, nie układał, lecz do kilku innych dachów rękę przyłożył. Nie tylko w Wiśle, ale i w Szczyrku, Istebnej. To się przecież tak właśnie mogło skończyć. Że dziś zamiast skoczni imienia Małysza, zamiast galerii trofeów, zamiast stojącego w holu Domu Zdrojowego Małysza z białej czekolady, któremu ktoś kiedyś urwał ucho i trzeba było figurę postawić za szybą, byłby w Wiśle jakiś warsztat dekarski, z właścicielem opowiadającym klientom, że miał talent do skoków, i nawet pierwsze sukcesy, ale widać nic więcej nie było mu pisane.

A jeszcze bardziej prawdopodobne, że byłby to warsztat samochodowy, bo od małego mu benzyna krążyła we krwi, trudno go było od pism motoryzacyjnych oderwać, przerabiał rozbite auta tak, żeby jeszcze można było nimi szpanować. Począwszy od tego malucha, o którym dziś mówi, że zrobił mu „wieś tuning", przez golfa, którego sobie kupił z premii za pierwsze sukcesy w Pucharze Świata, wiosną 1996 r., po audi, które musiał sprzedać, gdy te sukcesy nagle się skończyły, jeszcze szybciej kończyły się pieniądze, a był wtedy niedługo po ślubie i z małą córeczką. Pewnie nawet wykształcić by się wolał na mechanika, a nie dekarza, ale akurat mistrz od samochodów miał jakiegoś znajomego, którego musiał przyjąć, i Adamowi zostało bieganie po dachach.

– Pamiętam, jak kładł papodachówkę u mojego sąsiada. I jak załatwialiśmy z mistrzem, żeby go specjalnie traktował, bo Adam kończył szkołę, musiał mieć praktykę, ale wierzyliśmy, że będzie z niego przede wszystkim skoczek – wspomina Tajner, dziś prezes Polskiego Związku Narciarskiego, wcześniej trener Małysza w latach największych sukcesów. Mówi „my", bo Wisła jest mała, wszyscy się znają, zwłaszcza ci, którzy się związali ze skokami. Tajner to dobry znajomy trenera Jana Szturca, Szturc to brat Ewy Małysz, matki Adama. Mąż Ewy Jan był kierowcą w klubie Wisła Start, w którym pracował Szturc i zaczynał trenować Adam.

Przyszedł jako sześciolatek. Marzył o futbolu, ale w Wiśle łatwiej jednak zostać narciarzem. Więc polubił skakanie, a jak mu się zdawało, że już nie lubi, to ojciec go wyprowadzał z błędu. – Pamiętam bury za to, że nie dotarłem na trening. To na początku była zabawa, ale już z wyrzeczeniami – opowiada dziś Adam i pamięta, że ojciec rękę miał ciężką. A jego wątpliwości dopadały często. Choćby za każdym razem, gdy przechodził na większe skocznie i bał się, że teraz to już koniec: strach i szybkość będą za duże, nie zapanuje. Potem, gdy skocznie już oswoił, przygniatały go życie i zakręty kariery.

– Adam musi mieć wszystko przepracowane od A do Z. Nie daruje sobie, jak jakaś litera wypadnie – mówi Łukasz Kruczek, trener polskiej kadry, a kiedyś kolega z reprezentacji.

Małysz wolał nie być skoczkiem w ogóle, niż być byle jakim. Ciężko znosił nawet porażki na treningach. Gdy był już gwiazdą, mistrzem świata, medalistą olimpijskim, milionerem, każda przerwa w sukcesach była dla niego nie do wytrzymania. I albo zmieniał wtedy trenera, albo myślał o odejściu. Tak było po przegranych igrzyskach w Turynie w 2006 r., gdy rozważał zakończenie kariery, i dwa razy w Turnieju Czterech Skoczni, gdy przerywał go w połowie i wracał do domu trenować, mówiąc na pożegnanie: tak dalej skakać mi się nie chce.

Najbliżej powrotu na dachy był po swoich pierwszych igrzyskach, w 1998 roku w Nagano, gdy z Małysza nadziei stał się Małyszem ciężarem. Nic mu nie wychodziło, nie mógł patrzeć na trenera Pavla Mikeskę, a trener na niego. To nie były takie czasy jak dziś, gdy dzięki jego zwycięstwom już co zdolniejsze dzieci mają logo sponsora na kasku, wszystko podsunięte pod nos i nawet bez wielkich sukcesów można coś odłożyć na życie. Jego czekałoby lądowanie w pustce, bo z pustki wyskoczył. Polskie skoki miały wówczas piękną tradycję Czecha, Marusarza, Fortuny, Bobaka, Fijasa, ale nieciekawą teraźniejszość i żadnego pomysłu na przyszłość.

Wąsy po Weissflogu

Na pierwsze starty Małysza w Pucharze Świata składali się czeski trener i sąsiedzi z Wisły, a wkrótce dołączy też do nich austriacki menedżer Edi Federer, były skoczek, którego Mikeska poznał podczas pracy w Niemczech i poprosił o pomoc. Federer potem zostanie władcą wizerunku Małysza, to będzie dla niego złoty interes, ale wtedy głównie dokładał. Załatwiał wszystko: samochody, stroje, telefony, premie. Bo związek narciarski uginał się pod długami i miał pilniejsze wydatki niż na sportowców.

Federer pomagał, Mikeska pruł przez Europę samochodem, wioząc Adama i innych kadrowiczów, czasami też swojego syna, który zastępował skoczkom fizjoterapeutę. Bywało, że zabierał się z nimi Jakub Janda, który jak Mikeskowie pochodził z Frensztatu. Samochody były na austriackich numerach i bywało, że nadgorliwy celnik nie chciał ich wpuszczać do Polski: zachodnie rejestracje, w środku Czech z Polakami, podejrzane. Czasami trener Mikeska prosił dziennikarzy: może dorzucilibyście się do rachunków za mój telefon, bo dzwonicie, jak jestem za granicą, a nikt w związku mi tego nie zwróci.

Minie kilka lat, zanim się okaże, że z Mikeską za kierownicą obaj wyruszyli w drogę do wielkich karier: Małysz, najbardziej utytułowany skoczek swojego pokolenia, a może i najlepszy w ogóle, oraz Janda, też zwycięzca Pucharu Świata, Turnieju Czterech Skoczni i medalista mistrzostw świata. Wtedy ich marzenia sięgały dużo bliżej: żeby nie wypaść na najbliższym rondzie, bo trener prowadził jak wariat, żeby mieć kiedyś taki sprzęt jak inni, żeby wielki Jens Weissflog dał autograf, bo jak go Adam pierwszy raz poprosił, to odmówił, spieszył się na rozbieg.

Ale o wygrywaniu też marzyli. Łukasz Kruczek pamięta zdjęcie, które sobie zrobili z Adamem na mistrzostwach świata juniorów w austriackim Breitenwangu. Poczekali, aż nie będzie nikogo wokół podium, wskoczyli na najwyższy stopień, tam, gdzie po konkursie skoczków stał Fin Janne Ahonen, i pozowali jako zwycięzcy. – To był 1994 rok, Adamowi marzenia zaczęły się spełniać niedługo później – mówi Kruczek. Po dwóch latach wygrał pierwszy konkurs Pucharu Świata: w Oslo, na skoczni Holmenkollen, w rodzinnym domu narciarstwa, na oczach króla Haralda. Tam, gdzie kończył wtedy karierę wspomniany Weissflog, największy idol Małysza. To Weissfloga udawał, gdy skakał w Wiśle jako dziecko. Nawet wąsy, najsłynniejsze po Wałęsowych wąsy wolnej Polski, zapuścił podobne. A Niemiec w końcu nie tylko dał mu autograf, ale i namaścił na swojego następcę.

Małysz powtarzał zawsze, że chciałby się kiedyś pożegnać jak on, u szczytu możliwości, a nie wówczas, gdy siły gasną. Słowa dotrzymał ponad tydzień temu w Oslo, gdy podczas mistrzostw, w których mając 34 lata, zdobył brązowy medal, ogłosił, że to jego ostatni medal, że 26 marca odda ostatni skok w karierze. Postawi kropkę przy historii, w której jest 39 wygranych konkursów Pucharu Świata, cztery Kryształowe Kule, cztery olimpijskie medale, sześć z mistrzostw świata, kilka trenerskich zmian, kryzysów i powrotów.

Autobusy z gapiami

Wygrywa od 15 lat, dobrem narodowym był przez ostatnie dziesięć. Wrzawa wybuchła podczas Turnieju Czterech Skoczni 2000/2001. Małysz miał już wtedy za sobą trzy zwycięstwa w Pucharze Świata – i ostre życiowe wiraże – ale co innego wygrywać w marcu w Oslo, gdy sezon się kończy, albo w Japonii, gdy Europa śpi, a co innego wyskoczyć na takiej scenie. Turniej to była w Polsce telewizyjna świętość. Był za PRL, był w III RP. Mogły znikać z TVP mecze reprezentacji piłkarskiej, ligowe, mogło nie być innych konkursów PŚ, ale turniej zawsze był.

To z tych transmisji Małysz poznawał Weissfloga, a kilkanaście lat później inni poznawali Małysza. Gdy Wojciech Kuczok pisze w „Gnoju" o głosie redaktora Jerzego Mrzygłoda, dobiegającym zza ściany, chodzi mu właśnie o te kilka dni na przełomie roku, gdy inne sporty spały (bo już nie śpią, czasy się zmieniły) i skoczkowie byli w centrum uwagi.

W te kilka dni Polska oszalała. Ludzie ze sztabu wiedzieli już wcześniej, że będzie dobrze. Edi Federer jeszcze przed konkursem w Oberstdorfie wręczył Małyszowi kask Red Bulla, związek narciarski kazał w pośpiechu naszywać reklamy Poczty Polskiej, z którą właśnie podpisał umowę. W Oberstdorfie Adam był czwarty, w Garmisch-Partenkirchen już trzeci, z rekordem skoczni, potem wygrał konkursy w Innsbrucku i w Bischofshofen. Zaczynał turniej z małą grupą dziennikarzy, którzy jeździli tam od lat, kończył w tłumie, który jechał w pośpiechu do Austrii, czym kto mógł. A potem dalej, bo Małysz tej zimy wygrywał konkurs za konkursem, bijąc rekordy skoczni i rekordy przewag nad rywalami. Telewizje wysyłały wozy do domu w Wiśle, do baru U Bociana, gdzie zawody oglądał Jan Małysz, TVP w pośpiechu dokupowała brakujące jej prawa do konkursów, żeby pokazywać cały sezon PŚ.

Już się nie mówiło Adam, tylko Orzeł z Wisły.

Profesorowie socjologii tłumaczyli nam, co to znaczy dla społeczeństwa, a potem sami szli oglądać skoki. Profesor Jerzy Maryniak z Instytutu Techniki Lotniczej na niebieskiej kukle objaśniał, jakie siły działają na skoczka i jak latać. Szaleni wynalazcy przysyłali do redakcji listy z pomysłami, jak Adamowi jeszcze dodać skrzydeł. Bułka i banan stały się nierozłączną parą. Autobusy z gapiami zaczęły zajeżdżać na podwórko nie tylko u Małyszów, ale i Tajnerów. Orzeł skakał na pocztę, dzwonił z belki do żony Izy w reklamie telefonii komórkowej, chował się w szafie przed dziennikarzami, tym razem już nie w reklamie. Nawet psycholog Jan Blecharz i fizjolog Jerzy Żołądź z akademików stali się gwiazdami. Zaczęliśmy mówić Małyszem, adamizmy weszły do języka. Że trzymie na progu, nie szło odlecieć, wiaterek kręci, że chodzi o dwa równe skoki, chciałem za bardzo. I dmuchajcie pod narty.

Polska odkrywa kibica

Mieliśmy wtedy zaściankowy sport, Robert Korzeniowski już maszerował po złoto, ale Otylia Jędrzejczak jeszcze była bez medali. Jakby ktoś powiedział, że za kilka lat będzie Polak w Formule 1 albo Polka w czołowej dziesiątce rankingu tenisowego, toby go odesłano do kabaretu. O Polce, która miałaby zostawać mistrzynią w biegach narciarskich, nawet szkoda wspominać, bo zimowy sport był u nas zupełnym ugorem. Od 1972 roku i wielkiego wyskoku Wojciecha Fortuny czekaliśmy na jakiś medal igrzysk. I nagle znalazł się polski sportowiec, którego pokazują w CNN, o którym piszą w gazetach nawet w Hiszpanii czy Holandii, gdzie się nikt skokami nie zajmuje, ale takie narodziny gwiazdy i tam były wiadomością.

Tak się zaczęło dziesięciolecie, gdy Małysz wyznaczał rytm sobotnich i niedzielnych obiadów. Oglądalnością ustępował tylko papieskim pielgrzymkom. Zakopane z konkursów jakich wiele zmieniło się w najgłośniejszy Puchar Świata, a biało-czerwone flagi były wszędzie tam, gdzie skakali: od Sapporo przez Trondheim po Salt Lake City. Polska odkryła, że umie kibicować. Małysz nadleciał w czasach, gdy kibic był u nas irytującym dodatkiem do sportu. Wyrywał krzesełka, bił i wrzeszczał. A nagle się okazało, że można się z nim dobrze bawić i jeszcze lepiej na nim zarabiać. Oczywiście znajdzie się kilku, którzy w Zakopanem rzucą śnieżkami w Svena Hannawalda, mszcząc się za to, że nie dał Adamowi obronić tytułu w Turnieju Czterech Skoczni i za głośno się cieszył. Ale rok później za wstawiennictwem Adama urządzą mu owację w Zakopanem.

Z kolczykiem i bez

Dobiega końca serial, w który wciągali się nawet ludzie, którzy do dziś nie wiedzą, ile punktów daje się za każdy metr. Serial, który zarabiał i dawał zarabiać innym. Role były w nim od pierwszych odcinków dobrze obsadzone. Po jednej stronie łagodny Apoloniusz Tajner, który odkręcił śrubę po Mikesce, pozwolił na więcej Małysza w Małyszu, wyręczał go w rozmowach z dziennikarzami. Po drugiej stronie wódz rywali, surowy Reinhard Hess. Dobry Niemiec Martin Schmitt, zły Niemiec Sven Hannawald. Władca wiatru Miran Tepes, dyrektor Walter Hofer, zawsze w centrum uwagi. Wielki niemowa Janne Ahonen, czarodziej Simon Ammann, kopyciarz Thomas Morgenstern. Kolejni trenerzy: nerwowy Heinz Kuttin, Łukasz Kruczek, który szybko rozstał się z Małyszem, widząc, że co innego być kolegą, co innego szefem, w końcu fiński dziadek Hannu Lepistoe. To on potrafił wyciągnąć Adama z długiego kryzysu i razem z nim zakończy wkrótce karierę.

Mijały lata, a Małysz ciągle był w czołówce. Adam z mistrzostw świata 2001 roku w Lahti, stojący na podium jeszcze z kolczykiem i utlenionymi włosami. Adam słodko-gorzki z igrzysk w Salt Lake City, gdzie był faworytem, a zdobył srebro i brąz. Adam z Predazzo, gdzie faworytem nie był, jechał na mistrzostwa bez zwycięstwa od ponad roku, a został podwójnym mistrzem. Adam z Sapporo, gdzie po złocie z 2007 r., pierwszym od czterech lat, na ramionach zanieśli go nie koledzy z drużyny, ale rywale, Ammann z Morgensternem. Wreszcie igrzyska w Vancouver, gdy dwa razy wchodził na podium po srebro. Wiedział już wtedy, kiedy zakończy karierę. Nam powiedział dopiero w Oslo.

Ale zostanie po nim dużo więcej niż te obrazki i medalowa statystyka. To nie przypadek, że go brali na ramiona rywale, bo trafiał nie tylko do naszych serc. Janne Ahonen opowiadał kiedyś „Rz", że jego mały syn, dziś już skoczek, na skoczni zabawce ustawianej w pokoju częściej bywał Małyszem niż ojcem. Spiker w Planicy krzyczał: „Tutaj lata nasz mistrz świata", gdy Adam siadał na belce. Gregor Schlierenzauer, mistrz świata z Oslo, wspomina, że jako dzieciak spał w koszulce, na której było zdjęcie Adama odbierającego Puchar Świata. – Byłem na trybunach w Innsbrucku, gdy leciał w 2001 roku po zwycięstwo w Turnieju Czterech Skoczni. Pamiętam Apoloniusza Tajnera, jak mu wtedy machał chorągiewką. A potem, jak zadebiutowałem w PŚ, Adam był jednym z pierwszych, którzy podeszli i powiedzieli: dobra robota – mówi „Rz" Schlierenzauer.

Szanuj, to cię będą szanowali

Jest gadżeciarzem, któremu oczy się śmiały do każdej nowinki. Niedawno się wprowadził do domu naszpikowanego techniką. Przeniósł polskie skoki w XXI wiek. Ale pozostał człowiekiem starej daty, i nie chodzi o ten wąs, którego nie dał ruszyć, nawet gdy firma produkująca golarki proponowała mu fortunę za wykorzystanie tego w reklamie.

Chodzi o przekonanie, że w życiu jak na skoczni, wszystko trzeba zrobić od A do Z, bo nikt cię w tym nie wyręczy. To dlatego zrobił niedawno maturę, choć już przecież nic nie musi. Dlatego dziś jego rywale ze skoczni, od Schmitta po Ammanna, mówiąc o nim, zaczynają od: – Dobry i twardy facet – a dopiero potem wspominają jego trofea.

Święty nigdy nie był. Tracił cierpliwość jak każdy, wygrywało w nim często poczucie, że za dużo osób chce się naraz przewieźć na jego plecach do sukcesu. Czasami jego otoczenie i doradcy licytowali w negocjacjach ostro, biorąc go w pewnym sensie za zakładnika, choćby w sporach z PZN. Ale był rycerski. Począwszy od tego, że pięknie mówił o żonie, po przekonanie, że ze wszystkimi trzeba żyć w zgodzie, dochowywać tajemnic, naprawiać krzywdy. Nawoływał, by szanować Hannawalda, choć po latach przyznał, że i on odbierał demonstracyjną radość źle. Nie powie złego słowa na Kuttina, choć ten zerwał kontakty. Potrafił przeprosić dziennikarza, któremu niesłusznie zrobił awanturę. Zanim ogłosił koniec kariery, upewnił się, że ludzie z jego sztabu nie zostaną bez pracy. Długo nie mógł się zdobyć na prośbę o utworzenie zespołu tylko dla niego, często wolał jechać razem z kolegami niż sam odrzutowcem, który podstawiał sponsor.

Pogodził się nawet w końcu z Mikeską, który dziś trenuje jedną z czeskich zawodniczek. To zresztą jedna z niewielu osób, którym Polska się za Małysza nie odwdzięczyła, a przecież bez niego i bez Federera nie byłoby tego wszystkiego.

Chcę być zapamiętany

Gdyby Małysz robił inaczej, pewnie też by go kochano, za często wygrywał. Ale on miał od dzieciństwa przekonanie, że trzeba dopełnić wszystkiego, bo innym wpadka może się upiec, ale jemu nie.

– Zawsze marzyłem, by zostać zapamiętany – powiedział kiedyś. I tak samo mocno chciał, żeby sukcesy go nie zmieniły. Czy na urlop jeździł na sąsiednią górkę czy na Mauritius, czy zbierał karty telefoniczne, jak kiedyś, czy samochody, gdy zarobił miliony, pozostał sobą. Chłopakiem, który mógł latać w Planicy na wysokości trzeciego piętra, ale odwracał wzrok na widok krwi. Który żadnego rywala nie bał się tak jak migren atakujących po zawodach. Autografy wypisywał, aż mu drętwiała ręka, ale nienawidził głupich pytań i jak ktoś z drugiego końca ulicy krzyczał: Małysz, Małysz.

Miło było patrzeć, jak dojrzewał. Z medialnego niemowy wyrósł sportowiec, który opowiada długo i ciekawie, również po niemiecku. Jest pierwszy nie tylko do zgrywy, ale i do poważnej rozmowy. To cztery lata temu w Sapporo, gdy po złotym medalu i długiej kontroli antydopingowej wracał w nocy do hotelu, niesiony na plecach przez fotoreportera Jerzego Kleszcza jak na paradzie zwycięstwa, zobaczyliśmy pierwszy raz, że naprawdę to wszystko polubił. Że o skokach, życiu, pracy w ogrodzie i gapiach wystających z krzaków przed domem opowiada nam nie tylko dlatego, że musi.

Był przez te kilkanaście lat jedną z najważniejszych twarzy Polski, która się bogaciła, nabierała pewności siebie. I jedną z niewielu, które tylko łączyły. Awantur wokół niego nie brakowało. Porywczy Federer, dziś złożony straszną chorobą, która unieruchomiła człowieka kochającego życie jak mało kto, kłócił się ze związkiem. Kuttin ze współpracownikami, źle się rozstawano z Tajnerem, Żołądziem i Blecharzem, skakanie na pocztę okazało się początkiem awantury o pieniądze między związkiem narciarskim a pośrednikiem. Ale on był ponad to.

Dom, rajdy, narty

Wszyscy się postarzeliśmy, prawda? – pyta dzisiaj. Zaczynał w czasach, gdy skoczkowie żegnali się na belce albo pluli, gdy nie na każdej skoczni były założone tory i zdarzały się straszne wypadki, gdy wielkie pieniądze dopiero wchodziły. Dziś tamtych wież i rozbiegów już nie ma, prawie wszystkie przebudowano, skoki są bezpieczniejsze, bardzo bogate. Córeczka Karolina z dziecka, które nosił na barana, ćwicząc przysiady, wyrosła na młodą kobietę.

Chce, żeby ona i żona Iza miały go wreszcie więcej. Jest szczęśliwy, że zimą będzie mógł pojeździć na nartach, a nie tylko poskakać, że nie trzeba będzie odkładać wczasów i zaniedbywać ogrodu. W sercu go będzie kłuło, gdy zobaczy, że inni skaczą, a on nie, ale długo się do tego przygotowywał. Nie zostawi skoków całkiem, ale jeszcze nie zdradził, czy sam będzie menedżerem, czy tylko pomoże żonie, która prowadzi kariery trzech młodych zawodników. Małysz trenerem? Raczej nie. Weissflog tego nie dotknął, ma swój pensjonat, kontrakt z telewizją, i jest szczęśliwy.

Adama pewnie zobaczymy też w rajdach, pytany o to mówi, że w każdej plotce jest trochę prawdy. Rajdowiec Zbigniew Cieślar, kolega z podstawówki, zabierał go czasami na odcinki specjalne, pozwalał poprowadzić. Jest zespół RMF Carolina Team, w którym zebrało się tak wiele firm sponsorujących również Małysza (RMF, 4F, Lotto, Generali), że trudno wierzyć w przypadek. Tak jak trudno wierzyć, że zapamiętamy go inaczej niż Małysza skoczka. Tego, który nie zdobył nigdy olimpijskiego złota, nigdy nie doczekał się medalu z drużyną, a jednak odchodzi spełniony.

Po latach pewnie trudno będzie wytłumaczyć, kim dla nas był, choć lista jego zwycięstw i wtedy będzie robiła wrażenie. Przyjdą po nim nowi, jak przychodzili po każdym mistrzu. I pewnie jakby Małysz nie nadszedł, to też ktoś by wypełnił tę pustkę. Ale dobrze, że wypadło jednak na niego.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL