Fotografie Tadeusza Różewicza. Poeta nie odchodzi

aktualizacja: 05.03.2017, 06:53

Patrzę na zdjęcia, na których Tadeusz Różewicz odwrócony jest plecami do obiektywu, idzie w drugą stronę, przed siebie, ciągle do przodu. Dokąd?

REDAKCJA POLECA
09.10.2015
Różewicz i cywilizacja śmierci
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

1 Jesienią 2016 r. z okazji 95. rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie otwarto wystawę „Poeta odchodzi". Na znakomicie zaaranżowanej ekspozycji oprócz rękopisów pisarza i dokumentów z jego rodzinnego archiwum, a także licznych artefaktów, takich jak dla przykładu słynny już nożyk profesora Mieczysława Porębskiego opisany w głośnym poemacie z 2001 r. czy kartka „Moja ostatnia wola i prośba" datowana 5 marca 2003 r. w Karpaczu, znalazły się obrazy i rysunki zaprzyjaźnionych z autorem „Niepokoju" malarzy: Tadeusza Brzozowskiego, Jerzego Nowosielskiego, Jerzego Tchórzewskiego, Andrzeja Wróblewskiego oraz Eugeniusza Geta-Stankiewicza; przypominające poniekąd, że pisarz przyjaciół znajdował nie między ludźmi literatury, lecz wśród twórców sztuk plastycznych. A jednak opuszczając kamienice balcerowską i orlemusowską przy Rynku Starego Miasta, w których mieści się Muzeum Literatury, byłem pod wrażeniem nie tyle obrazów wyżej wymienionych mistrzów pędzla i sztalugi i nie tylko manuskryptów najświetniejszych wierszy, dramatów i opowiadań tego pisarza, a także listów do niego i od niego – chociaż oczywiście byłem – ile zgromadzonych tam fotografii z Tadeuszem Różewiczem w roli głównej. Myślę tu przede wszystkim o zdjęciach wykonanych w ostatnich latach życia pisarza przez wybitnych fotografików, takich jak Elżbieta Lempp, Janusz Stankiewicz czy Adam Hawałej.

Tego ostatniego spotkałem zresztą na wernisażu i przy okazji pogratulowałem mu wydanego kilka tygodni wcześniej albumu „Śmietnik" (Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2016). W albumie tym pomieszczono serię kilkudziesięciu zdjęć – wykonanych przez Hawałeja w roku 1989 – dokumentujących zainicjowany przez poetę happening: Tadeusz Różewicz wynosi śmieci. W towarzyszącym zdjęciom szkicu profesor Jacek Łukasiewicz przypomina, jak ważny w twórczości tego autora był motyw śmieci, temat śmietnika, pojawiający się systematycznie i konsekwentnie we wszystkich uprawianych przez pisarza rodzajach literackich i gatunkach. Kilka z tych zdjęć, nie sposób nie wspomnieć, zostało już wcześniej opublikowanych na wyklejkach „Płaskorzeźby"; w ten oto sposób poeta przypominał nam to, co napisał już latem 1983 roku w wierszu „Rocznica", wspominającym Juliana Przybosia i polemizującym z nim:

bliski mojemu sercu

śmietnik wielkomiejski

poeta śmietników jest

bliższy prawdy

niż poeta chmur

śmietniki są pełne życia

niespodzianek

[...]

różanopalca jutrzenka

leży na śmietniku

z twarzą odkształconą

z ustami rozdartymi

miażdżona młotem

szaleńca

2 Wertuję raz jeszcze ostatnie książki Różewicza. Sporo w nich fotografii: twarz poety na czwartej stronie okładki „zawsze fragment. recycling" i poeta stojący przed pomnikiem Jana XXIII na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu. Obydwie fotografie wykonane przez Hawałeja, który przez wiele lat towarzyszył Różewiczowi nie tylko w jego spacerach po Wrocławiu, ale także w wędrówkach po Dolnym Śląsku. Zdjęcia zrobione przez Jerzego Olka znalazły się w wyborze „słowo po słowie" oraz w pierwszym wydaniu bibliofilskiej „Historii pięciu wierszy", w wydaniu drugim zaś zdjęcie wykonane przez Bogusława Michnika – poeta z miotłą w ręce. Uwagę przykuwa także zdjęcie na czwartej stronie okładki zbioru „wyjście", wykonane przez Zbigniewa Kulika: poeta wychodzący albo jednak wchodzący, skoro nad zdjęciem widnieje napis „...i wejście", do domu przy ulicy Januszowickiej, gdzie przez wiele lat mieszkał.

Kulik jest autorem albumu „Tadeusz Różewicz w Karkonoszach" (Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu, Karpacz 2011). Ze zdjęć pomieszczonych w tym wydawnictwie wynika jasno, że poeta miał do niego zaufanie i pozwalał się fotografować nad wyraz często: a to w towarzystwie żony Wiesławy czy Henryka Tomaszewskiego, twórcy Pantomimy Wrocławskiej, a to w Muzeum Zabawek w Karpaczu czy w Domu Gerharta Hauptmanna w Jagniątkowie, a ponadto na cmentarzu przy świątyni Wang, w drodze na Śnieżkę i na Chojnik, nad Małym Stawem, przed schroniskiem „Samotnia". O ile zdjęcia Hawałeja są czarno-białe, zrobione w dość ponurych warunkach atmosferycznych i dzięki temu surowe, a nawet ascetyczne, o tyle fotografie Kulika atakują światłem i kolorami. Hawałej zdjęcia wydane w „Śmietniku" wykonał jednego dnia, najpewniej w ciągu pół godziny, może godziny, Kulik zaś zdjęcia do swojego albumu robił przez kilka lat, w różnych porach roku. Tak czy owak bohaterem zdjęć jednego i drugiego fotografika jest jedna i ta sama osoba, postać, indywidualność.

Indywidualność poety akcentują obydwaj fotograficy. Niemal jednym głosem wspominają (w komentarzach do swoich albumów), że Tadeusz Różewicz nie zawsze pozwalał się fotografować, nie zawsze trzask migawki był mu w smak, bywało, że zasłaniał twarz ręką lub wręcz odwracał się od obiektywu. O jego generalnej „niechęci do fotografii i braku sympatii dla fotografów" napisał Jerzy Olek w „Twórczości" (2014, nr 10) krótko po śmierci pisarza. W ofiarowanych mu notatkach na temat fotografii podzielił się Różewicz kilkoma marzeniami fotoamatora, między innymi takim oto: „Chciałbym ze wszystkich moich fotografii zrobić jedno zdjęcie (z tysiąca portretów – jedną twarz)". Przypominam zatem: w wierszu „Twarz ta sama" (w zbiorze „Regio") pisał: „twarz poety / otwarta pełna ciszy // twarz ta sama / i zupełnie inna", zaś w „zadaniu domowym" (z tomu „zawsze fragment") namawiał młodego poetę, aby opisał swoją twarz i to nie z lustra, lecz z pamięci, bowiem patrząc w lustro, łatwo pomylić prawdę z jej odbiciem:

nie opisuj anioła

opisz człowieka

którego minąłeś wczoraj

opisz swoją twarz

i podziel się ze mną

jej zmiennym wyrazem

Wpatruję się po raz wtóry w te fotografie i dochodzę do wniosku, że Różewicz jest nie tylko ich przedmiotem, ale także podmiotem, to on bowiem wielokrotnie decyduje – świadomie lub nieświadomie, to już inna sprawa – o ich kształcie dokumentacyjnym, o ich artystycznym wyrazie. Z wypowiedzi tych, którzy go fotografowali, wynika niezbicie, że sam aranżował sytuacje, w jakich pozwalał się fotografować, kreował kompozycje poszczególnych ujęć, kadrów. Nie bez przyczyny Jacek Łukasiewicz, interpretując cykl zdjęć Hawałeja, dochodzi do konkluzji, że to teatr jednego aktora, bowiem poeta – który całą sytuację i akcję wymyślił – występuje tu w trzech rolach: autora, reżysera i aktora.

O tym, jak poeta tyleż aktywnie, co przemyślnie uczestniczył w fotografowaniu siebie samego, opowiedział w tym samym co Jerzy Olek numerze „Twórczości" Andrzej Sapija, reżyser dokumentalista, twórca kilku filmów poświęconych pisarzowi, takich jak „Różewicz w teatrze" czy „Różewicz we fragmentach". Robiąc w Sopocie zdjęcia poecie, usłyszał od niego taką oto uwagę: „Wie pan... przykładowo, jak pan teraz robi zdjęcie, to pan ma morze i mnie. Moje plecy... Coraz bardziej zresztą lubię zdjęcia pleców, nie przodu". Podobnych uwag podczas tej sesji było więcej, w końcu pisarz wyznał: „Mój Boże, czemu ja reżyserem nie zostałem...?!".

3 Wyznaniom fotografików przysłuchuję się z taką samą uwagą, z jaką przyglądam się ich zdjęciom, a to z tej prostej przyczyny, że kilka razy i mnie udało się sfotografować Tadeusza Różewicza.

Pierwsze zdjęcie zrobiłem poecie w marcu 2006 roku. Właściwie nie jedno, ale dwa zdjęcia, jedno w poziomie, drugie w pionie. Przywiozłem mu wydany właśnie numer marcowy „Odry", w którym wydrukowano jego wspomnienie o zmarłym pół roku wcześniej Henryku Beresce, tłumaczu, a także wiersz „***" („Dlaczego poeci piją wódkę"). Różewicz „Odrę" obejrzał, ale nie chciał jej zatrzymać, stwierdził, że na pewno redakcja wysłała mu egzemplarz do domu we Wrocławiu, więc ten mogę zabrać ze sobą. Poprosiłem zatem, aby złożył autograf na tej publikacji. Gdy się podpisywał, wykonałem te dwa zdjęcia. Widać na nich, że na biurku stoi butelka piwa. Było tak: gdy umawialiśmy się telefonicznie na mój przyjazd z Warszawy do Konstancina, Różewicz zlecił mi, abym przywiózł mu butelkę piwa; miało to być polskie piwo, Okocim albo Żywiec, no i nie w puszce, lecz w butelce. Kupiłem jednak nie jedną butelkę, ale dwie, na wszelki wypadek, na zapas. Gdy zjawiłem się z nimi w Konstancinie, poeta stanowczo wypomniał mi, że chciał nie dwie butelki, ale jedną, tę drugą więc mam zabrać z powrotem. Taki był!

Tego samego roku, w sierpniu, towarzyszyłem poecie podczas jego wizyty w pracowni Stasysa Eidrigevičiusa przy ulicy Lubelskiej na warszawskiej Pradze. Była ładna słoneczna sobota. U Stasysa zjawiliśmy się w samo południe. Od pierwszej chwili widać było, że poeta i malarz znają się, cenią nawzajem i, co najważniejsze, lubią. Wszak kilka lat temu Stasys przygotował na zamówienie Różewicza rysunek „Spotkanie dziadka z wnuczkiem", opublikowany w tomie „szara strefa". Różewicz był ożywiony, oglądał obrazy i rysunki Stasysa, zajrzał przy okazji do każdego kąta pracowni. Największe zainteresowanie wzbudziły w nim maski Stasysa. Gdy zaproponowałem, że może uwiecznię ich spotkanie na zdjęciu, obydwaj ochoczo się zgodzili. Różewicz był nie tylko ożywiony, ale także rozbawiony, chował się za jedną z masek, potem wyglądał spoza niej. Stasys wyjął wino, a także przywiezione właśnie z Litwy chleb, sery i wędliny. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem poety w tak dobrym humorze.

Kilka dni później Różewicz wracał do Wrocławia. Miałem go odwieźć z Konstancina na lotnisko Okęcie. Gdy przyjechałem do Konstancina, pokazał mi grzyb, jaki znalazł, spacerując po okolicy. Spytał: trujący czy nie? Powiedziałem, że co prawda na grzybach się nie znam, ale ten jest trujący ponad wszelką wątpliwość. Zachęcony tym, że bezkarnie fotografowałem go kilka dni temu, wyjąłem aparat z torby i zacząłem robić następne zdjęcia. Wyszliśmy na werandę. Różewicz trzymał grzyb w dłoni, przyglądał mu się, nadal medytując: trujący czy nie trujący; nagle jednym ruchem wyrzucił go na trawnik. Teraz, przyglądając się tej serii zdjęć, widzę, że jesteśmy na pierwszym piętrze, a nie na parterze, na którym znajduje się pokój numer 12a, w którym poeta zwykle się zatrzymywał. Cóż takiego się stało, że tym razem nie mieszkał w swoim ulubionym pokoju? Kto mu go zajął?

Gdy przyjechał do Konstancina w lutym następnego roku, mieszkał już tak, jak chciał, na parterze. Zabrałem ze sobą wydaną kilka lat „szarą strefę" (z rysunkiem Stasysa) i poprosiłem o autograf. Kiedy wpisywał do książki dedykację, zacząłem bez pytania robić mu zdjęcia, jedno, drugie, trzecie, gdy szykowałem się do czwartego, Mistrz Tadeusz, nie przestając pisać i nie odrywając wzroku od książki, powiedział: „Panie Januszu, a mnie się już wydawało, że my się przyjaźnimy...". Czwartego zdjęcia już nie zrobiłem.

4 Kilka razy towarzyszyłem poecie podczas spotkań w mieszkaniu profesora Ryszarda Przybylskiego przy ulicy Akermańskiej, czyli w słynnej „celi śmierci" opisanej w poemacie „tempus fugit". Wybierając się na jedno z nich, wymyśliłem sobie, że dobrze byłoby sfotografować spotkanie dwu wybitnych indywidualności, wielkich przyjaciół. Wiedziałem jednak, że może mi się to nie udać, gdyż wcześniej (ale także później) raz i drugi poeta, gdy tylko widział, że wyjmuję aparat z torby, powstrzymywał moje fotograficzne zapędy krótkim: „panie Januszu, dzisiaj żadnych zdjęć". Był marzec 2009 roku, podjeżdżamy koło południa na Stegny. Podchodzimy pod dom profesora, jeden z wielu wieżowców w tej dzielnicy (w poemacie jest to „Góra Betonowa"). Wybieramy numer mieszkania na tabliczce domofonu, czekamy. Korzystając z okazji, próbuję sfotografować poetę, jest niechętny, bardzo niechętny, robię trzy zdjęcia, przy tym ostatnim wykonuje gwałtowny gest jakby chciał się zasłonić, a jednocześnie zdzielić mnie w głowę. Jest wyraźnie zniesmaczony moim natarczywym pstrykaniem i zirytowany, co widać na ostatnim zdjęciu z tej serii.

Potem już w mieszkaniu profesora namawiam ich, aby usiedli obok siebie, zrobię im zdjęcie pamiątkowe, bo przecież takie spotkania trzeba uwieczniać na zdjęciach; na wieczną rzeczy pamiątkę. Profesor chce mieć takie zdjęcie, ale poeta nie; mówi, że on ma zbyt dużo zdjęć i dodaje: „niech pan sfotografuje samego Rysia, tak jak siedzi, na tle tych książek". Oczywiście robię to zdjęcie, właściwie dwa zdjęcia portretowe: autor „Baśni zimowej" patrzy prosto w obiektyw, spokojnie, jasno, chyba za chwilę się uśmiechnie.

Dwa razy udało mi się sfotografować Tadeusza Różewicza w tężniach w Konstancinie. Za pierwszym razem w lipcu 2008 roku i jak najbardziej za jego zgodą. Gdy się zorientował, że przyjechałem z Warszawy z aparatem, zaproponował, że przespacerujemy się do tężni i tam będę mógł mu zrobić parę zdjęć, ale takich, jakie on będzie chciał. I faktycznie, kazał mi stanąć z jednej strony ustawionego w tężniach urządzenia, z którego buchała co jakiś czas lecznicza para, i kazał się fotografować przez tę parę właśnie. Potem usiadł na ławce. Przymierzałem się do zrobienia mu portretu, korzystając z teleobiektywu, ale nic z tego, gdy tylko się zorientował, co kombinuję, natychmiast zasłonił twarz dłonią i tylko rzucił w moją stronę: „dość fotografowania na dzisiaj".

W październiku 2012 roku nie miał już sił na długi spacer, więc do tężni podjechaliśmy autem. Była szaro i buro, a na dodatek mglisto i chłodno. Gdy tylko kierowałem aparat w jego stronę, natychmiast się odwracał i odchodził, ale nie przykazał, bym go nie fotografował. Udało mi się zrobić zaledwie trzy fotografie. I to tylko z daleka. Na jednej stoi tyłem do mnie, na drugiej profilem, a na trzeciej spogląda przez ramię w moją stronę i ma taki wyraz twarzy, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie jest pewien, czy go usłyszę, więc nic nie mówi. Za chwilę się odwróci i ruszy przed siebie. A ja oczywiście za nim.

Kiedy już wróciliśmy do domu ZAiKS-u przy Sobieskiego, zaczął mnie – jak kilka razy wcześniej – namawiać, abym przyjechał tu kiedyś na dwa albo jeszcze lepiej na trzy tygodnie; cisza, spokój, będę mógł czytać i pisać. Na co ja, jak zwykle, że gdzie tam, nie dla mnie dom pracy twórczej, ani Konstancin, ani Obory, pisać to ja mogę tylko u siebie w domu, tutaj cały czas bym się zamęczał, że nic nie piszę, że pisanie mi nie idzie, że żadnego na pisanie pomysłu nie mam, zwątpiłbym ostatecznie w swój i tak przecież szczątkowy talent, wpadłbym w czarną dziurę, ogarnęłoby mnie przygnębienie, nie mówiąc o depresji; a wszystko skończyłoby się tym, że dzień w dzień wymykałbym się na piwo do Starej Papierni w Jeziornej. Na co pan Tadeusz – chyba jednak nie rozumiejąc, o czym mówię – że pewnie mam rację, bo tutaj, do domu pracy twórczej młodzi to raczej nie przyjeżdżają, tylko starzy, sami starzy. I po chwili z zawadiackim błyskiem w oku dodał: „A najstarszy między nimi to ja".

5 Patrzę na zdjęcia, na których Tadeusz Różewicz odwrócony jest plecami do obiektywu, idzie w drugą stronę; odchodzi. Tytuł wystawy, od której zacząłem ten tekst, brzmi właśnie „Poeta odchodzi", ale jak słusznie koryguje we wstępie do imponująco wydanego katalogu wystawy Jarosław Klejnocki, dyrektor Muzeum Literatury, „wybitny poeta nie odchodzi nigdy". Poeta na tych zdjęciach nie odchodzi, lecz idzie przed siebie, ciągle do przodu. Dokąd idzie? Może sobie coś przypomniał? I jest jak w jednym z jego ostatnich wierszy „A, zapomniałem...", wydrukowanym w wydanym już po jego śmierci zbiorku „Ostatnia wolność":

patrząc na ogromny platan

na jego zieloną pełną blasku koronę

na pomarańczowy pień

pokryty szarymi plamami

pomyślałem

że trzeba wrócić do domu

i napisać poemat

Po śmierci Tadeusza Różewicz uświadomiłem sobie, że tyle razy spotykałem się z nim, ale nie mam z nim żadnego wspólnego zdjęcia, poza jednym zaledwie, które zrobił mi kolega z „Rzeczpospolitej" – Michał Sadowski, fotoreporter – na chwilę przed rozpoczęciem spotkania promującego pierwszy tom „Utworów zebranych" w Muzeum Literatury w Warszawie, 3 grudnia 2003 roku. Siedzimy tam obok siebie: poeta, Andrzej Adamus – szef Wydawnictwa Dolnośląskiego, i ja. Pan Tadeusz wyraźnie rozbawiony coś nam opowiada, Andrzej słucha go z zaciekawieniem, ja z uśmiechem. Niestety, nie pamiętam, co poeta nam opowiadał. Niewykluczone, że widząc, jak bardzo jestem spięty – w końcu za chwilę miałem wygłosić przed naprawdę tłumnie zgromadzoną elegancką literacką publicznością słowo wstępne o jego twórczości – chciał, abym się rozluźnił, poczuł się swobodniej, więc opowiedział coś, cokolwiek, do śmiechu.

Pamiętam jak dziś, swoje wystąpienie zacząłem od konstatacji: Żyje na uboczu. Nie zależy mu na rozgłosie ani na nagrodach... W tym momencie Pan Tadeusz wszedł mi w słowo: „panie Januszu, jak nie zależy, przecież zależy". Tak, ostatnie słowo należy do poety.

Janusz Drzewucki – poeta, krytyk literacki, w latach 1993–2005 dziennikarz „Rzeczpospolitej", obecnie redaktor działu poezji miesięcznika „Twórczość". W roku 2016 wydał zbiór wierszy „Rzeki Portugalii" oraz książkę szkiców krytycznoliterackich „Środek ciężkości". W kwietniu tego roku nakładem Wrocławskiego Wydawnictwa Warstwy ukaże się w jego opracowaniu tom: Tadeusz Różewicz „Wiersze i poematy z »Twórczości« (1946–2005)".

Magazyn Plus Minus  

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE