Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Fotografie Tadeusza Różewicza. Poeta nie odchodzi

Fotorzepa
Patrzę na zdjęcia, na których Tadeusz Różewicz odwrócony jest plecami do obiektywu, idzie w drugš stronę, przed siebie, cišgle do przodu. Dokšd?

1 Jesieniš 2016 r. z okazji 95. rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie otwarto wystawę „Poeta odchodzi". Na znakomicie zaaranżowanej ekspozycji oprócz rękopisów pisarza i dokumentów z jego rodzinnego archiwum, a także licznych artefaktów, takich jak dla przykładu słynny już nożyk profesora Mieczysława Porębskiego opisany w głoœnym poemacie z 2001 r. czy kartka „Moja ostatnia wola i proœba" datowana 5 marca 2003 r. w Karpaczu, znalazły się obrazy i rysunki zaprzyjaŸnionych z autorem „Niepokoju" malarzy: Tadeusza Brzozowskiego, Jerzego Nowosielskiego, Jerzego Tchórzewskiego, Andrzeja Wróblewskiego oraz Eugeniusza Geta-Stankiewicza; przypominajšce poniekšd, że pisarz przyjaciół znajdował nie między ludŸmi literatury, lecz wœród twórców sztuk plastycznych. A jednak opuszczajšc kamienice balcerowskš i orlemusowskš przy Rynku Starego Miasta, w których mieœci się Muzeum Literatury, byłem pod wrażeniem nie tyle obrazów wyżej wymienionych mistrzów pędzla i sztalugi i nie tylko manuskryptów najœwietniejszych wierszy, dramatów i opowiadań tego pisarza, a także listów do niego i od niego – chociaż oczywiœcie byłem – ile zgromadzonych tam fotografii z Tadeuszem Różewiczem w roli głównej. Myœlę tu przede wszystkim o zdjęciach wykonanych w ostatnich latach życia pisarza przez wybitnych fotografików, takich jak Elżbieta Lempp, Janusz Stankiewicz czy Adam Hawałej.

Tego ostatniego spotkałem zresztš na wernisażu i przy okazji pogratulowałem mu wydanego kilka tygodni wczeœniej albumu „Œmietnik" (Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2016). W albumie tym pomieszczono serię kilkudziesięciu zdjęć – wykonanych przez Hawałeja w roku 1989 – dokumentujšcych zainicjowany przez poetę happening: Tadeusz Różewicz wynosi œmieci. W towarzyszšcym zdjęciom szkicu profesor Jacek Łukasiewicz przypomina, jak ważny w twórczoœci tego autora był motyw œmieci, temat œmietnika, pojawiajšcy się systematycznie i konsekwentnie we wszystkich uprawianych przez pisarza rodzajach literackich i gatunkach. Kilka z tych zdjęć, nie sposób nie wspomnieć, zostało już wczeœniej opublikowanych na wyklejkach „PłaskorzeŸby"; w ten oto sposób poeta przypominał nam to, co napisał już latem 1983 roku w wierszu „Rocznica", wspominajšcym Juliana Przybosia i polemizujšcym z nim:

bliski mojemu sercu

œmietnik wielkomiejski

poeta œmietników jest

bliższy prawdy

niż poeta chmur

œmietniki sš pełne życia

niespodzianek

[...]

różanopalca jutrzenka

leży na œmietniku

z twarzš odkształconš

z ustami rozdartymi

miażdżona młotem

szaleńca

2 Wertuję raz jeszcze ostatnie ksišżki Różewicza. Sporo w nich fotografii: twarz poety na czwartej stronie okładki „zawsze fragment. recycling" i poeta stojšcy przed pomnikiem Jana XXIII na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu. Obydwie fotografie wykonane przez Hawałeja, który przez wiele lat towarzyszył Różewiczowi nie tylko w jego spacerach po Wrocławiu, ale także w wędrówkach po Dolnym Œlšsku. Zdjęcia zrobione przez Jerzego Olka znalazły się w wyborze „słowo po słowie" oraz w pierwszym wydaniu bibliofilskiej „Historii pięciu wierszy", w wydaniu drugim zaœ zdjęcie wykonane przez Bogusława Michnika – poeta z miotłš w ręce. Uwagę przykuwa także zdjęcie na czwartej stronie okładki zbioru „wyjœcie", wykonane przez Zbigniewa Kulika: poeta wychodzšcy albo jednak wchodzšcy, skoro nad zdjęciem widnieje napis „...i wejœcie", do domu przy ulicy Januszowickiej, gdzie przez wiele lat mieszkał.

Kulik jest autorem albumu „Tadeusz Różewicz w Karkonoszach" (Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu, Karpacz 2011). Ze zdjęć pomieszczonych w tym wydawnictwie wynika jasno, że poeta miał do niego zaufanie i pozwalał się fotografować nad wyraz często: a to w towarzystwie żony Wiesławy czy Henryka Tomaszewskiego, twórcy Pantomimy Wrocławskiej, a to w Muzeum Zabawek w Karpaczu czy w Domu Gerharta Hauptmanna w Jagništkowie, a ponadto na cmentarzu przy œwištyni Wang, w drodze na Œnieżkę i na Chojnik, nad Małym Stawem, przed schroniskiem „Samotnia". O ile zdjęcia Hawałeja sš czarno-białe, zrobione w doœć ponurych warunkach atmosferycznych i dzięki temu surowe, a nawet ascetyczne, o tyle fotografie Kulika atakujš œwiatłem i kolorami. Hawałej zdjęcia wydane w „Œmietniku" wykonał jednego dnia, najpewniej w cišgu pół godziny, może godziny, Kulik zaœ zdjęcia do swojego albumu robił przez kilka lat, w różnych porach roku. Tak czy owak bohaterem zdjęć jednego i drugiego fotografika jest jedna i ta sama osoba, postać, indywidualnoœć.

Indywidualnoœć poety akcentujš obydwaj fotograficy. Niemal jednym głosem wspominajš (w komentarzach do swoich albumów), że Tadeusz Różewicz nie zawsze pozwalał się fotografować, nie zawsze trzask migawki był mu w smak, bywało, że zasłaniał twarz rękš lub wręcz odwracał się od obiektywu. O jego generalnej „niechęci do fotografii i braku sympatii dla fotografów" napisał Jerzy Olek w „Twórczoœci" (2014, nr 10) krótko po œmierci pisarza. W ofiarowanych mu notatkach na temat fotografii podzielił się Różewicz kilkoma marzeniami fotoamatora, między innymi takim oto: „Chciałbym ze wszystkich moich fotografii zrobić jedno zdjęcie (z tysišca portretów – jednš twarz)". Przypominam zatem: w wierszu „Twarz ta sama" (w zbiorze „Regio") pisał: „twarz poety / otwarta pełna ciszy // twarz ta sama / i zupełnie inna", zaœ w „zadaniu domowym" (z tomu „zawsze fragment") namawiał młodego poetę, aby opisał swojš twarz i to nie z lustra, lecz z pamięci, bowiem patrzšc w lustro, łatwo pomylić prawdę z jej odbiciem:

nie opisuj anioła

opisz człowieka

którego minšłeœ wczoraj

opisz swojš twarz

i podziel się ze mnš

jej zmiennym wyrazem

Wpatruję się po raz wtóry w te fotografie i dochodzę do wniosku, że Różewicz jest nie tylko ich przedmiotem, ale także podmiotem, to on bowiem wielokrotnie decyduje – œwiadomie lub nieœwiadomie, to już inna sprawa – o ich kształcie dokumentacyjnym, o ich artystycznym wyrazie. Z wypowiedzi tych, którzy go fotografowali, wynika niezbicie, że sam aranżował sytuacje, w jakich pozwalał się fotografować, kreował kompozycje poszczególnych ujęć, kadrów. Nie bez przyczyny Jacek Łukasiewicz, interpretujšc cykl zdjęć Hawałeja, dochodzi do konkluzji, że to teatr jednego aktora, bowiem poeta – który całš sytuację i akcję wymyœlił – występuje tu w trzech rolach: autora, reżysera i aktora.

O tym, jak poeta tyleż aktywnie, co przemyœlnie uczestniczył w fotografowaniu siebie samego, opowiedział w tym samym co Jerzy Olek numerze „Twórczoœci" Andrzej Sapija, reżyser dokumentalista, twórca kilku filmów poœwięconych pisarzowi, takich jak „Różewicz w teatrze" czy „Różewicz we fragmentach". Robišc w Sopocie zdjęcia poecie, usłyszał od niego takš oto uwagę: „Wie pan... przykładowo, jak pan teraz robi zdjęcie, to pan ma morze i mnie. Moje plecy... Coraz bardziej zresztš lubię zdjęcia pleców, nie przodu". Podobnych uwag podczas tej sesji było więcej, w końcu pisarz wyznał: „Mój Boże, czemu ja reżyserem nie zostałem...?!".

3 Wyznaniom fotografików przysłuchuję się z takš samš uwagš, z jakš przyglšdam się ich zdjęciom, a to z tej prostej przyczyny, że kilka razy i mnie udało się sfotografować Tadeusza Różewicza.

Pierwsze zdjęcie zrobiłem poecie w marcu 2006 roku. Właœciwie nie jedno, ale dwa zdjęcia, jedno w poziomie, drugie w pionie. Przywiozłem mu wydany właœnie numer marcowy „Odry", w którym wydrukowano jego wspomnienie o zmarłym pół roku wczeœniej Henryku Beresce, tłumaczu, a także wiersz „***" („Dlaczego poeci pijš wódkę"). Różewicz „Odrę" obejrzał, ale nie chciał jej zatrzymać, stwierdził, że na pewno redakcja wysłała mu egzemplarz do domu we Wrocławiu, więc ten mogę zabrać ze sobš. Poprosiłem zatem, aby złożył autograf na tej publikacji. Gdy się podpisywał, wykonałem te dwa zdjęcia. Widać na nich, że na biurku stoi butelka piwa. Było tak: gdy umawialiœmy się telefonicznie na mój przyjazd z Warszawy do Konstancina, Różewicz zlecił mi, abym przywiózł mu butelkę piwa; miało to być polskie piwo, Okocim albo Żywiec, no i nie w puszce, lecz w butelce. Kupiłem jednak nie jednš butelkę, ale dwie, na wszelki wypadek, na zapas. Gdy zjawiłem się z nimi w Konstancinie, poeta stanowczo wypomniał mi, że chciał nie dwie butelki, ale jednš, tę drugš więc mam zabrać z powrotem. Taki był!

Tego samego roku, w sierpniu, towarzyszyłem poecie podczas jego wizyty w pracowni Stasysa Eidrigevičiusa przy ulicy Lubelskiej na warszawskiej Pradze. Była ładna słoneczna sobota. U Stasysa zjawiliœmy się w samo południe. Od pierwszej chwili widać było, że poeta i malarz znajš się, ceniš nawzajem i, co najważniejsze, lubiš. Wszak kilka lat temu Stasys przygotował na zamówienie Różewicza rysunek „Spotkanie dziadka z wnuczkiem", opublikowany w tomie „szara strefa". Różewicz był ożywiony, oglšdał obrazy i rysunki Stasysa, zajrzał przy okazji do każdego kšta pracowni. Największe zainteresowanie wzbudziły w nim maski Stasysa. Gdy zaproponowałem, że może uwiecznię ich spotkanie na zdjęciu, obydwaj ochoczo się zgodzili. Różewicz był nie tylko ożywiony, ale także rozbawiony, chował się za jednš z masek, potem wyglšdał spoza niej. Stasys wyjšł wino, a także przywiezione właœnie z Litwy chleb, sery i wędliny. Chyba nigdy wczeœniej nie widziałem poety w tak dobrym humorze.

Kilka dni póŸniej Różewicz wracał do Wrocławia. Miałem go odwieŸć z Konstancina na lotnisko Okęcie. Gdy przyjechałem do Konstancina, pokazał mi grzyb, jaki znalazł, spacerujšc po okolicy. Spytał: trujšcy czy nie? Powiedziałem, że co prawda na grzybach się nie znam, ale ten jest trujšcy ponad wszelkš wštpliwoœć. Zachęcony tym, że bezkarnie fotografowałem go kilka dni temu, wyjšłem aparat z torby i zaczšłem robić następne zdjęcia. Wyszliœmy na werandę. Różewicz trzymał grzyb w dłoni, przyglšdał mu się, nadal medytujšc: trujšcy czy nie trujšcy; nagle jednym ruchem wyrzucił go na trawnik. Teraz, przyglšdajšc się tej serii zdjęć, widzę, że jesteœmy na pierwszym piętrze, a nie na parterze, na którym znajduje się pokój numer 12a, w którym poeta zwykle się zatrzymywał. Cóż takiego się stało, że tym razem nie mieszkał w swoim ulubionym pokoju? Kto mu go zajšł?

Gdy przyjechał do Konstancina w lutym następnego roku, mieszkał już tak, jak chciał, na parterze. Zabrałem ze sobš wydanš kilka lat „szarš strefę" (z rysunkiem Stasysa) i poprosiłem o autograf. Kiedy wpisywał do ksišżki dedykację, zaczšłem bez pytania robić mu zdjęcia, jedno, drugie, trzecie, gdy szykowałem się do czwartego, Mistrz Tadeusz, nie przestajšc pisać i nie odrywajšc wzroku od ksišżki, powiedział: „Panie Januszu, a mnie się już wydawało, że my się przyjaŸnimy...". Czwartego zdjęcia już nie zrobiłem.

4 Kilka razy towarzyszyłem poecie podczas spotkań w mieszkaniu profesora Ryszarda Przybylskiego przy ulicy Akermańskiej, czyli w słynnej „celi œmierci" opisanej w poemacie „tempus fugit". Wybierajšc się na jedno z nich, wymyœliłem sobie, że dobrze byłoby sfotografować spotkanie dwu wybitnych indywidualnoœci, wielkich przyjaciół. Wiedziałem jednak, że może mi się to nie udać, gdyż wczeœniej (ale także póŸniej) raz i drugi poeta, gdy tylko widział, że wyjmuję aparat z torby, powstrzymywał moje fotograficzne zapędy krótkim: „panie Januszu, dzisiaj żadnych zdjęć". Był marzec 2009 roku, podjeżdżamy koło południa na Stegny. Podchodzimy pod dom profesora, jeden z wielu wieżowców w tej dzielnicy (w poemacie jest to „Góra Betonowa"). Wybieramy numer mieszkania na tabliczce domofonu, czekamy. Korzystajšc z okazji, próbuję sfotografować poetę, jest niechętny, bardzo niechętny, robię trzy zdjęcia, przy tym ostatnim wykonuje gwałtowny gest jakby chciał się zasłonić, a jednoczeœnie zdzielić mnie w głowę. Jest wyraŸnie zniesmaczony moim natarczywym pstrykaniem i zirytowany, co widać na ostatnim zdjęciu z tej serii.

Potem już w mieszkaniu profesora namawiam ich, aby usiedli obok siebie, zrobię im zdjęcie pamištkowe, bo przecież takie spotkania trzeba uwieczniać na zdjęciach; na wiecznš rzeczy pamištkę. Profesor chce mieć takie zdjęcie, ale poeta nie; mówi, że on ma zbyt dużo zdjęć i dodaje: „niech pan sfotografuje samego Rysia, tak jak siedzi, na tle tych ksišżek". Oczywiœcie robię to zdjęcie, właœciwie dwa zdjęcia portretowe: autor „Baœni zimowej" patrzy prosto w obiektyw, spokojnie, jasno, chyba za chwilę się uœmiechnie.

Dwa razy udało mi się sfotografować Tadeusza Różewicza w tężniach w Konstancinie. Za pierwszym razem w lipcu 2008 roku i jak najbardziej za jego zgodš. Gdy się zorientował, że przyjechałem z Warszawy z aparatem, zaproponował, że przespacerujemy się do tężni i tam będę mógł mu zrobić parę zdjęć, ale takich, jakie on będzie chciał. I faktycznie, kazał mi stanšć z jednej strony ustawionego w tężniach urzšdzenia, z którego buchała co jakiœ czas lecznicza para, i kazał się fotografować przez tę parę właœnie. Potem usiadł na ławce. Przymierzałem się do zrobienia mu portretu, korzystajšc z teleobiektywu, ale nic z tego, gdy tylko się zorientował, co kombinuję, natychmiast zasłonił twarz dłoniš i tylko rzucił w mojš stronę: „doœć fotografowania na dzisiaj".

W paŸdzierniku 2012 roku nie miał już sił na długi spacer, więc do tężni podjechaliœmy autem. Była szaro i buro, a na dodatek mglisto i chłodno. Gdy tylko kierowałem aparat w jego stronę, natychmiast się odwracał i odchodził, ale nie przykazał, bym go nie fotografował. Udało mi się zrobić zaledwie trzy fotografie. I to tylko z daleka. Na jednej stoi tyłem do mnie, na drugiej profilem, a na trzeciej spoglšda przez ramię w mojš stronę i ma taki wyraz twarzy, jakby chciał coœ powiedzieć, ale nie jest pewien, czy go usłyszę, więc nic nie mówi. Za chwilę się odwróci i ruszy przed siebie. A ja oczywiœcie za nim.

Kiedy już wróciliœmy do domu ZAiKS-u przy Sobieskiego, zaczšł mnie – jak kilka razy wczeœniej – namawiać, abym przyjechał tu kiedyœ na dwa albo jeszcze lepiej na trzy tygodnie; cisza, spokój, będę mógł czytać i pisać. Na co ja, jak zwykle, że gdzie tam, nie dla mnie dom pracy twórczej, ani Konstancin, ani Obory, pisać to ja mogę tylko u siebie w domu, tutaj cały czas bym się zamęczał, że nic nie piszę, że pisanie mi nie idzie, że żadnego na pisanie pomysłu nie mam, zwštpiłbym ostatecznie w swój i tak przecież szczštkowy talent, wpadłbym w czarnš dziurę, ogarnęłoby mnie przygnębienie, nie mówišc o depresji; a wszystko skończyłoby się tym, że dzień w dzień wymykałbym się na piwo do Starej Papierni w Jeziornej. Na co pan Tadeusz – chyba jednak nie rozumiejšc, o czym mówię – że pewnie mam rację, bo tutaj, do domu pracy twórczej młodzi to raczej nie przyjeżdżajš, tylko starzy, sami starzy. I po chwili z zawadiackim błyskiem w oku dodał: „A najstarszy między nimi to ja".

5 Patrzę na zdjęcia, na których Tadeusz Różewicz odwrócony jest plecami do obiektywu, idzie w drugš stronę; odchodzi. Tytuł wystawy, od której zaczšłem ten tekst, brzmi właœnie „Poeta odchodzi", ale jak słusznie koryguje we wstępie do imponujšco wydanego katalogu wystawy Jarosław Klejnocki, dyrektor Muzeum Literatury, „wybitny poeta nie odchodzi nigdy". Poeta na tych zdjęciach nie odchodzi, lecz idzie przed siebie, cišgle do przodu. Dokšd idzie? Może sobie coœ przypomniał? I jest jak w jednym z jego ostatnich wierszy „A, zapomniałem...", wydrukowanym w wydanym już po jego œmierci zbiorku „Ostatnia wolnoœć":

patrzšc na ogromny platan

na jego zielonš pełnš blasku koronę

na pomarańczowy pień

pokryty szarymi plamami

pomyœlałem

że trzeba wrócić do domu

i napisać poemat

Po œmierci Tadeusza Różewicz uœwiadomiłem sobie, że tyle razy spotykałem się z nim, ale nie mam z nim żadnego wspólnego zdjęcia, poza jednym zaledwie, które zrobił mi kolega z „Rzeczpospolitej" – Michał Sadowski, fotoreporter – na chwilę przed rozpoczęciem spotkania promujšcego pierwszy tom „Utworów zebranych" w Muzeum Literatury w Warszawie, 3 grudnia 2003 roku. Siedzimy tam obok siebie: poeta, Andrzej Adamus – szef Wydawnictwa Dolnoœlšskiego, i ja. Pan Tadeusz wyraŸnie rozbawiony coœ nam opowiada, Andrzej słucha go z zaciekawieniem, ja z uœmiechem. Niestety, nie pamiętam, co poeta nam opowiadał. Niewykluczone, że widzšc, jak bardzo jestem spięty – w końcu za chwilę miałem wygłosić przed naprawdę tłumnie zgromadzonš eleganckš literackš publicznoœciš słowo wstępne o jego twórczoœci – chciał, abym się rozluŸnił, poczuł się swobodniej, więc opowiedział coœ, cokolwiek, do œmiechu.

Pamiętam jak dziœ, swoje wystšpienie zaczšłem od konstatacji: Żyje na uboczu. Nie zależy mu na rozgłosie ani na nagrodach... W tym momencie Pan Tadeusz wszedł mi w słowo: „panie Januszu, jak nie zależy, przecież zależy". Tak, ostatnie słowo należy do poety.

Janusz Drzewucki – poeta, krytyk literacki, w latach 1993–2005 dziennikarz „Rzeczpospolitej", obecnie redaktor działu poezji miesięcznika „Twórczoœć". W roku 2016 wydał zbiór wierszy „Rzeki Portugalii" oraz ksišżkę szkiców krytycznoliterackich „Œrodek ciężkoœci". W kwietniu tego roku nakładem Wrocławskiego Wydawnictwa Warstwy ukaże się w jego opracowaniu tom: Tadeusz Różewicz „Wiersze i poematy z ťTwórczoœciŤ (1946–2005)".

Magazyn Plus Minus  

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL