Dariusz Żuk: Przyszłością biznesu jest start-up

aktualizacja: 04.02.2017, 16:26
Dariusz Żuk, przedsiębiorca
Dariusz Żuk, przedsiębiorca
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Dzisiejszy model kapitalizmu się kończy. Upadną korporacje, gdzie rządzi kilku menedżerów, którzy nie mają pojęcia, co dzieje się w firmie. Wierzę w samozarządzające się organizacje podzielone na małe zespoły. W taki system, gdzie mamy zaufanie do ludzi, którzy robią to, co kochają. Tacy pracują, bo chcą, a nie bo muszą.

REDAKCJA POLECA
03.02.2017
Czy będziemy pili piwo z Księżyca?
01.02.2017
Zachęcą graczy do nauki kodowania
01.02.2017
Najlepszy przyjaciel inwestora
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Plus Minus: Jak będzie wyglądał biznes przyszłości?

Dariusz Żuk, przedsiębiorca: Na pewno nie będzie korporacji, pozostaną jedynie pewne huby kompetencji, jak Coca-Cola, Nike, Burberry. Natomiast będą one otoczone setkami, tysiącami start-upów.

Huby kompetencji?

To będzie marka i stojący za nią kapitał, ale nie będzie to firma w modelu, jaki dziś znamy, a raczej pewna platforma do współpracy z innymi firmami. Dobrym przykładem jest Apple i ich sklep App Store. Ten model sprawdza się już dziś, choć Apple wypracował go trochę przez przypadek. W każdym razie zatrudnia mniej ludzi niż niektóre polskie firmy państwowe, choć działa w ogromnej, globalnej skali. Za to otacza się tysiącami start-upów. W App Store większość projektów przygotowują firmy, które pracują tylko dla nich.

I to właśnie znaczy start-up: mała firma, która wykonuje zlecenia dla korporacji?

Start-up to robienie tego, co nas w życiu kręci. Problem w tym, że system edukacji nie uczy nas, byśmy robili to, do czego naprawdę mamy talent i co sprawia nam frajdę. Młodzież już w szkole średniej powinna wiedzieć, co chce robić w życiu. Ale takich ludzi w Polsce jest pewnie z promil.

Rozmawiamy o firmach. Start-up to firma. Zwykła, mała firma, która nie ma własnego kapitału.

Tak, to firma, ale oparta na właścicielu i na tym, co go kręci. Na pierwszym miejscu jest pasja. Oczywiście, definicja unijna mówi, że to może być każda firma do trzech lat... i tak dalej. Ale moim zdaniem tu chodzi o coś więcej. To będzie przyszłość biznesu i o to walczymy.

Czyli o co?

By ludzie szli za pasją i marzeniami, a nie do korporacji. Od początku, tworząc Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości, czuliśmy, że najlepszą drogą dla młodych ludzi jest założenie własnej firmy. Bo to nie powinno wyglądać tak, że osiem godzin męczymy się w pracy, a dopiero po godzinie 17 zaczynamy prawdziwe życie. Lepiej robić coś, w czym się spełniamy, do czego mamy jakiś talent, pasję, i najważniejsze – co daje światu jakąś wartość.

I tak będzie wyglądał świat przyszłości?

Jeżeli ludzie będą mieli taką alternatywę, to nie będą chcieli pracować w „korpo". Duże firmy będą musiały się do tego świata dostosować albo znikną.

Chyba ostatnio trochę się dostosowują. Siedziby największych korporacji wyglądają jeszcze lepiej niż pana nowoczesne biura dla start-upów.

Tylko że korporacje nie są w tym szczere. Myślą, że wystarczy ciekawie urządzić biuro i dać młodym ludziom jakąś „przestrzeń do kreatywności". Tyle że dalej chcą jedynie narzucać im cele i zadania...

Po kolei. W biznesie ma nie być celów i zadań?

A po co? Jeżeli mamy pasję, to robimy coś najlepiej, jak tylko potrafimy. Bo robimy to dla siebie. Cel jedynie nas ogranicza. Wszelkie założenia to narzucanie sobie jakiegoś sufitu. A cała frajda zaczyna się właśnie powyżej tego sufitu! Życie powinno polegać na robieniu rzeczy niesamowitych, wykraczających poza utarte schematy. W korporacji też czasem jest na to szansa, ale założenia są jednak zupełnie inne. A dlaczego szef ma wiedzieć, jaki cel będzie dla nas najlepszy? Dlaczego nie mamy wszystkich zaskoczyć? Przecież nie wpadniemy na żaden błyskotliwy pomysł, jeżeli będziemy jedynie realizować zadania, cele, zadania i cele... To zabija kreatywność!

Proponuje pan zastąpić zarządzanie anarchią?

Wierzę w samozarządzające się organizacje podzielone na małe zespoły. Już zresztą są na świecie takie firmy, w których nawet nie ma budżetów, a ludzie wydają środki, jak chcą i na co chcą, o ile poradzą się wcześniej w tej kwestii dwóch innych osób w firmie. Wierzę w taki model, gdzie mamy zaufanie do ludzi, którzy robią to, co kochają. Tacy pracują, bo chcą, a nie bo muszą.

Piękna utopia – kapitalistyczny komunizm...

(Śmiech) Może z dzisiejszej perspektywy to brzmi jak utopia, ale to jedyny sensowny kierunek rozwoju. Dzisiejszy model kapitalizmu się kończy. Upadną korporacje, gdzie rządzi kilku menedżerów, którzy nie mają pojęcia, co dzieje się w firmie, którzy nie wiedzą, jakie są potrzeby ich klientów. A jaka jest rola biznesu?

Zarabianie pieniędzy.

Nie, biznes ma rozwiązywać problemy ludzi. Pieniądze jedynie służą biznesowi, by jak najlepiej te potrzeby zaspokajał.

No dobrze, to kto powinien wyznaczać firmie cele?

Właściciel, który ma wizję. Pieniądze są jedynie jak tlen w procesie fotosyntezy – są efektem ubocznym i chociaż dają żyć, nie są istotą naszej przedsiębiorczości.

I zaraz pewnie pan powie, że nie robi tego dla pieniędzy...

I powiem to z pełnym przekonaniem! Chciałbym coś zmienić na tym świecie, zrealizować moją wizję świata startupowego. Wierzę w to, że jeśli tylko robimy coś z pasją, dobrze i porządnie, to pieniądze same przychodzą. One muszą być, ale służą realizacji celu, a nie są celem samym w sobie. Po prostu bez nich siedziałbym teraz gdzieś w garażu i pewnie byśmy nie rozmawiali.

A gdyby chodziło panu tylko o pieniądze?

Jeśli nie miałbym wizji, to zastałby pan tu model znany z korporacji: tabelki, koszty, przychody, wyniki. Cały czas patrzylibyśmy tylko w liczby i napędzalibyśmy zysk. Ale gdy zaczynamy myśleć jedynie w tych kategoriach, gubimy potrzeby ludzi. To przerażające, ale tak działają niektóre firmy np. farmaceutyczne. Patrzą tylko na to, co im się opłaca, więc często niszczą leki, które mogłyby wyleczyć ludzi. Skoro na chorobie zarabiają miliardy dolarów, to nie są zainteresowane tym, by tej choroby się pozbyć.

Spisując rozmowę, przetłumaczę pana odpowiedzi na język polski, ale warto, by czytelnik wiedział, że z pana ust padły już takie słowa jak: team, cashować, killować, case... To korpomowa!

Dla mnie to nie jest korpomowa. Musimy pamiętać, że efektywność jest bardzo ważna również w start-upie. Poza tym nie chcę mówić, że wszystko i we wszystkich korporacjach jest złe. Są korporacje, które dają nam świetne rozwiązania i cały czas mają w swoim DNA odpowiadanie na potrzeby ludzi. Poznałem takie, ale niestety, wciąż to są wyjątki potwierdzające regułę. Myślę, że wiele z tych wielkich firm, które są już postrzegane jako korporacje, dalej jest start-upami, czyli mają właściciela, wizję i chcą rozwiązywać problemy. Np. Tesla Elona Muska.

A kiedy zaczyna się korpo?

Gdy nie ma właściciela, a jedynie dwa tysiące udziałowców. Nie liczy się wielkość firmy, bo zawsze można podzielić ją na małe zespoły. Liczy się wizja i misja, które jednak nie mogą być jedynie kartką na ścianie. Ważne, by był właściciel, ktoś, kto narzuca firmie swoją wizję, kto pcha do przodu nie tylko swój biznes, ale w ogóle świat.

I zmienia ten świat na lepsze, tak?

Pan się nabija... Może to rzeczywiście wyświechtane frazesy, ale tak jest – biznes ma zmieniać świat na lepsze. Niektóre korporacje poszły jedynie w zarabianie pieniędzy i na tym przegrają. Zgubi je zachłanność.

„Zaburzenie modelu własnościowego" – często powtarzają to ekonomiści.

Tak, to podstawowy problem dzisiejszego biznesu. Dla rozdrobnionych akcjonariuszy nie może być innego celu niż coraz większy zysk, ciągłe powiększanie wartości firmy. Dlatego wyniki sprawdza się co kwartał i dlatego te firmy są tak bardzo oderwane od rzeczywistości.

Wielu młodych biznesmenów powtarza, że najwięcej nauczyli się podczas kilku lat pracy w korpo. Pan za to mówi ludziom, by rzucili studia i założyli od razu własny biznes. Nie wierzy pan, że w korpo czegokolwiek można się nauczyć?

Oczywiście, że wierzę. Można pójść na dwa lata do korporacji i na pewno czegoś nas to nauczy, tylko że później trudno z niej odejść. Tu jest problem. Myśli pan, że nie znam takich, którzy szli do korpo „tylko na dwa lata"? Rodzi się dziecko, skacze rata kredytu za mieszkanie i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy założenie własnej firmy to na pewno dobry pomysł... A potem nagle cztery dychy na karku i nie chce już się niczego nowego zaczynać.

Nie traktuje pan jednak korporacji jak wroga. To u nich szuka pan kapitału dla start-upów i ogólnie dużo pan z nimi współpracuje, prawda?

Chce je zmieniać od środka (śmiech). Moim marzeniem jest, by świat jak najszybciej obrał trzecią drogę, czyli by biznes połączył model korporacji i typowego start-upu. Nie ukrywam, że chcę tego doczekać, a nawet że chciałbym mieć poczucie, że to po części dzięki mnie. Tak, chcę mieć swój wkład w zmianę modelu prowadzenia biznesu.

Często nazywają pana królem start-upów lub społecznym ministrem przedsiębiorczości. Które określenie pan woli?

Szczerze? Żadne mi się nie podoba. Nie lubię jak ktoś szuka na siłę jakiegoś tytułu dla mnie. Tytuły są strasznie korporacyjne. Unikam tego, nie chcę nawet być nazywany prezesem.

Żartuje pan? Gdy powiedziałem pana asystentce, że jestem umówiony z panem dyrektorem, to w mig mnie poprawiła, że chyba z prezesem...

Tak?! (Śmiech) Może poprawiła pana z dobrej woli, by pan wiedział, jak jest w papierach, ale tu w teamie jesteśmy wszyscy na ty, nikt do mnie nie mówi per panie prezesie. Tytuły w biznesie to przeżytek.

Ostrzegam, że po tak górnolotnych tyradach część czytelników sobie pomyśli: Ale pozer...

Liczyłem, że to pan tak powie i że trochę o tym podyskutujemy.

Dobrze, nie chcę pana zawieść, powiem: sprzedaje pan bajki.

Tylko że te bajki potwierdzone są faktami. Przez 12 lat w inkubatorach mieliśmy 12 tys. projektów. W Business Linku dzisiaj mamy ponad tysiąc firm. Dużo się mówi o naszych najgłośniejszych projektach, ale proszę spojrzeć na te mniej znane. Prosta rzecz: dziewczyny robią czapki. Ręcznie szyte czapki. Tyle że szyją je panie w domach seniora oraz pomocy społecznej, a na każdej czapce jest zdjęcie pani, która ją uszyła. Czapki sprzedają się już w tysiącach sztuk. Panie otrzymują za nie konkretne pieniądze, ale co ważniejsze, czują się dzięki temu potrzebne. Dziewczyny, które założyły tę firmę, też nieźle zarabiają. Ale one przede wszystkim mają ideę – chcą pomagać.

Spokojnie, przyjdzie korporacja, zobaczy, że to świetny biznes i wykupi dziewczyny. Nie tak dziś kończą start-upy?

Przekonuję korporacje, że największym błędem, jaki mogą zrobić, to wykupić start-up. On potrzebuje ich kapitału i rynku, ale wystarczy, że w niego zainwestują. Nie muszą go od razu przerabiać na korporacyjny model. Proponuję: wykupcie sobie 30 proc. udziału, ale dajcie im szansę na rozwijanie się po swojemu.

Ucieka pan od tematu...

Wracamy do pozerstwa?

Nie, do tego, czym naprawdę jest start-up, czyli co pan tak właściwie robi. Daje pan młodym przedsiębiorcom możliwość funkcjonowania bez formalnego zakładania firmy i płacenia podatków?

Jak już, to niektórych podatków. Ale tak, na tym w skrócie polegają Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości. Pokazujemy, że rozpoczęcie własnej działalności nie musi być niczym trudnym. Nie potrzebny jest tu im żaden własny prawnik lub księgowa, nie muszą płacić początkowo na ZUS, gdy nie mają żadnych przychodów.

Czyli de facto są tylko zespołami w pana dużej firmie.

W fundacji, w której każdy ma swoje subkonto. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce trzeba płacić składki nawet wtedy, gdy jeszcze się nie zarabia. U nas nie trzeba. A Business Link, nasza druga inicjatywa, to miejsce dla firm już zarejestrowanych, będących na dalszym etapie. Tu dajemy przedsiębiorcom biuro, miejsce dla większego zespołu, szybki internet i kawę, bo przyjmują przecież klientów. No i sale spotkań. Zdejmujemy tym samym im z głowy sprawy, którymi nie powinni się z początku przejmować, by mogli się jak najszybciej rozwijać.

A wszystko w co-worku, czyli przestrzeni wspólnej, gdzie firmy wynajmują jedynie biurka. Albo w „eleganckim koncepcie biur coworkingowych typu boutique".

Nie wszystkie firmy chcą siedzieć w pełnym co-worku, więc wydzieliliśmy im też jakby normalne biura w dużej przestrzeni wspólnej. Wszystko z myślą, że dla wielu z tych ludzi to będzie nawet nie drugi dom, ale często pierwszy.

To brzmi przerażająco.

Nie, dlaczego? Jeżeli tutaj mamy przyjaciół, robimy fajne rzeczy, to co w tym złego, że będziemy tu spędzać dużo czasu? Niech pan nie myśli utartymi schematami, że praca to męczarnia, a prawdziwe życie jest poza biurem. Do nas ludzie przychodzą raczej z przyjemnością, nikt im nie każe. Większość z nich naprawdę nie musi tu siedzieć osiem godzin, nie musi być punkt 9 rano. Przychodzą, kiedy chcą, wychodzą na kawę, lunch, ale w końcu wracają, bo tu mają taką centralę życia.

No tak. I są szczęśliwi i uśmiechnięci. Brakuje wam jedynie zjeżdżalni między piętrami...

Można zjeżdżać na poręczy (śmiech). Niech pan wpadnie tu na cały dzień, popatrzy. Ostatnio ktoś cały dzień grał sobie na gitarze. Latem był gość, który przychodził do biura w kapciach. Mówił, że z domu ma blisko do metra, a tu też mamy stację pod samym wejściem do Zebra Tower, więc nawet butów nie chciało mu się zakładać. Nikt mu tego nie zabrania, to jego sprawa.

Czemu firma ma nie wynająć sobie biura w normalnym biurowcu?

Całe piętro i na pięć lat? W takich budynkach nie ma możliwości, by wynająć małe biuro za 2–3 tysiące złotych. Wcześniej uważano, że start-upy powinny pracować w garażu, a nie w biurowcach. My poszliśmy pod prąd i zrobiliśmy im biurowiec. Start-up może wynająć u nas biurko czy pokój z miesięcznym terminem wypowiedzenia.

Tak szybko padają?

Szybko się rozwijają. Kiedyś np. Heinz budował swoją firmę 100 lat, by stała się globalna. A dzisiaj firma GLOV, która robi rękawiczki do demakijażu, przeszła cały proces start-upu od inkubatorów przez Business Link i w trzy lata stała się globalnym graczem.

A za rok może jej już nie być...

Ale to właśnie dlatego biznes potrzebuje dziś elastyczności. W każdej chwili firma może dokupić u nas kolejne biurko, kolejny pokój albo zrezygnować z wynajmowanej przestrzeni. Bo tak dziś robi się biznes. I w tym kierunku idzie dziś świat.

Przejdźmy dalej. Chciałby pan zostać ministrem przedsiębiorczości? Kiedyś pan mówił, że przydałoby się takie ministerstwo.

Trzeba w ogóle zrewolucjonizować nasze myślenie. To nie jest kwestia zmienienia kilku przepisów, bo to skończyłoby się jak w tych korporacjach, które urządzają modnie biura i myślą, że są nowoczesne. Najpierw trzeba zmienić cały model edukacji, to podstawa. Zacznijmy uczyć marzyć i dajmy dzieciom narzędzia, by potrafiły szukać swojego powołania. Nowoczesna edukacja – powiem to nieskromnie – jest właśnie u nas. Każdy, kto zakłada firmę w inkubatorze, w ciągu pięciu lat nauczy się więcej niż na najdroższych studiach biznesu! Bo tu nie uczy się czegoś, co być może mu się kiedyś przyda, a co jest mu potrzebne tu i teraz.

Nie lubi pan „edukacji na zapas", słyszałem to już...

Problem ze studiami jest taki, że nie ćwiczy się tam na bieżąco zdobytych umiejętności i wiedzy, więc szybko się wszystko zapomina. Nauka zarządzania w szkołach biznesu to strata czasu.

To co państwo z pieniędzy podatników powinno opłacić młodym ludziom zamiast studiów?

Jakiś system pożyczek, dotacji na start. Są dziś różne podobne opcje, ale często źle zorganizowane. To nie ma sensu, by państwo sponsorowało młodym ludziom studia, które nic nie dają ani im, ani nam wszystkim. A do tego często ci studenci muszą harować np. w McDonald's, by w czasie studiów utrzymać się w wielkim mieście. Zarabia więc na nich zagraniczna korporacja, student jest zmęczony, słabo przyswaja wiedzę... To błędne koło. Rzućcie studia biznesu i załóżcie biznes!

Dariusz Żuk jest współtwórcą i prezesem Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości, Business Link Poland oraz think tanku Polska Przedsiębiorcza. W zeszłym roku został laureatem Nagrody Kisiela w kategorii przedsiębiorca

Magazyn Plus Minus

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE