Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Waldemar Witkowski: Chcę, by prezerwatywy były dostępne w szkołach średnich

Lewica i Demokraci, czyli jedna z prób mariażu politycznego Unii Pracy. Od lewej Janusz Onyszkiewicz, przewodniczšcy Partii Demokratycznej, Wojciech Olejniczak, przewodniczšcy SLD, Waldemar Witkowski z Unii Pracy. Z tyłu od lewej Jerzy Szmajdziński z SLD i Marek Borowski z SdPL. Sejm, 2007 rok
Fotorzepa, Jakub Ostałowski
Wielki kapitał ma to do siebie, że stara się kreować rzeczywistoœć korzystnš dla swoich interesów. A że politycy nie chcš mieć takich ludzi za wrogów, to czasami naginajš się do ich woli. Ale akurat Leszek Miller i Marek Pol potrafili postawić się Kulczykowi - mówi Waldemar Witkowski, przewodniczšcy Unii Pracy.

Plus Minus: Wielokrotnie startował pan do parlamentu i nigdy nie zdobył mandatu. Kieruje pan partiš, o której istnieniu mało kto pamięta. Jak pan funkcjonuje? Zajmuje się pan pracš zawodowš, prowadzi firmę, opiekuje się dziećmi, a gdy przychodzš wybory zamienia się pan w polityka?

Nie. Jestem na co dzień aktywny politycznie. Trzeciš kadencję zasiadam w sejmiku wojewódzkim, spotykam się z wyborcami. Żonę poznałem dzięki polityce, bo była działaczkš Federacji Młodych Unii Pracy, znajomš Barbary Nowackiej oraz Adriana Zandberga, którzy też udzielali się w naszej młodzieżówce. Od większoœci polityków różni mnie natomiast to, że nie żyję z działalnoœci publicznej. Zarabiam gdzie indziej.

Jak to się stało, że Unia Pracy, która w latach 90. dobrze się zapowiadała, praktycznie zniknęła ze sceny politycznej?

Było wiele błędnych decyzji, które do tego doprowadziły. Nasz pierwszy błšd polegał na tym, że w 1993 roku, gdy odnieœliœmy sukces wyborczy i weszliœmy do Sejmu, odmówiliœmy wejœcia do koalicji rzšdzšcej SLD–PSL. Ryszard Bugaj, nasz pierwszy przewodniczšcy, kontestował proces transformacji realizowany przez obóz solidarnoœciowy, ale współrzšdzić z SLD nie chciał. Przeciwnie, za wszelkš cenę chciał zbudować koalicję wszystkich przeciwko SLD. Ale gdy to się nie udało, niespodziewanie „wydzierżawił" do rzšdu, wobec którego byliœmy w opozycji, Marka Pola – młodego, zdolnego polityka i œwietnego organizatora. Żeby było œmieszniej, Pol został przedstawicielem PSL w tamtej koalicji, choć do Stronnictwa nigdy nie należał. To był pierwszy, ogromny błšd.

Dlaczego został popełniony?

Ryszard Bugaj nie znosił SLD, a na Aleksandra Kwaœniewskiego, szefa SdRP, wręcz miał alergię. Dlatego nie zgodził się na współrzšdzenie z SLD i PSL. W 1995 roku, gdy zaczęła się kampania prezydencka, Unia Pracy zastanawiała się, kogo wystawić na prezydenta. Nie było mowy, żebyœmy poparli Kwaœniewskiego, choć spora grupa działaczy, tych wywodzšcych się z PZPR, nie miałaby nic przeciwko temu. Ale jak nie, to nie. W tej sytuacji częœć z nas chciała postawić na Aleksandra Małachowskiego. Ryszard jednak nie mógł znieœć, że ktoœ w partii może być popularniejszy od niego. Zablokował Małachowskiego i w rezultacie poparliœmy Tadeusza Zielińskiego, rzecznika praw obywatelskich. To był kolejny błšd, bo on nie należał do Unii Pracy i promował własnš osobę, a nie nas.

W wyborach w 1997 roku zabrakło wam niewiele głosów, żeby wejœć do Sejmu. Jak pan myœli, dlaczego?

Dokładnie zabrakło nam 18 tys. głosów. Tu znowu kłania się głupia polityka Ryszarda Bugaja. Na przykład ja miałem kandydować do Sejmu z pierwszego miejsca w okręgu w Lesznie. Ale Bugaj dowiedział się, że zasiadałem w radzie nadzorczej Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji Polisa i że mam pakiety akcji tej firmy. Proszę sobie wyobrazić, że przysłał mi pismo, że Krajowy Komitet Wykonawczy z tego powodu skreœlił mnie z listy kandydatów Unii Pracy do Sejmu.

Akcje TUiR Polisa miała Jolanta Kwaœniewska, pracowała w niej Maria Oleksy, a udziały miało wielu prominentnych działaczy PZPR.

Właœnie to był powód. Już sobie zaczšłem robić kampanię, a Bugaj uczulony na Kwaœniewskiego skreœlił mnie z listy. Z kolei Andrzeja Aumillera, który przez lata był zwišzany z Szamotułami, wysłał do Kalisza. Gdyby nasi działacze startowali tam, gdzie mieli największe szanse, tobyœmy do parlamentu weszli. Ale jeżeli na złoœć robiło się takie rzeczy, to musieliœmy przegrać.

Dlaczego na złoœć? Jakš złoœć miał do pana Ryszard Bugaj?

Nie chodziło konkretnie o mnie. Miałem wrażenie, że on nie ufa ludziom, którym się powiodło w biznesie, bo w jego mniemaniu albo byli nieuczciwi, albo korzystali z układów. Pod pewnym względem był takim samym idealistš jak Jarosław Kaczyński. Nie przywišzywał wagi do dóbr materialnych ani do zarabiania pieniędzy, chodził w tej samej sztruksowej marynarce, a wyżywał się głównie w polityce. Wszystkim przedsiębiorcom utrudniał możliwoœć kandydowania. Wiesława Ziółkowska, z którš się co prawda zawsze liczył, miała dziwne zdarzenie tuż przed wyborami w 1997 roku. Lokalna gazeta, którš współredagował inny poseł Unii Pracy, zwišzany z Bugajem, na dwa dni przed wyborami opublikowała zdjęcia domu Ziółkowskiej, tak skadrowane, że wyglšdał bardzo okazale i nazwała go rezydencjš. A to był zwykły dom. Moim zdaniem Wiesia w jeden dzień straciła z tego powodu kilka tysięcy głosów.

Po co wasz lider miałby inspirować takie historie? Przecież to nie leżało w jego interesie?

Moim zdaniem chodziło o to, że chciał rzšdzić autorytarnie.

Jednak po przegranych wyborach w 1997 roku honorowo ustšpił ze stanowiska.

To prawda, usunšł się, ale namaœcił swojego człowieka na nowego lidera. Na szczęœcie walkę o przywództwo wygrał wówczas Marek Pol i zaczšł budować partię od nowa. Wspierał go Aleksander Małachowski, który zaproponował porozumienie ze wszystkimi œrodowiskami lewicowymi, w tym z SLD. Bugaja nie było już w partii, więc stało się to możliwe. Przed wyborami prezydenckimi w 2000 roku Aleksander Małachowski zaoferował Leszkowi Millerowi współpracę między SLD a Uniš Pracy i Sojusz przyjšł tę ofertę. Udzieliliœmy też jako pierwsi poparcia Aleksandrowi Kwaœniewskiemu, gdy walczył o reelekcję w 2000 roku.

Zostaliœcie za to sowicie wynagrodzeni, bo dzięki temu została zawarta póŸniejsza koalicja z SLD.

To prawda, ale gdyby poparcie dla Unii Pracy nie utrzymywało się stale na poziomie około 5 proc., to SLD by nas na koalicjanta nie wzišł.

Tak czy inaczej dzięki SLD wróciliœcie do Sejmu, ale ten sukces nie wyszedł wam na zdrowie.

To prawda. Największy błšd popełniliœmy w 2003 roku, gdy rzšd Leszka Millera zdecydował o udziale Polski w wojnie w Iraku. Nasz przewodniczšcy wicepremier Marek Pol był jednym z dwóch członków rzšdu, którzy zgłosili zdania odrębne w tej sprawie. Uznał, że decyzja o wejœciu do Iraku nie jest słuszna. Wielu naszych działaczy uważało podobnie. Na posiedzeniu naszej Rady Krajowej Federacja Młodych Unii Pracy zażšdała zerwania koalicji z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Odbyło się głosowanie, ale wniosek nie przeszedł. Tylko jedna trzecia delegatów była za wyjœciem z koalicji. Dwie trzecie głosowały przeciw.

Jakie były argumenty przeciw zerwaniu koalicji?

Chodziło o zachowanie stanowisk. W Radzie Krajowej byli wicewojewodowie, iluœ wiceministrów. Te stanowiska mieli dzięki koalicji z SLD i nie wyobrażali sobie, że mogliby je utracić z powodu jakiegoœ Iraku. Poza tym jakš mieli perspektywę? Rzucić wszystko i przez dwa lata pracować na niepewny sukces w kolejnych wyborach? Niestety, tamta decyzja okazała się dla nas zabójcza. Ludzie o prawdziwie lewicowych poglšdach zaczęli się od nas odwracać. W ich oczach straciliœmy wiarygodnoœć. Odeszło od nas wówczas sporo młodych działaczy.

Pan był za czy przeciwko wyjœciu z koalicji?

Za. Uważałem, że wysłanie naszych żołnierzy do Iraku to poważny błšd, a skoro nie mieliœmy w tej sprawie nic do gadania, to trzeba było porzucić rzšd. Mogliœmy wtedy przycišgnšć ludzi niechętnych wojnie w Iraku i zaczšć budować prawdziwš lewicę. Ale jak już mówiłem, tak się nie stało, a gdy w styczniu 2004 roku umarł Aleksander Małachowski, który miał u nas ogromny autorytet, wszystko do reszty się posypało. W partii zaczęły się ruchy odœrodkowe. Zresztš w SLD też nie działo się dobrze. Półtora miesišca wczeœniej doszło do katastrofy œmigłowca z premierem na pokładzie. Leszek Miller po tym wypadku był zupełnie innym człowiekiem. Rozmawiałem z nim w pierwszych dniach stycznia 2004 roku, gdy wybuchnšł strajk lekarzy rodzinnych z Porozumienia Zielonogórskiego. Byłem wówczas wicewojewodš wielkopolskim i jako jedyny byłem w urzędzie, gdy Miller zadzwonił o œwicie. Nalegał na zakończenie strajku za wszelkš cenę. Miller sprzed wypadku nigdy nie przystałby na warunki lekarzy, którzy nie chcieli opiekować się chorymi w nocy i w weekendy, i sobie to wywalczyli. Dla mnie to była widoczna słaboœć, która wynikała z faktu, że premier sam był niedysponowany, leżał gdzieœ w szpitalu i ten strajk go męczył.

Co pan ma na myœli, mówišc o ruchach odœrodkowych w Unii Pracy?

Przede wszystkim krótko po œmierci Małachowskiego Marek Borowski z SLD i nasz wiceprzewodniczšcy Tomasz Nałęcz założyli nowš partię SdPl i zaczęli podbierać nam ludzi. Tomasz ma superanalityczny umysł. Wyczuł, że nasza partia drży po decyzji o wysłaniu wojsk do Iraku. Widział też, że SLD jest w coraz gorszej kondycji z powodu tzw. afery Lwa Rywina. A że jako wicemarszałek Sejmu miał sporo czasu i często spotykał się z marszałkiem Sejmu Markiem Borowskim, to tak długo knuli, aż wymyœlili powołanie nowej partii, co odbyło się nie tylko kosztem UP, ale też SLD. My jednak straciliœmy najbardziej. Ci, którzy zostali w Unii Pracy, nie mieli już chęci do intensywnego działania.

Tomasz Nałęcz mógł wykonać ten manewr, bo wylansował się na komisji œledczej ds. afery Rywina, której był przewodniczšcym. Otwarcie dystansował się wówczas od SLD. Czy Unia Pracy popierała jego działania?

Przekonywał nas, że fakty œwiadczš przeciwko Sojuszowi. Oczywiœcie politycy SLD byli wœciekli, bo liczyli, że Nałęcz będzie trzymał ich stronę. Pamiętam takie spotkanie koalicyjne, podczas którego Sojusz zaatakował Marka Pola. Niezbyt ładnš rolę odegrał wówczas Andrzej Celiński, który przygotował i przedstawił listę zarzutów pod adresem naszego przewodniczšcego. Sugerował m.in. niejasne interesy Pola z biznesmenem Janem Kulczykiem, co było wyssane z palca. Tamten atak miał wywrzeć presję na Nałęcza, żeby się opamiętał, bo nie zasiada w komisji œledczej, by rozdmuchać aferę Rywina, tylko żeby jš inteligentnie wygasić.

Czy konfrontacyjna wobec SLD postawa Nałęcza była w interesie Unii Pracy?

Nałęcz grał na siebie, a nie na Unię Pracy. Nam ta sprawa nie przysporzyła popularnoœci, ale też jej nie odebrała. Osobiœcie uważam, że afera Rywina nie była taka wielka, jak się wydawało. Wiedziałem od osób trzecich, że Rywinowi, w czasie gdy poszedł do Michnika z korupcyjnš propozycjš, brakowało pieniędzy na działalnoœć. Próbował nawet sprzedawać jakieœ nieruchomoœci. Być może to było clou tej sprawy. Ale akcję przeciwko Polowi uważam za szczyt nielojalnoœci ze strony SLD.

Jednak rzšd SLD–Unii Pracy miał jakieœ konszachty z Kulczykiem, co wyszło na jaw przy okazji afery Orlenu.

Wielki kapitał ma to do siebie, że stara się kreować rzeczywistoœć korzystnš dla swoich interesów. A że politycy nie chcš mieć takich ludzi za wrogów, to czasami naginajš się do ich woli. Ale akurat Leszek Miller i Marek Pol potrafili postawić się Kulczykowi.

W jakiej sprawie?

Jego firma chciała wybudować kolejny odcinek autostrady wielkopolskiej, między Koninem a Łodziš. Ale negocjacje były trudne i Miller z Polem zdecydowali, że ten fragment zbuduje państwo. Podzielili go na trzy odcinki i rozpisali przetargi na ich budowę. W efekcie ten kawałek autostrady wybudowano szybciej i prawie dwukrotnie taniej, niż budował Kulczyk. Koszt wyniósł niewiele ponad 3 mln euro za km. W tym czasie toczyły się negocjacje w sprawie budowy odcinka autostrady od Poznania do granicy. Inwestor prywatny wycenił koszt budowy kilometra autostrady na prawie 6 mln euro. Można powiedzieć, że państwo nic na tym nie traciło, bo przecież nie budowało za pienišdze budżetowe. Ale rzšd miał częœciowo gwarantować kredyt, więc ponosił ryzyko.

Opłata za przejazd autostradš Kulczyka jest bardzo wysoka, a jeżeli obywatele płacš za drogo, to państwo też na tym traci.

Zgadza się. Te opłaty za autostradę to jest efekt nieudolnej umowy podpisanej przez rzšd, a konkretnie przez ministra transportu, w końcówce pierwszych rzšdów SLD, w 1997 roku. Nie doœć, że ta umowa była tajna, co samo w sobie uważam za skandaliczne, to potem zaczęły wychodzić na jaw informacje, że firma Kulczyka dostała prawo do swobodnego kształtowania opłat za przejazd. Gdy w 2005 roku okazało się, że ciężarówki nie chcš jeŸdzić autostradš Kulczyka, tylko wybierajš drogi alternatywne, państwo zdecydowało, że będzie zwracać TIR-owcom 70 proc. kosztów przejazdu. 30 proc. kosztów miał wzišć na siebie Kulczyk. I wtedy momentalnie opłata za przejazd podskoczyła z czterdziestu kilku złotych do ok. 70 złotych. Kulczyk nie stracił ani grosza. Ale wczeœniej był wœciekły, że mu Miller z Polem zablokowali budowę kolejnego odcinka autostrady. I co się wydarzyło? Gdy pojawił się pomysł Marka Pola, żeby finansować budowę dróg i autostrad wpływami z winiet, zaczęła się na Pola niewyobrażalna nagonka w mediach. Robiono z niego wręcz idiotę.

Wišże to pan z Kulczykiem?

Moim zdaniem to była zemsta za to, że firmy prywatne wypadły z budowy autostrady Konin–ŁódŸ. Dlatego miałem taki żal do SLD za póŸniejsze zarzucanie Polowi rzekomych interesów z Kulczykiem. Na dodatek po tamtym ataku w naszej partii powstało ogromne napięcie. Sprawa stanęła na Radzie Krajowej, która głosowała nad udzieleniem Polowi wotum zaufania. Co prawda się obronił, ale póŸniejsze powstanie SdPl zmieniło układ sił po lewej stronie sceny politycznej i dla nas już nie było miejsca.

To dlaczego wystartowaliœcie razem z SdPl w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Zachowaliœcie się jak karpie, które chcš przyspieszenia Bożego Narodzenia.

Borowski nas do tego przekonał. Przyszedł na nasz kongres i powiedział: kto ma te wybory wygrać jak nie ja? A ponieważ SLD okropnie się z nami handryczył o warunki wspólnego startu, bo wtedy wycinał ludzi, którzy coœ znaczyli w rzšdzie Millera, to poszliœmy z SdPl. To oczywiœcie był kolejny błšd. Powinniœmy wystartować samodzielnie, żeby pokazać naszš siłę. Ale akurat straciliœmy subwencję, nie mieliœmy pieniędzy na kampanię i chyba wpadliœmy w panikę.

Przecież SdPl też nie miała subwencji?

I to był paradoks naszej decyzji. Potem z partii odeszła przewodniczšca UP Iza Jaruga-Nowacka, żeby założyć nowš formację Unię Lewicy, a wraz z niš grupa młodych ludzi, m.in. Barbara Nowacka i Adrian Zandberg. Kilka miesięcy póŸniej ponieœliœmy druzgocšcš porażkę w wyborach parlamentarnych 2005 roku. Nie mieliœmy żadnych pieniędzy, po kampanii zostały nam długi, ludzie się rozpierzchli. W takich warunkach zostałem szefem Unii Pracy.

Ale wtedy, paradoksalnie, powrócił do partii Ryszard Bugaj.

To prawda i nawet przyprowadził ze sobš grupę działaczy. Nie był specjalnie szczęœliwy, że to ja byłem szefem partii, ale jakoœ się dogadaliœmy. Zaproponował, żebyœmy utworzyli Radę Politycznš i on stanie na jej czele. Tak się stało. Wtedy szefem SLD był Wojtek Olejniczak i Bugaj zaproponował, żeby z nim się spotkać i pogadać o możliwoœci współpracy. Pamiętam tamto spotkanie. Zaczęło się miło, ale po pół godzinie Bugaj zaczšł mówić Olejniczakowi, kogo powinien wykluczyć z SLD, kogo odsunšć, że przecież jest młodym człowiekiem, który nie powinien cišgnšć za sobš balastu PZPR. Zrażony Olejniczak więcej się do nas nie odezwał. A Bugaj znowu się obraził i ponownie odszedł.

Nie ma pan czasami takiej pokusy, żeby zamknšć tę Unię Pracy i pójœć gdzie indziej?

Kiedyœ powiedziałem sobie, że Unia Pracy będzie mojš ostatniš partiš, więc do innej się nie zapiszę. Miałem propozycję, żeby startować do Sejmu z tworzonej wówczas partii Ryszarda Petru, ale mnie to nie interesuje. Unia Pracy jest partiš bardzo ideowš i to mi odpowiada. Nasze hasła – człowiek, praca, œwieckoœć państwa – to dla nas nie jest fikcja. Adrian Zandberg korzysta z naszych postulatów sprzed lat, bo przecież to my jako pierwsi proponowaliœmy wprowadzenie 50-procentowego podatku od bardzo wysokich dochodów, ponad 600 tys. rocznie.

Ale 75 proc. nie postulowaliœcie.

No nie, Zandberg nas przelicytował (œmiech). Naszym pomysłem jest skrócenie czasu pracy do 36 godz. Ostatnia redukcja czasu pracy w Polsce była jeszcze w poprzednim systemie. Coœ się należy pracownikom z tytułu tego, że œwiat się rozwija. Skoro ponad 80 proc. œwiatowego kapitału należy do 1 proc. ludzi, którzy z roku na rok sš coraz bogatsi, to niech pracownicy też coœ z tego majš. To my zawsze opowiadaliœmy się za prawem kobiet do decydowania o przerywaniu cišży. Unia Pracy wyrosła na wojnie aborcyjnej poczštku lat 90. Na stanowiska zawsze delegowaliœmy najlepszych ludzi, dzięki czemu wielu u nich pracuje do dzisiaj, bo sš fachowi i dbajš o interes publiczny. Sam, gdy byłem wicewojewodš i widziałem, że szykuje się jakaœ niepokojšca prywatyzacja, to nie raz słałem protesty do rzšdu i groziłem dymisjš. Niektóre rzeczy udało mi się zablokować.

Na przykład jakie?

Skutecznie zatrzymałem prywatyzację poznańskiego PKS. Dzięki mojej interwencji przeprowadzono drugš wycenę tego przedsiębiorstwa i okazała się wielokrotnie wyższa od kwoty, za którš chciano tę firmę sprzedać.

No to co pan zamierza zrobić z tš Uniš Pracy? Będzie pan trwał na posterunku?

Tak. Mamy jednego europosła Adama Gierka, kilku burmistrzów, zastępców burmistrzów, wicestarostów itd. A co dalej, zobaczymy. Platforma Obywatelska w grudniu ubiegłego roku zaprosiła nas do rozmów w sprawie budowy platformy demokratycznej. Idea wielkiego bloku demokratycznego jest mi bliska, choć wolałbym porozumienie lewicowe. Ale z lewš stronš jest kłopot. Z deklaracji młodych liderów wynika, że nie chcš ludzi zwišzanych z minionym systemem, co eliminuje częœć naszych działaczy.

Uważa pan, że na porozumienie na lewicy nie ma co liczyć?

Obserwuję usztywnienie stanowisk, które nie będzie sprzyjało kompromisom. Na dodatek Barbarę Nowackš chyba nie interesujš wybory lokalne, a ja uważam, że trzeba powalczyć, żeby samorzšdy nie wpadły w ręce Jarosława Kaczyńskiego.

Nie składa pan broni.

Gdzież tam. Mam małe dzieci. Nie chcę, żeby były zmuszane do chodzenia na religię, żeby ktoœ ich rozliczał z tego, czy sš ochrzczone czy nie. Chcę, żeby więcej pieniędzy szło na edukację seksualnš, żeby prezerwatywy były dostępne w szkołach œrednich, żeby wszystkie dzieci i młodzież jeŸdziły komunikacjš miejskš za darmo, żeby w miastach zaczęła się walka ze smogiem. Jest dużo do zrobienia.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL