Plus Minus

Mała Polska pod biegunem

Wydawnictwo Dolnośląskie
„Zimne wybrzeża” to już czwarta powieść Szczepana Twardocha. Dorobek tego 30-latka, który karierę pisarską rozpoczynał w nurcie fantastyki, może imponować, zwłaszcza że opublikował ponadto dwa zbiory opowiadań oraz książkę publicystyczną – wydane również w ubiegłym roku „Zabawy z bronią”. Twórczość to w dodatku, tak jak i wizerunek samego autora, niezwykle wyrazista.

Twardoch świadomie wpisuje się we wzorzec „pisarza uzbrojonego”, wykreowany w XX-wiecznej literaturze polskiej przez Sergiusza Piaseckiego. Z zamiłowania do militariów i wyraziście konserwatywnego światopoglądu wynika jego opcja na rzecz powszechnego dostępu do broni, zresztą przy pełnej świadomości, dlaczego w Polsce idea ta wciąż pozostaje utopijna (vide: soczysty pamflet na „poli-milicyjniaków” w Zabawach). Z autorem „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy” łączą Twardocha jednak przede wszystkim podejmowane tematy literackie: fabuła prawie każdej z jego książek obfituje w wątki szpiegowskie, akcja często ma charakter sensacyjny. Pisarz często też powraca do problematyki sowieckiej i – szerzej – komunistycznej rzeczywistości, ukazując jej wpływ na życiowe wybory i drogi bohaterów, przede wszystkim zaś na ich dusze. Wpływ, rzecz jasna, deprawujący i zgubny.

Jest wreszcie Twardoch wiernym synem swojej ojczyzny, której nigdy nie pozwoliłby nazwać małą, jako że nie przyznaje się do żadnej innej tożsamości niż lokalna, odziedziczona po pokoleniach zamieszkujących górnośląskie Pilchowice. Wszystkie te elementy – łącznie z charakterystycznymi dla jego twórczości fragmentami żywej mowy autochtonów, zapisywanej „pů našymu” – znaleźć można też w „Zimnych wybrzeżach”. W powieści tej Twardoch podąża w jakiejś mierze śladami spitsbergeńskiej podróży Jana Józefa Szczepańskiego sprzed blisko pół wieku, uwiecznionej w zapomnianym dziś reportażu „Zatoka Białych Niedźwiedzi”.

Akcja rozgrywa się w roku 1957, kiedy w nowo założonej bazie na Svalbardzie (po norwesku „zimny brzeg”) po raz pierwszy zimują polscy badacze. Ale dramatycznych, jak się z czasem okazuje, wydarzeń nie obserwujemy z perspektywy polarników, lecz przybyłego z Londynu pracownika prywatnej agencji wywiadowczej. John Smith, urodzony jako Jan Kowolik, pół Polak, pół Niemiec i cały Ślązak, na zlecenie swoich szwajcarskich zwierzchników zbiera informacje o sytuacji politycznej na arktycznej wyspie. Nominalnie Spitsbergen należy do Norwegii, ale funkcjonują tam stałe sowieckie osady i kopalnie, a więc oczywiście także specsłużby.

W trakcie lektury okazuje się, że sens oficjalnie pokojowej obecności Rosjan jest taki, jaki był wszędzie przez 70 lat komunizmu, czyli ma się stać przyczółkiem do dalszej ekspansji. Nie ten wątek książki wydaje się jednak najważniejszy, choć bez wątpienia każdy czytelnik pomnoży dzięki niej swoją wiedzę, najczęściej przecież bliską zeru, o Svalbardzie. Realia przyrodnicze i historyczne archipelagu odmalował wszak Twardoch z mistrzostwem i znawstwem zdradzającym fascynację zrodzoną nie tylko w bibliotece, lecz przede wszystkim w trakcie kilku odbytych podróży. To osobiste doświadczenia autora sprawiły choćby, że bohaterowie „Zimnych wybrzeży” – w odróżnieniu od detektywa ze znanego filmu „Bezsenność” (pamiętna rola Ala Pacino) – wcale nie cierpią z powodu niekończącego się polarnego dnia.

„Czasem w powieści, w wymyślonych zdarzeniach czy wśród wymyślonych bohaterów zawiera się jakaś prawda ogólniejsza. […] Taka prawda o epoce lub o tym, co się rozgrywa między ludźmi. To jest taka prawda literacka” – tłumaczy Smith pewnemu spitsbergeńskiemu górnikowi sens interesowania się fikcją. O czym zatem chce nam powiedzieć Szczepan Twardoch? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie wydaje się postać protagonisty jego książki, tak bliskiego korzeniami samemu pisarzowi.

Jak się dowiadujemy, Smith „niczego na świecie nie darzył nienawiścią głębszą niż komunizmu i komunistów”, ale z drugiej strony żywił pogardę zarówno dla jałowej, skłóconej, anachronicznej emigracji powojennej, jak i dla „tej odwiecznej polskiej obawy przed czynem, tego strachu przed każdą nawet najbardziej uzasadnioną przemocą”. Właśnie dlatego „nie zamierzał pozwolić polskim polarnikom na kolejne nicnierobienie w imię rzeczywistości o rozmytych konturach”. Smith zmusza więc badaczy do popełnienia czynu, przed którym nie będą mogli się cofnąć, a po którym nic już nie będzie dla nich takie jak dawniej. W stacji nad Zatoką Białego Niedźwiedzia powstaje zatem „taka mała Polska pod biegunem, ale Polska na opak”, w której wszyscy wciągnięci są na dobre i złe w aktywną i równie bezwzględną, jak krajowy reżim, antykomunistyczną konspirację. I – można przypuścić – w razie zdrady nie zawahają się bronić bezpieczeństwa wspólnych tajemnic, popełniając kolejne zbrodnie. Są więc chyba „Zimne wybrzeża” opowieścią o marzeniach – o jednostce radykalnie zmieniającej bieg ojczystej historii; o wyzwoleniu swojego kraju i kultury z błędnego koła rozbiorów i okupacji, przerywanych nieudanymi powstaniami i rewolucjami moralnymi, które wreszcie zastąpiłaby patriotyczna, a zarazem skuteczna kontrrewolucja; a ostatecznie o Polsce – tym wiecznie niedojrzałym „aksolotlu narodów” (by przywołać tytuł niedawnego znakomitego eseju Twardocha) – wreszcie zdolnej do samodzielnego bytu w nowoczesnym świecie.

Poza wszystkim zaś „Zimne wybrzeża” to po prostu również znakomite czytadło. Rozmaite rozbudowane dygresje i szkatułkowo konstruowane opowieści w opowieściach, jak ta o odkryciu przez naukę radziecką „pierwotnego” plemienia na jednej z wysp spitsbergeńskiego archipelagu, z powodzeniem mogłyby funkcjonować jako osobne nowele. Mimo młodego wieku Szczepan Twardoch jest bowiem już dzisiaj opowiadaczem wybornym.

[i]Szczepan Twardoch „Zimne wybrzeża”. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2009[/i]

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL