Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Plus Minus

Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek
Nie zamierzam zwalczać szaleństwa ani też spychać go do getta osobliwości. Natomiast wymagam od niego tego samego, czego wymagam od siebie – respektu dla wzajemnej odmienności. Dlatego opowiadam się za potrzebą ograniczonej dyskryminacji.

Czytaj więcej: Oświadczenie redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej" Bogusława Chraboty ws. tekstu prof. Piotra Nowaka

Nie zawieram znajomości z przypadkowo napotkanymi osobami. Jak ognia unikam spotkań klasowych. Gdy widzę kolegów, z którymi dawniej kopałem w piłkę, na wszelki wypadek przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie bardzo obchodzą mnie koleje życia tych, których los przypadkowo wrzucił do „czwartej b" lub sprawił, że sto lat temu wspólnie korzystaliśmy z rozrywek przeznaczonych dla dorosłych. Wspomnienia zostawiam za sobą.

Ze Zdzisiem Niewieskim było inaczej. Znałem go bowiem nie tylko z liceum, ale także z tekstów publikowanych w pismach branżowych, do których i ja od czasu do czasu starałem się coś napisać. Spotkaliśmy się przypadkiem, w pociągu, w tym samym przedziale. Jechałem do Białegostoku, dr Niewieski dalej, do Uniwersytetu w Popielnie, na którym wykłada kulturoznawstwo.

Uniwersytet jako terapia

Właściwie od razu przeszedł do tematu, mnąc ze zdenerwowania bilet. – Przyjęto na mój uniwersytet, na kulturoznawstwo osobę z zespołem Aspergera – opowiadał z przejęciem. – Teraz ją uczę. Sęk w tym, że właściwie na każde zajęcia idę z duszą na ramieniu, zastanawiając się, jaką tym razem urządzi mi niespodziankę niezrównoważony student. Na przykład ostatnio, w ramach komentarza do tematu zajęć (mówiliśmy o „Balladynie" Słowackiego), rozdzierająco wykrzyczał „Błąd!!!", wijąc się nieomal w paroksyzmach ataku epileptycznego. Innym razem machał do mnie przez całe zajęcia, kiedy indziej chodził po sali, przyglądając się wywieszonym w niej fotografiom, po czym wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Na wykładzie mojego kolegi heilował, ilekroć padło słowo „Żyd". Przerywa w pół zdania i zadaje pytania, nie licząc się ani z tokiem, ani z logiką zajęć. Kiedy wspomniałem o seksie – a o seksie nie sposób milczeć, wykładając o starożytnym Rzymie – zarżał jak koń. Takie buty. Zrezygnowałem na wykładzie z ironii, której student ten w ogóle nie chwyta. Muszę wykładać temat w grubym uproszczeniu, bez niuansów. Mówiąc krótko, on po prostu uniemożliwia swobodne prowadzenie zajęć. Tracą na tym pozostali studenci, ponieważ siłą rzeczy biorą udział w zajęciach mocno uproszczonych, jednowymiarowych. Czy dostrzegają to? Część tak, inni mają to gdzieś lub są tak zahukani przez ideologię poprawnościową, że biorą stronę wariata. Przeważnie skupiają się na tym, co on zaraz „wymyśli" i jak ja na to zareaguję. Jest zabawa.

A teraz wyobraź go sobie w czytelni uniwersyteckiej, gdzie najmniejszy szmer wpływa na koncentrację wielu czytających. Czy myślisz, że zdolny jest zrozumieć, na czym polega w takich miejscach prawo do ciszy? Chory psychicznie student niczego (poza wątpliwą odmianą socjalizacji) nie zyskuje na moich zajęciach, gdyż nie potrafię go niczego nauczyć. Ma dobrą pamięć, ale nie chwyta abstrakcyjnych pojęć. Poza tym, jak mam uczyć etyki kogoś z aspergerem?

Problem zgłosiłem przełożonym. Jednakże szybko okazało się, iż to nie inkryminowany student, lecz ja sam wydaję się moim władzom nie całkiem normalny; nie niepoczytalny student, który zakłóca tok zajęć, tylko jego stosunkowo restrykcyjny nauczyciel jest tym, z którym trzeba sobie jakoś poradzić. Najpierw mój szef, osoba światła i dobrego serca, poprosił mnie, abym dał temu studentowi szansę poprawy. Ale jak można dać taką szansę komuś, kogo władze wolicjonalne albo są bardzo wątłe, albo nie ma ich wcale? On nie jest po prostu „niegrzeczny" czy niesubordynowany, na co przecież zawsze można starać się wpłynąć i zmienić (rozmową, groźbą, negatywną oceną z zachowania, decyzją komisji dyscyplinarnej itp.). Student niepoczytalny nie jest niepoczytalny naumyślnie! Jest chory! I jak każdy chory zasługuje nie na osobne traktowanie w ramach „indywidualnej organizacji studiów", ale na leczenie.

Tymczasem zasugerowano mi, że szykanuję osoby niepełnosprawne. Najbardziej uderzające jest to, że chorych psychicznie traktuje się na uniwersytecie tak samo jak inne osoby niepełnosprawne – z jedną nogą lub niewidome. To jest nonsens! Nie mogę się na to zgodzić! Nie mogę wykładać na kulturoznawstwie niepełnosprawnym umysłowo studentom, czym jest Logos! Nauczyciel akademicki ma zapewnić transfer wiedzy, a nie zajmować się wątpliwą (z uwagi na efekt i własne kompetencje) socjalizacją osób niepoczytalnych – denerwował się.

– A jednak – przerwałem mu – z wielu stron słychać głosy, aby kierunki humanistyczne: filozofię, psychologię, a nawet kulturoznawstwo, traktować właśnie jako terapię.

– Nie żartuj, to metafora!

Słuchałem tego jak opowieści utkanej z koszmaru.

– Dobrze więc, ale jak władze Uniwersytetu w Popielnie zareagowały na tę sytuację? Czy w ogóle wiedziały, jak na nią zareagować? – spytałem dr. Niewieskiego.

– Przede wszystkim musisz wiedzieć, że mój uniwersytet jest niewielki. Na studia zapisujemy każdego, kto się zgłosi. Wystarczy matura. To konsekwencja przyjęcia idei studiów masowych. Natomiast gdy chodzi o opisaną przeze mnie sytuację, muszę przyznać, że mój instytut kompletnie sobie z nią nie poradził. Młody chłopak, którego wybrano w tym roku prodziekanem do spraw studenckich, chwyta się na chybił trafił rozmaitych paragrafów, trochę jak tonący brzytwy. Wszystko po omacku. I rozbrajająco szczerze przyznaje, że nie może nic zrobić, gdyż ręce związane ma prawem. Jeszcze nie wie, że prawo to w końcu żaden absolut, tylko zespół konwencji, rezultat decyzji politycznych; że uniwersytet to nie sąd, nie urząd, nie administracja; że uniwersytet to etos, żywy organizm, który łatwo zniszczyć, przeobrażając go pod wpływem sił zewnętrznych w coś, co nim już nie jest. Właśnie usłyszałem od niego, że szykują dla mnie – dla mnie, nie dla tego studenta! – „zespół wsparcia", który ma się składać (domniemam, gdyż nie wiem tego na pewno) z psychologów, czyli tych, którzy de facto będą sądzić zawsze we własnej sprawie. „Lekarz – przekonują psychologowie – powinien zagwarantować pacjentowi prawo do wyrażania niczym nieskrępowanej krytyki, pacjent musi bowiem mieć pewność, że jako człowiek jest naprawdę równouprawniony".

– Ale skąd ty, Zdzisiu, wiesz – nie dawałem za wygraną – że masz do czynienia z osobą niepoczytalną? Czy ma to wypisane na twarzy?

– Ma. Jasne, że ma. Wszakże za późno odkryłem, że można było tego „nie zauważyć". Ani przy składaniu papierów na studia, ani w ich trakcie niepoczytalny student nie ma obowiązku przedstawiania żadnych wyjaśnień na temat zdrowia psychicznego. Ani też nikt z nas, akademików, nie ma prawa tego od niego żądać. I wtedy można traktować go jako studenta normalnego, egzekwować wiedzę w ten sam sposób, jak egzekwuje się ją od innych, poczytalnych studentów. Można też karać za złe zachowanie wyrzuceniem z zajęć lub „dyscyplinarką"; albo gdy zacznie „szumieć", wezwać ochronę. Natomiast nie ma żadnych narzędzi pozwalających obiektywnie stwierdzić czyjąś niepoczytalność. Nikt ze zwykłych, zajmujących się swoją dziedziną badań nauczycieli akademickich nie kończył żadnych kursów, które pozwalałyby mu profesjonalnie odróżniać chorych psychicznie od osób zdrowych. Ale teraz jest już za późno. Mama niepoczytalnego studenta właśnie przyniosła zaświadczenie o niepoczytalności syna, które dołączono do dokumentów wymaganych przy rekrutacji na studia. Cul-de-sac – zakończył swą opowieść.

Przeczytałem gdzieś w gazecie, że jakiś czas temu w Krakowie, na mszy odprawianej przez biskupa Rysia, na wprost ołtarza ustawił się wariat, który głośno przeklinał biskupów, kler i Kościół. Przez pół godziny wyglądało to na impas, ale gdy celebrans zaczął zbiorowe modlitwy za owego wariata, ten postanowił sobie pójść. W kościele się udało. Czy uda się to na uniwersytecie?

Akcja afirmatywna

Jazda pociągiem sprzyja myśleniu. Po powrocie do domu postanowiłem zbadać stan prawny sytuacji, w której znalazł się w sposób przez siebie niezawiniony dr Niewieski. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach (to tylko takie powiedzenie) nie będzie kwestionował, że studia wyższe powinny podejmować i kontynuować osoby zdrowe na umyśle. To jednak teoria, ponieważ w praktyce bywa różnie. Przez nacisk coraz szybszego świata, słabą konstrukcję psychiczną osób wrażliwych, być może za sprawą dodatkowych czynników, dziś nie dość jeszcze zbadanych i wyświetlonych, ludzi psychicznie upośledzonych przybywa w zastraszającym tempie. Także na uniwersytetach, na których obowiązują zapisy prawne wynikające wprost z przyjęcia ideologii poprawnościowo-progresywistycznej.

Wzorcowym pod tym względem dokumentem wydaje się biuletyn Rzecznika Praw Obywatelskich nr. 7. Intencją przewodnią jest w nim – tak to ujęli jaśnie oświeceni, rodzimi stachanowcy w dziedzinie postępu – „podnoszenie świadomości akademików z wykorzystaniem nowoczesnych technologii". Tak więc czytamy w nim, że „zaledwie 4 proc. osób niepełnosprawnych ma upośledzenie umysłowe, 28 proc. posiada orzeczony znaczny stopień niepełnosprawności. Należy jednak pamiętać, że nawet znaczny stopień niepełnosprawności nie musi być przeszkodą w podjęciu studiów wyższych. Niesprawności są bardzo różne, jedne wymagają znaczącej kompensacji, inne nie stanowią przeszkody w edukacji. Większość niepełnosprawnych jest więc zdolna do studiowania przy odpowiednim skompensowaniu ich ograniczeń". I dalej: „Dużą rolę w systemie wsparcia niepełnosprawnych odgrywają postawy pracowników uczelni i pozostałych studentów. Zmiany mentalności społecznej są bowiem istotnym czynnikiem wspierającym niepełnosprawnych w uzyskiwaniu wyższego wykształcenia. Jest to tym istotniejsze, że wykształcenie w społeczeństwie wiedzy stanowi jeden z elementów sukcesu na rynku pracy, na którym również niepełnosprawni powinni się odnaleźć".

Z kolei w rozdziale „Edukacja osób z niepełnosprawnościami na poziomie szkolnictwa wyższego" dr Anna Żebrak otwarcie odwołuje się do ustaleń zmitologizowanej Rady Europy, pisząc o tym, że „niezbędne jest także nieustanne podnoszenie poziomu świadomości i wiedzy na temat warunków funkcjonowania osób niepełnosprawnych wśród kadry akademickiej, administracyjnej i technicznej uczelni poprzez system szkoleń i kompleksowe działania promocyjne".

Tego typu wypowiedzi budzą we mnie uczucie melancholii i rezygnacji. Oto nadal istnieją ludzie odkrywający, że Ziemia jest kulą, że suma kątów trójkąta to 180 stopni, a dwa i dwa daje cztery. Przed wieloma laty, gdy mój wybitny, niewidomy student kończył studia z wyróżnieniem, przyjąłem go do redakcji kwartalnika filozoficznego „Kronos", w którym mogliśmy współpracować dalej. Dla mnie było to czymś tak oczywistym jak oddychanie. Dziś jest tłumaczem pism Hannah Arendt, Jacoba Taubesa, D.H. Lawrence'a. Na Wydziale Artes Liberales UW przygotowuje doktorat o perspektywie (sic!).

Kiedy więc stachanowcy z biura Rzecznika Praw Obywatelskich próbują przekonać mnie do zmniejszenia „dysproporcji pomiędzy liczbą absolwentów niepełnosprawnych oraz sprawnych", mogę się tylko zastanowić nad niewczesnością ich postulatów. Oni zawsze truchtają za życiem, nie nadążają za nim. Kopiują gotowe rozwiązania od dawna funkcjonujące w krajach bogatych i lepiej rozwiniętych bez uwzględnienia lokalnych uwarunkowań.

Wszakże w przygotowanym przez nich dokumencie co innego zwróciło moją uwagę. Dlaczego – pytam – nie pokusili się o próbę przeprowadzenia koniecznych rozróżnień w obrębie samej niepełnosprawności, oddzielając niepełnosprawność psychiczną od niepełnosprawności fizycznej? Ponieważ – takie mam podejrzenie – nie jest to ani łatwe, ani możliwe do przeprowadzenia na gruncie ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym. Czy domniemywanie u kogoś choroby psychicznej nie jest aktem stygmatyzacji, dowodem wykluczania? Co wtedy, gdy nazwiemy wariatem (varius, alienus – łac. „inny") osobę poczytalną? I w drugą stronę: jeśli dr Niewieski usunie agresywnego lub trwale zakłócającego zajęcia uniwersyteckie studenta, ten zaś przedstawi dokument stwierdzający jego własną niepoczytalność, droga na uniwersytet stanie otworem dla wszystkich obłąkanych, którzy zapragną studiowania. Mało tego. Wedle Krajowych Ram Kwalifikacji dla Szkolnictwa Wyższego obowiązujących we wszystkich szkołach wyższych w Polsce dr Niewieski powinien dostosować efekty kształcenia do najsłabszego studenta, co w omawianym przypadku oznacza: do studenta psychicznie chorego, studenta z oczywistą dysfunkcją umysłową. Choroba psychiczna, która staje się normą dla zdrowia psychicznego, jest spełnieniem najbardziej rozbrykanych fantazji Michela Foucault.

Na temat ewidentnych anomalii szeroko zakrojonej „akcji afirmatywnej" w odniesieniu do osób niepoczytalnych pisał swego czasu profesor Radosław Giętkowski, rzecznik dyscyplinarny ds. studentów i doktorantów Uniwersytetu Gdańskiego. Wskazywał między innymi, że „obowiązujące regulacje prawne nie są dostosowane do opisywanych [przez dr. Niewieskiego] sytuacji. Brakuje przepisów wprost do nich się odnoszących, uprawniających organy uczelni do ograniczenia czy zawieszenia w prawach studenta osoby niezrównoważonej psychicznie, nie mówiąc już o jej skreśleniu z listy studentów".

Osoby z zaburzeniami psychicznymi, których prawie zawsze musimy się domyślać na podstawie przesłanek empirycznych, są w gruncie rzeczy nietykalne, gdyż „ze względu na chorobę psychiczną zawsze może występować wyłączenie poczytalności w chwili popełnienia zarzucanego czynu", sam czyn zaś – zachowaniem nieukaranym i niekaralnym. Innymi słowy, „w przypadku stwierdzenia u studenta niepoczytalności w chwili popełnienia czynu postępowanie dyscyplinarne (wyjaśniające) musi zostać umorzone z powodu braku przewinienia dyscyplinarnego". Inkryminowanego studenta nie wolno również skłaniać do podjęcia studiów w ramach ich „indywidualnej organizacji", on sam bowiem musiałby tego chcieć, a chcenie u osób obłąkanych jest władzą mocno ograniczoną – dziś jest takie, jutro inne. W gruncie rzeczy uniwersytet – konkluduje swoje rozważania profesor Giętkowski – „nie dysponuje środkami prawnymi pozwalającymi na skuteczne reagowanie na niewłaściwe zachowania studentów z zaburzeniami psychicznymi i zapewnienie bezpieczeństwa z ich strony względem innych osób przebywających na terenie uczelni. Pożądane byłyby odpowiednie zmiany prawne w tym kierunku w ustawie – Prawo o szkolnictwie wyższym". Prawdopodobnie jedynym dobrym rozwiązaniem tej sytuacji jest przywrócenie rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami na studia humanistyczne (o naukach ścisłych nie chcę się wypowiadać), co mogą wymusić najnowsze zmiany w algorytmie naliczania „dotacji podstawowej", w którym uzależnia się wysokość dotacji od współczynnika dostępności kadry akademickiej w przeliczeniu na jednego studenta. W praktyce oznacza to koniec studiów masowych. Czas pokaże, co zrobi z tą światłą i sprawiedliwą ideą.

Szaleńcy wszystkich krajów łączcie się

Choroba umysłowa uzewnętrznia się dopiero w konfrontacji ze zdrowiem psychicznym, a więc w granicach kultury, która potrafi ją nazwać i zdefiniować. Francuski filozof, socjolog i pedagog Émile Durkheim mianem patologii określał te zjawiska, które mijają się z przeciętną oczekiwań aktorów gier społecznych. I odwrotnie: zdrowym jawiło mu się to wszystko, co zgadzało się z normami społecznymi, co miało temperaturę 36 i 6. Z kolei badaczki z dziedziny antropologii Ruth Benedict i Margaret Mead relatywizowały kategorię zdrowia psychicznego do wybranej i zawsze wyraźnie określonej kultury. O ile pewne zachowania – twierdziły – występujące na gruncie danej kultury mogą uchodzić za normalne, o tyle gdzie indziej już takie nie są: każda kultura stwarza swój własny obraz zdrowia i choroby. Na przykład pewne wzory życia upowszechnione wśród Indian Północnych dowartościowują odwagę na polu bitwy, podczas gdy inne kultury – z mieszczańską w awangardzie – stawiają na rozwiązania pokojowe i wymianę handlową.

„Jednym z elementów tego, na czym polega bycie podmiotem-Wroną – pisze amerykański antropolog Johnatan Lear – jest dążenie do bycia doskonałym jako Wrona; a zawiera się w tym zamiar osadzenia w ziemi laski przewagi; nadzieja, że stada bizonów będą w tym roku liczne; pragnienie, by dobrze się spisać na polowaniu; ciekawość, czy będzie okazja uczestniczyć w Tańcu Słońca; i tak dalej. Jeśli jednak podmiotowość Wron wyczerpuje się, to samo dotyczy również możliwości zaistnienia któregokolwiek z tych stanów mentalnych. Jak się okazuje, posiadanie zamiaru, żywienie nadziei, pragnienie czegoś lub bycie ciekawym nie zależą tylko ode mnie, nie sprowadzają się do wysiłku mojej woli. Niezdolność do tego nie jest też kwestią czysto psychologiczną, chodzi tu bowiem o samo pole, w którym mogą wydarzać się stany psychiczne.

Tymczasem dla Michela Foucault źródłem szaleństwa jest europejska kultura oparta na Rozumie, Logosie. Jego zdaniem Rozum (pisany majuskułą) wzdraga się przed przejrzeniem się w zwierciadle obłędu, dlatego też zamyka go w odosobnieniu lub usuwa z widoku. Chorobę wytwarza „zdrowa" kultura w taki sam sposób, jak płaszcze i karabiny. Wyostrzone oceny cywilizacji europejskiej pozwalały Foucaultowi na żonglerkę efektownymi sformułowaniami, jak to, które głosi, że największymi wariatami są sami psychologowie. „Psychologia nigdy nie pozwoli nam poznać prawdy o szaleństwie, albowiem to właśnie szaleństwo stanowi prawdę psychologii". Rozum europejski okazuje się groźny i niebezpieczny dla wszystkiego, co inne, gdyż obawia się subwersywnych mocy Nierozumu (również majuskułą) podważającego świat ludzi zdrowych.

Dlatego Foucault namawia, aby pozwolić „kulturze wyrazić się pozytywnie w zjawiskach przez nią odrzucanych. Nawet pogrążone w ciszy i wykluczone, szaleństwo jest rodzajem języka i jego treść nabiera sensu przez odniesienie do tego, co – nazywając je szaleństwem – piętnuje je i odsuwa". Również religia spełnia te same funkcje, co szaleństwo, deformując opartą na represji kulturę Rozumu. Miesza bowiem osoby prostoduszne i wierzące z autentycznymi wariatami, biorąc jednych za drugich i odwrotnie.

Msza święta koncelebrowana po łacinie okazuje się równie dobra w rozbijaniu posad racjonalnej rzeczywistości, co pacjenci Hôpital général w XVIII-wiecznym Paryżu. „Obłęd religijny jest funkcją laicyzacji kultury" – zaznacza Foucault. „Religia może stanowić przedmiot obłędnego wierzenia o tyle, o ile kultura pewnej grupy społecznej nie pozwala już na asymilację wierzeń religijnych czy mistycznych w ramach obecnej treści doświadczenia". Jak widać, Foucault szuka sojuszników w zasobach szeroko pojętej kultury, szczególnie na jej obrzeżach (chrześcijaństwo we Francji dogorywało na jego oczach). Interesują go zachowania skrajne o tyle, o ile kwestionują roszczenia Rozumu do dominacji. To on bowiem – Rozum – jest niebezpiecznym szaleńcem, który sprawia, że najzwyklejsi ludzie w swym najzwyklejszym życiu doznają siebie w sposób pełen sprzeczności, „dialektycznie". Posłuchajmy gadania wariatów – namawia – a przekonamy się, że to świat jest szalony, nie oni; świat, który nie potrafi rozpoznać własnego, immanentnego obłąkania. „Otwierając się na świat obłędu, chora świadomość ze względu na odczuwalny przymus ucieka w świat choroby, w którym odnajduje, nie rozpoznając go jednak, ten sam rzeczywisty przymus: albowiem nie przekraczamy rzeczywistości, kiedy przed nią uciekamy". Stawką w grze z Rozumem okazuje się zatem wolność wyrażająca się w swobodnej ekspresji osób niepoczytalnych, w „nieprzerwanej spontaniczności ich życia emocjonalnego". Od wariatów bowiem winniśmy uczyć się zachowań aspołecznych, kontrkulturowych, antycywilizacyjnych. Wariaci wszystkich krajów, łączcie się w zbiorowym, wszechogarniającym szaleństwie!

Bezpośrednim poprzednikiem Foucaulta w obszarze szeroko pojętej dezintegracji przestrzeni ludzkiej był francuski filozof rosyjskiego pochodzenia Alexandre Kojeve. Już w latach 50. ubiegłego wieku domagał się, aby przyszłe uniwersytety były maksymalnie inkluzywne, właśnie na miarę powszechnego i jednorodnego świata. Obok stosunkowo świeżo wyemancypowanych kobiet, na nowo stanowionych uniwersytetach studentami mają być również dzieci, osoby niepoczytalne oraz w dającej się przewidzieć przyszłości kryminaliści (tylko czekam, aż ktoś wpadnie na pomysł resocjalizacji więźniów poprzez wiedzę, powiedzmy od 8.00 do 16.00).

Konieczny dystans

Choroba psychiczna stwarza dystans, wywołuje u osób zdrowych uczucie określane przez psychologów mianem „dyskomfortu obserwatora". Sens pojęcia „dystansu" rozjaśnia się w sytuacji, w której „trzymam się osobno" albo gdy jestem od kogoś „oddzielony". Słowo to pochodzi od słowa łacińskiego „distantia" oznaczającego zwadę, potyczkę, nieporozumienie, zatarg, wreszcie: walkę. Nie idę w kierunku, który podpowiada mi język. Nie chcę wojny z Nierozumem. Nie zamierzam zwalczać szaleństwa ani też spychać go do getta osobliwości i wytykać palcem. Natomiast wymagam od niego tego samego, czego wymagam od siebie, mianowicie respektu dla wzajemnej odmienności. Dlatego opowiadam się za potrzebą ograniczonej dyskryminacji, o której przekonująco pisała Hannah Arendt. „Bez pewnego rodzaju dyskryminacji, w sensie podkreślania różnic – czytamy w „Odpowiedzialności i władzy sądzenia" – społeczeństwo po prostu przestałoby istnieć; znikłaby także bardzo ważna możliwość swobodnego stowarzyszania się i tworzenia grup" – grup ludzi sobie równych.

Właściwie wszędzie napotykamy konieczne ograniczenia i restrykcje. Nie mogę wejść do swojego szefa prosto z ulicy. Muszę się zapowiedzieć przez sekretarkę. I wcale się temu nie dziwię, gdy nie ma dla mnie czasu przez wiele dni z rzędu. Są kluby, w których obowiązuje tak zwana „selekcja". Jeśli odbywa się ona na podstawie koloru skóry, kluby te, wprowadzając segregację rasową, łamią prawo. Ale są miejsca dla dżentelmenów, w których obecność kobiet nie jest mile widziana, co warto, myślę sobie, po prostu uszanować. „Jeśli jako Żydówka – pisze Arendt – mam ochotę spędzać wakacje wyłącznie w towarzystwie Żydów, nie widzę podstaw, żeby ktokolwiek miał mi tego zabronić". Albowiem każdy wolny człowiek ma prawo bawić się, śmiać, tańczyć, z kim chce i kiedy chce. Jakiś stopień konformizmu wydaje się pożądany w obrębie każdej społeczności, skoro akceptuje się w niej jedynie tych, którzy dostosowują się do norm, jakimi się ona rządzi. „W każdym razie dyskryminacja jest tak samo nieodzownym prawem społecznym, jak równość jest nieodzownym prawem politycznym. Problem nie w tym, jak zlikwidować dyskryminację, ale jak utrzymać ją w granicach sfery społecznej, gdzie jest uprawniona, nie pozwalając zarazem, by przedostała się do sfery politycznej i prywatnej, gdzie jest destrukcyjna".

W przestrzeni publicznej prawo do dyskryminacji jest mocno ograniczone. Nikomu nie mogę odmówić prawa wyborczego, prawa wstępu do muzeum, do pociągu czy wreszcie na utrzymywany ze środków publicznych uniwersytet. Wszakże pod jednym warunkiem: osoba, która się o to stara, bez względu na to, czy jest świętym, geniuszem, chorym psychicznie, czy zwykłym półgłówkiem, respektuje reguły właściwe dla funkcjonowania danej instytucji. Nie ma najmniejszej potrzeby zapoznawania się ze szczegółowo ujętymi regulaminami działania tych instytucji, z precedensami czy kodeksem prawa cywilnego. Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka. Do życia konieczny jest dystans.

Autor jest profesorem filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, zastępcą redaktora naczelnego kwartalnika filozoficznego „Kronos". Opublikował m.in. „Hodowanie troglodytów" (2014) i „Umieram, więc jestem" (2016).

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL