Platforma Obywatelska

Bogdan Zdrojewski: Biedroń nie jest liderem, który przeciwstawi się PiS

Fotorzepa, Dariusz Golik
Szyld Platformy Obywatelskiej odzyskał siłę, ale już nie blask – mówi były minister kultury Bogdan Zdrojewski.

Rzeczpospolita: Jak pan ocenia stan gry w kampanii wyborczej we Wrocławiu?

Bogdan Zdrojewski, europoseł PO: Nie oceniam. Faktem natomiast jest, że odmówiłem poparcia kandydatury Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Ku mojemu zdziwieniu zostało to przyjęte w PO nawet ze zrozumieniem. Z oczywistych powodów nie będę o tej kandydaturze wypowiadał się negatywnie. Byłoby to już wbrew interesom mojej partii. Natomiast walka o Wrocław zapowiada się interesująco. Może to być także istotny barometr dla władz partii.

Dlaczego? Bo jest konserwatywnym kandydatem PO?

Patrząc na całą mapę wyborów samorządowych, PO w większości wypadków popiera kandydatów bez legitymacji partyjnej. Są to bardzo różne kandydatury, wystarczy porównać Kraków, Poznań czy np. Rzeszów. Członkami PO są kandydaci w Warszawie czy np. Szczecinie. Wszystkie wyniki łącznie, wraz ze zdolnością do obrony władzy w sejmikach, pokażą kondycję PO, ale także innych partii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, Sejmu i Senatu. Wynik we Wrocławiu może być o tyle istotny, że pokaże granice akceptacji szerokiego elektoratu dla kandydatur spoza Platformy.

Za mało jest kandydatów z partyjną legitymacją PO?

Nie. To jedynie dowód na spory dystans do partii wyborców. Wynika przede wszystkim z pogarszającej się jakości życia politycznego. Dziś wielu kandydatom szyldy partyjne nie tylko nie pomagają, ale zdarza się, że nawet ciążą.

A pan zastanawia się jeszcze nad wejściem do gry we Wrocławiu?

Już nie. Pozostawiałem sobie 1–3 proc. takich szans, ale po rozmowach o mieście, także z rozmaitymi kandydatami na prezydenta, organizacjami NGO, uznałem, że to nie jest dobry pomysł. Ani dla mnie, ani także dla miasta. Wrocław potrzebuje nowego otwarcia, nowej energii, a nie sentymentalnego powrotu do czasu mojej 11-letniej prezydentury. Mam spore wymagania wobec siebie, dobrą orientację o kondycji miasta i w sposób odpowiedzialny mogę powiedzieć, że to nie byłoby dobre rozwiązanie. Komplementy przyjąłem ciepło, podobnie jak niezwykle dla mnie korzystne dane sondażowe. Traktuję je jednak jako wyraz sympatii i dobrej pamięci o mojej wcześniejszej pracy.

Jak pana zdaniem ma się teraz szyld partyjny PO? Lepiej czy gorzej niż w 2015 r.?

Szyld odzyskał siłę, ale nie blask. Siła wynika ze słabości innych, ale także ciężkiej pracy wielu posłów. Do blasku potrzeba jednak dużo więcej. Dziś to na PO spoczywa główny ciężar walki opozycyjnej, ale także konieczność zbudowania przekonującego przekazu na kolejną kadencję. Ważne też, by PO zabiegała bardziej o elektorat bliski PiS niż o polityków z PiS.

Chce pan w takim razie startować do PE z listy PO w 2019 r.?

Myślę, że powinienem. Jestem politykiem dość konsekwentnym i ceniącym otrzymywane od wyborców role. Nie skaczę ani z partii do partii, ani też nie jestem kolekcjonerem stanowisk. Prezydentem Wrocławia byłem ponad 11 lat (to w tamtych czasach absolutny rekord), a ministrem kultury siedem lat, co także było bez precedensu. Wiem też, że PE ma swoją specyfikę i niezwykle cenne jest kontynuowanie w nim pracy. W Niemczech, ale także w innych państwach, wyraźnie dzieli się kariery na te krajowe i europejskie. Po co? By w efekcie posiadanych doświadczeń uzyskiwać większą skuteczność. Dziś Jerzy Buzek, Janusz Lewandowski czy też np. Jan Olbrycht to liderzy i cenieni partnerzy w kluczowych debatach i rozstrzygnięciach.

A chciałby pan startować z listy PO czy z listy Tuska, o której się często mówi?

Zawsze dla mnie najważniejszy, ten pierwszy, jest interes państwa, potem moich wyborców i dopiero później interes partii. Dobrze, gdy łączą się bez konieczności jakichkolwiek kompromisów. Czasami jednak trzeba zdobyć się na krytycyzm wobec tego, co partia proponuje. Lokajów i klakierów w żadnej partii nigdy nie brakuje. Krytycznych ocen zawsze mamy deficyt, a to one często są ważną przestrogą. Tak też – przypomnę – było, gdy wbrew Donaldowi Tuskowi postanowiłem powalczyć o funkcję szefa klubu przeciwko Zbigniewowi Chlebowskiemu. Jestem przekonany, że tamta moja decyzja uchroniła w znacznym stopniu klub przed podziałem, i to na rok przed wyborami. Dziś poczekajmy na wyniki wyborów do samorządu i dopiero wówczas budujmy scenariusze na przyszły rok.

Kogo te wybory zweryfikują?

Dziś w jakimś sensie wiatr wieje dla lewicy. Ale SLD, zamiast budować nowy jacht, by skorzystać z tego wiatru, podejmuje próbę na starej łajbie. Nowoczesna w samorządzie prawie nie istnieje. PSL będzie walczyć o minimalizację strat. Poprzednie wybory były dla ludowców splotem nadzwyczajnie dobrych okoliczności. PiS swoim sceptycyzmem wobec instytucji samorządu, a także centralizmem w myśleniu o państwie, będzie szukać raczej namiestników niż autentycznych, samodzielnych liderów w terenie. Sam jestem ciekawy, jak wyborcy odczytają te wszystkie intencje. Najtrudniejsze zadanie ma jednak SLD. Przede wszystkim dlatego, że nie ma ich w parlamencie.

Ale ta łódka całkiem nieźle sobie daje radę. Ma 10 proc. poparcia w nowym sondażu dla „Rzeczpospolitej".

Sojusz ma za sobą rekordową liczbę błędów. Policzkiem dla ich kobiecego elektoratu była kandydatura Magdaleny Ogórek na prezydenta, a następnie mało wiarygodna koalicja i buta przy chęci pokonania 8-proc. progu dla koalicji. Ten stracony odsetek dzierży dziś PiS. Osobiście uważam, że lewica jest potrzebna na scenie politycznej, ale dziś jest raczej wciąż na drodze ku niewiadomej, pomimo sprzyjających wiatrów.

Donald Tusk po tej weryfikacji samorządowej Platformy wkroczy do gry?

Jestem przekonany, że co najmniej do końca tego roku nie będzie żadnej nowej inicjatywy Tuska. To polityk niezwykle odpowiedzialny, ma także świadomość swojej roli w stabilizowaniu sytuacji w UE przy niezwykłych wstrząsach (np. brexit). Dziś jego zaangażowanie w sprawy krajowe mogłoby być bardzo źle odebrane. Natomiast ze względu na kończącą się w przyszłym roku kadencję powoli to ograniczenie będzie wygasać. Dziś widzimy przewodniczącego Rady Europejskiej w świetnej formie i znakomicie orientującego się w naszych sprawach. Czy przyjmie rolę patrona, uczestnika określonego projektu czy, tylko recenzenta? Zobaczymy.

Czy jednak nie rozbije on opozycji?

Nie. On wie, że liczą się wyłącznie silne projekty. Nie sądzę, by angażował się w pomysł słabo rokujący. Jeśli dziś mamy znikającą Nowoczesną, dryfujące SLD, a także liczny elektorat kontestujący całą partyjną rzeczywistość, to by pokonać PiS (tu elektorat jest żelazny), być może potrzebne będzie szukanie nowego wsparcia dla PO lub uzupełniającej alternatywy. Lech Wałęsa powiedziałby „drugiej nogi". Przede wszystkim po to, aby nikt rozczarowany nie pozostał w domu.

Co pana zdaniem zrobi Tusk po końcu kadencji?

On sam zdefiniował już swoją rolę, mówiąc, że będzie dbał o formę i nie wybiera się na polityczną emeryturę, tylko wraca do Polski. Problem, kiedy i z jakim pomysłem. Dziś w interesie Europy, a więc i Polski, jest wypełnienie mandatu Donalda Tuska do końca. To, czy nieco wcześniej zacznie zaznaczać swoje zainteresowanie określonym projektem, zależy od rozwoju sytuacji, a także kondycji całej opozycji.

A Robert Biedroń nie jest dla niego zagrożeniem?

Nie. Proszę nie żartować. Doceniam aktywność Biedronia, jeśli chodzi o poszerzenie tolerancji, walkę z ksenofobią, ale nie widzę w nim potencjału na lidera zdolnego przeciwstawić się PiS.

Czyli nie podniesie sztandaru lewicy?

To inne pytanie. Posiadanie w składzie lewicy Roberta Biedronia to zysk. Liczenie na to, że dźwignie ciężki sztandar lewicy, to raczej naiwność. SLD ma sporą liczbę indywidualności, ale do tej pory zbyt dobre samopoczucie kilkunastu z nich nie dawało szansy zbudowania drużyny. Przez co często ich tracono, przeważnie bez sensu, albo sklejano bez wystarczającej wiarygodności.

Jak PO może wygrać z PiS?

Przede wszystkim wiarygodnym przekazem, skromnością, rzetelnością i dobrą komunikacją ze społeczeństwem. Osobiście uważam, że dzisiejsza sytuacja z PiS powinna nam się zdarzyć wcześniej. To określony przypadek i gdy pojawia się szybko, działa jak szczepionka. Dziś zainfekowany państwowy organizm wymaga poważnego leczenia i nie obędzie się bez radykalniejszych aktywności. Ważne, by jednak nie przesadzić. Lekarstwo nie może być gorsze od choroby. Kolejność jednak jest prosta: obronić pozycję w samorządach, wystawić najlepszy skład w wyborach do PE, a następnie przedstawić spójny program na kluczową kadencję polskiego parlamentu.

Wybory samorządowe to ważny test na posiadane zaplecze, ale także pokazanie umiejętności komunikowania się z lokalnymi politykami.  Wybory do PE to sprawdzian na polu skuteczności zbudowania ekipy w ramach EPP, by nie oddać pola eurosceptykom czy nawet przeciwnikom naszej w niej obecności. A wybory krajowe to wyzwanie związane przede wszystkim z koniecznością powrotu państwa z szanowaną konstytucją, niezawisłym wymiarem sprawiedliwości i gospodarką rozwijającą się  w wyniku inwestycji a nie konsumpcji.

A czy może być lista wspólna PO-Nowoczesnej, jeśli Nowoczesna jest w ALDE?

Moim zdaniem nie. To byłoby kompletnie niezrozumiałe, choć w przyszłej kadencji być może ALDE będzie w koalicji z EPP. Wątpię też w zdolność do przetrwania i zbudowania silnej listy przez nowoczesną za rok. To też może wytworzyć sporą lukę dla nowej inicjatywy. Nie sądzę jednak by więcej niż cztery, maksimum pięć list uzyskało mandaty w przyszłym PE. Konieczne będą sojusze i szerokie porozumienia.

Czyli Nowoczesna albo przechodzi do EPP, albo startuje sama?

Nowoczesna popełniła wiele błędów. Także szybka deklaracja bycia z ALDE dziś jest może nie obciążeniem, ale na pewno nie atutem. Nie wykluczam możliwości poszukiwania przez Nowoczesną nowych sojuszników. Ale ich znalezienie w Polsce jest mało prawdopodobne.

A czy PiS może wstąpić do EPP?

To nie jest realne. Prawnie oczywiście dopuszczalne. Nawet przy braku zgody PO. Niemniej jednak PIS dziś ma jedynie Fidesz Orbana za sojusznika takiej decyzji. Już obserwuje, że samo podjęcie tematu komplikuje i tak niełatwą sytuację Węgrom. Poza tym mamy też ważną deklarację szefostwa partii, że w EPP nie ma miejsca dla formacji łamiącej prawo, naruszającej niezawisłość sądów, lekceważącą orzeczenia np. TK etc.

Przekonuje pana scenariusz wielkiej koalicji od PO po PSL i SLD?

Nie. PSL z mozołem odrabia straty, SLD ma swój czas, który pewnie zmarnuje, a PO z racji doświadczenia, także dzięki posiadanym funduszom ma możliwość dyktowania warunków. Mam jednak przekonanie, że scena polityczna w Polsce na skutek poważnego zubożenia ponownie nie jest w całości zagospodarowana.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL