Opinie

Andrzej Sośnierz: Pacjenci stracą na zmianach w służbie zdrowia

Andrzej Sośnierz
Fotorzepa, Karol Kamiński
O tym, dlaczego planowana likwidacja NFZ nie ma sensu, a reforma Konstantego Radziwiłła może pogorszyć sytuację w służbie zdrowia, a także o niekompletnej koncepcji sieci szpitali mówi Karolinie Kowalskiej lekarz, poseł PiS, były prezes NFZ i twórca Śląskiej Kasy Chorych.

Rz: Spore kontrowersje wywołały wypowiedzi pana i prezesa NFZ Andrzeja Jacyny, że likwidacja Funduszu nie ma sensu, a przynajmniej powinna być odłożona na później.

Andrzej Sośnierz: Podobnie jak prezes Jacyna uważam, że jeśli zmiana ma być kosmetyczna i polegać na przeprowadzce płatnika z NFZ do urzędów wojewódzkich, to nie ma większego sensu. Od początku opowiadałem się za likwidacją NFZ, ale taką, która miała służyć decentralizacji tej instytucji, co zwiększyłoby jej sprawność i spowodowało, że szybciej odpowiadałaby na potrzeby lokalne. Zastępowanie NFZ scentralizowaną administracją wywoła wyłącznie niepokój i perturbacje, związane choćby ze zmianą nazwy i przesunięciem pracowników dzisiejszego Funduszu do sektora administracji państwowej.

Wielu komentatorów uznało, że wystąpili panowie przeciwko linii partii.

W PiS panuje swoboda dyskusji merytorycznej, która nie byłaby możliwa w niektórych innych partiach. To jest właściwy etap przed podjęciem ostatecznej decyzji. Zgadzam się z ministrem Radziwiłłem, że Fundusz powinien zostać zlikwidowany, ale jeśli ma go zastąpić tak samo funkcjonująca instytucja, to lepiej zostawić go w obecnym kształcie. NFZ też może realizować zadania przypisane wojewodzie, tym bardziej że minister chce, by był administracją niezespoloną – teoretycznie będącą organem wojewody, ale faktycznie, tak jak dziś, podlegającą ministrowi. Takiej zmiany nie wymusza także obywatelski tytuł do świadczeń zdrowotnych. NFZ nie musi być finansowany ze składki ubezpieczeniowej. Może być beneficjentem dotacji państwowej.

Skrytykował pan też inny flagowy projekt ministra – wprowadzenie sieci szpitali.

Trzeba zadać sobie pytanie, po co ta sieć jest wprowadzana. Jeśli rzeczywiście po to, by zabezpieczyć podstawowe potrzeby szpitalne pacjentów, to najwyraźniej jest niekompletna, bo na podstawowych poziomach, w placówkach I stopnia, zabrakło pracowni kardiologii inwazyjnej, do których trafiają pacjenci z zawałem, pracowni dializ i oddziałów intensywnej opieki medycznej (OIOM-ów), które oczywiście nie muszą być w każdym powiecie, ale muszą być dostępne jako świadczenie pierwszoliniowe. Zaproponowana struktura sieci jest dość archaiczna, nie uwzględnia zmian wynikających z postępu naukowego i technicznego.

Po co więc minister tworzy sieć?

Wydaje się, że najbardziej czytelnym powodem jest zapewnienie pieniędzy w trybie pozakonkursowym szpitalom publicznym, co wprowadzi nierówne traktowanie podmiotów leczniczych – publiczne będą miały lepszy dostęp do środków publicznych niż prywatne. Mamy do czynienia z doktrynalnym podejściem do sprawy lub wprowadzaniem zmian dla samych zmian. Wiceminister Piotr Gryza, przedstawiając w Sejmie, jak rozumie budżetowanie szpitali będących w sieci i oddziałów, które na danym stopniu sieci się do niej kwalifikują, twierdził, że zamiast kontraktu po prostu otrzymywałyby budżet. Dla mnie jednak zmiana jest fundamentalna, bo stanowi odwrócenie filozofii wprowadzanej u zarania systemu ubezpieczeniowego, która stanowiła, że to pacjent jest najważniejszy w systemie. Żeby dostać pieniądze, najpierw trzeba było wykonać usługę i się z niej rozliczyć. Bo jeśli lekarz czy szpital już ma pieniądze, a jeszcze nie ma pacjenta, w naturalny sposób próbuje wydać je jak najoszczędniej, a pacjenta traktuje jak obciążenie. Być może minister Gryza chce powiązać gwarancję finansowania z jakimś sposobem rozliczania punktowego, co nie zostało jeszcze jasno przedstawione, ale nie uniknie zmiany zachowań lekarzy. Chciałbym, by skorzystano tu z mojego doświadczenia lekarza wojewódzkiego, który w latach 90., przed wprowadzeniem kas chorych, rozdzielał pieniądze dla ponad stu szpitali na Śląsku, czyli był odpowiednikiem dzisiejszego szefa wojewódzkiego oddziału NFZ. W takiej sytuacji kierownictwa szpitali starają się mieć dobre relacje przede wszystkim z tym, który rozdziela pieniądze, pacjent siłą rzeczy schodzi na drugi plan. I dla wszystkich będzie lepiej, jeśli lekarze najpierw będą musieli wyleczyć pacjenta, a potem zwrócą się o pieniądze do NFZ.

Czy reforma zaszkodzi służbie zdrowia?

Wszyscy zgadzamy się, że trzeba poprawić funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej, ale niektóre środki dobrane przez pana ministra mogą pogorszyć sytuację. Uważam, że program PiS można realizować, dobierając inne środki. Fakt, że partia dopuszcza dyskusję, daje nadzieję, że koncepcję ministra można dopracować.

Jak pan realizowałby ten program?

Poprzez decentralizację NFZ i większą decyzyjność na szczeblu regionalnym, bo dziś zdarza się, że problem jednego pacjenta, który cierpi na jakieś nietypowe schorzenie, przetacza się przez całą Polskę, by dotrzeć do ministra. Uważam, że oddziałom regionalnym należy dać większą swobodę, również po to, by nie obciążać ministra rzeczami, które mogą rozstrzygnąć niższe instancje. Minister ma panować nad systemem, ale nie przez wtrącanie się w sprawy incydentalne. Chodzi mi o wzmocnienie roli szefa resortu zdrowia, ale nie w sposób bizantyjski, polegający na tym, że kontroluje on wszystko co do najmniejszego szczegółu, ale poprzez kontrolowanie systemu i formułowanie jasnych zasad jego funkcjonowania. Przydałoby się też zderegulowanie systemu kontraktowania i zastąpienie aktualnego systemu rankingowego negocjacyjnym. Konieczne też byłoby zmniejszenie wymogów, przede wszystkim kadrowych stawianych placówkom leczniczym. Aktualnie zbyt wysoko podkręcone wymogi powodują zdecydowany wzrost kosztów pracy. Tymczasem grozi nam jeszcze ściślejsza regulacja i tak przeregulowanego systemu wprowadzonego przez Platformę Obywatelską. Uważam, że czas z tym skończyć.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL