Opinie

Anna Wojda o reformie szkolnictwa wyższego

Anna Wojda
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Studentów czekają niebawem duże zmiany. Zwłaszcza tych, którzy chcą uczyć się wieczorowo lub zaocznie. Na studiowanie będą musieli poświęcić więcej czasu. Resort nauki mówi, że dwa dodatkowe semestry. Zamiast pięciu lat nauka potrwa więc sześć. A jeśli ktoś zechce najpierw zdobyć licencjat, a potem dopiero uzyskać tytuł magistra, może studiować nawet siedem lat.

Wprowadzając te zmiany, ministerstwo chce rozwiązać problem słabego wykształcenia studentów studiów zaocznych i wieczorowych. Cieszy, że wreszcie ktoś to zauważył. Nie jestem jednak pewna, czy wydłużenie nauki pozwoli podnieść poziom wykształcenia studentów. O tym bowiem decyduje nie czas, jaki spędzają na uczelni, ale to, co ma im ona do zaoferowania. Pracodawcy od dawna mówią, że za dużo jest teorii, a za mało praktyki, i że absolwenci polskich szkół i uczelni nie są przygotowani do wejścia na rynek pracy.

Jest jeszcze kwestia odpłatności za takie studia. Ich wydłużenie może sprawić, że trzeba będzie zapłacić za nie więcej, a wyższy koszt może przełożyć się na spadek liczby chętnych.

Zmiany czekają też same uczelnie. A trzeba pamiętać, że ich prowadzenie nie jest biznesem takim samym jak myjnia samochodowa czy warzywniak. W Polsce działa obecnie 400 szkół wyższych, wiele powstało po 1990 r. Część z nich tylko po to, by zarabiać pieniądze, i trudno nazwać je prawdziwymi uczelniami, to raczej „punkty akademickie". Ludzie potrzebowali dyplomów, a skoro był na nie popyt, pojawiły się instytucje, które mogły go zaspokoić. Uczelnie wiedzą, że jeśli nie ma studenta, nie ma pieniędzy. A gdy nie ma pieniędzy, są kłopoty. Nie będą więc – choćby z tego powodu ­– zainteresowane pozbywaniem się słabych studentów, jeśli tylko ci będą przynosili pieniądze.

Jest za to szansa, że skończą się czasy obwoźnych nauczycieli akademickich wpisywanych na listy wykładowców na kilku wyższych uczelniach, bo te potrzebowały ludzi z tytułami. Minimum kadrowe zniknie. Po zmianach tym naukowcom, których uczelnia zechce zatrudnić, będzie musiała zaproponować etat, a nie umowę cywilnoprawną. I to ona zdecyduje, ile im zapłaci, bo wynagrodzenia nie będą regulowane przepisami. Może dzięki temu pojawią się uczelnie z wyłącznie dobrymi wykładowcami?

Bardzo bym chciała, by proponowane zmiany spowodowały podniesienie poziomu wykształcenia i wartości dyplomu uczelni wyższej. Bo każdy, kogo praca wymaga wyższego wykształcenia, cierpi na jego degradacji. W akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej z 1600 r., która była pierwszą prywatną uczelnią wyższą w Polsce, czytamy: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". A wszystkim nam powinno zależeć na przyszłości naszego kraju.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL