Opinie

Mariusz Królikowski o Sądzie Najwyższym: Rządzi ten, kogo ludzie uważają za prawowitego władcę

Prof. Małgorzata Gersdorf
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Obóz rządzący przez brak wyobraźni wpędził siebie i nas wszystkich w sytuację, z której dobrego wyjścia nie ma. W sprawie wokół pierwszej prezes Sądu Najwyższego liczy się nie tylko, kogo uznają sędziowie. Znaczenie będzie miało nawet zachowanie kadr, księgowości i straży sądowej – pisze sędzia.

W komnacie siedzi trzech wielkich ludzi: król, kapłan i bogacz, który ma złoto. Między nimi stoi najemnik, pozbawiony znaczenia człowiek o podłym pochodzeniu i niewielkim rozumie. Każdy z możnowładców rozkazuje mu zabić pozostałych dwóch. Król mówi: „Zrób to, albowiem jestem prawowitym władcą" kapłan: „Zrób to, gdyż rozkazuje ci w imieniu bogów", a bogacz: „Zrób to, a całe złoto będzie należało do ciebie". Powiedz mi, kto ocali życie, a kto zginie?" – takie pytanie zadaje George R.R. Martin w swojej słynnej sadze „Pieśń lodu i ognia" znanej też jako „Gra o tron" ustami swojego bohatera Varysa. I odpowiada: władzę ma ten, kogo ludzie uważają za sprawującego władzę.

Czytaj także: Gersdorf na urlopie do 19 lipca. Iwulski: jest plan, by wróciła na stanowisko I prezesa SN

Zagadka lorda Varysa przypomniała mi się w chwili, gdy znaczące zmiany personalne dotykają Sąd Najwyższy i pojawia się kwestia obsadzenia stanowiska pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Mamy bowiem właśnie do czynienia z punktem kulminacyjnym konfliktu o Sąd Najwyższy, co jest ostatnim aktem dramatu w wojnie o sądy.

Klucz w przepisach przejściowych

Nowa ustawa o SN, która weszła w życie 3 kwietnia i była od tej pory już dwukrotnie nowelizowana, zakłada obniżenie do 65 lat wieku spoczynkowego sędziów tego sądu. I nie byłoby w tym nic złego, bo konstytucja zakłada określenie wieku spoczynkowego sędziów przez ustawę, a wiek 65 lat dotyczy zarówno sędziów sądów powszechnych, jak i obywateli w powszechnym systemie emerytalnym. Ale pojawił się problem związany z przepisami przejściowymi dotyczącymi sędziów, którzy 65 lat ukończyli przed wejściem w życie ustawy. Zamiast oświadczenia o zamiarze dalszego orzekania – jak w przypadku zatrudnienia każdego pracownika – przewidziano bardzo wątpliwą procedurę składania wniosku do prezydenta, który dowolnie mógłby decydować o utrzymaniu sędziego w służbie. W toku negocjacji z Komisją Europejską dodano jeszcze opinię Krajowej Rady Sądownictwa. Innymi słowy, każdy obywatel ma prawo przejść na emeryturę, a sędzia SN ma obowiązek – o ile prezydent mu nie zezwoli na dalsze orzekanie.

Sędziowie SN zareagowali na ten dziwny przepis w sposób zróżnicowany. Troje skorzystało z możliwości wcześniejszego odejścia w stan spoczynku. Dziesięciu nie złożyło żadnego wniosku, w związku z czym przeszli w stan spoczynku 4 lipca. I tu sporu nie ma. Kolejnych 9 sędziów złożyło wnioski o dalsze orzekanie, w trybie przewidzianym ustawą. Na chwilę pisania tego tekstu są one na etapie opiniowania przez KRS. Najciekawsza jest jednak sytuacja prawna sędziów, którzy złożyli oświadczenia o chęci dalszego orzekania, ale nie w trybie ustawy, lecz bezpośrednio na podstawie konstytucyjnej zasady nieusuwalności sędziów. Tak zrobili m.in. prezesi SN Stanisław Zabłocki i Józef Iwulski. No i jest wreszcie kazus pierwszej prezes SN, która nie złożyła żadnego oświadczenia, uznając, że konstytucja gwarantuje jej dokończenie 6-letniej kadencji bez żadnych dodatkowych oświadczeń i wniosków.

Dwa ostatnie przypadki są przedmiotem obecnego gorącego sporu politycznego i prawnego. Kwestia sędziów, którzy odeszli na własną prośbę, nie złożyli żadnych oświadczeń lub złożyli wnioski o przedłużenie orzekania zgodnie z ustawą, wątpliwości nie budzi. Natomiast twardy orzech do zgryzienia będzie miał prezydent Andrzej Duda z sędziami, którzy wniosków zgodnych z ustawą (z zaświadczeniami lekarskimi) nie złożyli, ale wydali oświadczenia o zamiarze orzekania oparte bezpośrednio na konstytucji. Największym problemem dla władz jest sytuacja pierwszej prezes SN, która jedynie ustnie oświadczyła, że chce nadal pozostać w stanie czynnym – czemu dała wyraz w praktyce, stawiając się w swoim miejscu pracy dzień po upływie ustawowego terminu przejścia w stan spoczynku.

Czytaj także: Iwulski przejął obowiązki Gersdorf

Oczywiście sytuacja byłaby znacznie prostsza, gdyby prof. Małgorzata Gersdorf złożyła w terminie stosowne oświadczenie o zamiarze dalszego orzekania, jak to uczynił np. prezes NSA prof. Marek Zirk-Sadowski. W takim przypadku należałoby uznać, że postępowanie jest w toku, co wstrzymywałoby ewentualne jej przejście w stan spoczynku. Pierwsza prezes postanowiła nie ułatwiać życia decydentom i poprzestała na oświadczeniu ustnym.

Zgodnie z nową ustawą sytuacja jest jasna. Ci sędziowie, którzy wniosek złożyli, muszą czekać na arbitralną decyzję prezydenta. Pozostali przechodzą w stan spoczynku. Także ci, którzy złożyli oświadczenia oparte na konstytucji i nie skorzystali ze swoistego koła ratunkowego, które podał im przewodniczący KRS sędzia Leszek Mazur, wnoszący o uzupełnienie braków formalnych w postaci dosłania zaświadczeń lekarskich. Zgodnie z treścią ustawy w stan spoczynku powinna przejść także prof. Gersdorf, która nie złożyła żadnego wniosku ani oświadczenia. Trybunał Konstytucyjny w tej sprawie się nie wypowiedział, więc istnieje domniemanie konstytucyjności i tyle. Pozornie wszystko jasne.

To nie takie proste

W rzeczywistości jednak sprawa jest o wiele bardziej złożona. Szczególnie w przypadku pierwszej prezes, której sześcioletnia kadencja została wprost zagwarantowana konstytucyjnie, zaś regulacje ustawowe zmierzają ewidentnie do obejścia przepisu konstytucji i faktycznego skrócenia tej kadencji. O ile bowiem ustawodawca może ustalać wiek spoczynkowy sędziów, także wbrew ich woli, co potwierdził TK w roku 1998, o tyle obniżenie tego wieku w toku kadencji organu konstytucyjnego nie może skutkować jej skróceniem. W innym bowiem przypadku wszelkie konstytucyjnie określone kadencje byłyby iluzją, gdyż ustawą zwykłą można by wprowadzać dowolne warunki skracające kadencję każdego organu konstytucyjnego. Na przykład, manipulując wiekiem emerytalnym albo wprowadzając dodatkowe warunki w przypadku mandatu posła albo prezydenta. Notabene, idąc takim tokiem rozumowania, Klub Kukiz 15 złożył właśnie projekt określający wiek emerytalny posłów na 65 lat... Jak wszyscy, to wszyscy...

Z tego powodu prof. Gersdorf nie musiała spełniać żadnych dodatkowych warunków, aby dokończyć swoją kadencję. Rzecz jasna byłoby prościej, gdyby złożyła oświadczenie, ale nawet jeśli tego nie uczyniła, to i tak ustawa jej kadencji skrócić nie może – a taki byłby de facto skutek opierania się wyłącznie na treści ustawy. Skrócenie kadencji byłoby oczywistym naruszeniem jednoznacznego przepisu konstytucji i nie jest potrzebne orzeczenie TK, by mógł to stwierdzić każdy organ państwowy stosujący te przepisy. Nie można więc się dziwić stanowisku Zgromadzenia Ogólnego SN, które jednogłośnie uznało, że kadencja pierwszej prezes nie ulega przerwaniu i trwać ma do 30 kwietnia 2020 r.

Czytaj także: KPRM: Prof. Gersdorf nie jest już prezesem SN

W przypadku pozostałych sędziów SN, którzy złożyli oświadczenia w trybie pozaustawowym, sytuacja jest mniej rażąca, jednak i w tej sytuacji należałoby się poważnie zastanowić, czy konstytucyjna norma nieusuwalności sędziów ma pierwszeństwo przed normą ustawy, skracającą wiek spoczynkowy. I pozostawić ich na stanowiskach, nawet jeśli nie dostarczyli zaświadczeń lekarskich, o które rozbija się cała sprawa.

W tym miejscu widać wyraźnie brak wyobraźni po stronie autorów tych przepisów. Otóż, zarówno ustawodawca, jak i autor projektu – czyli prezydent – nie przewidzieli takiego rozwoju sytuacji. Założono, że sędziowie SN w wieku 65+ podporządkują się nowej ustawie i posłusznie przejdą na spoczynek albo złożą wnioski o przedłużenie możliwości orzekania. Tymczasem tak się nie stało. Pierwsza prezes wniosku nie złożyła i pozostaje na stanowisku, za aprobatą wszystkich sędziów SN. Grupa sędziów złożyła oświadczenia, ale nie w trybie ustawowym (bez zaświadczeń lekarskich). I mamy sytuację zupełnie patową.

Prezydent zagubiony

Na pierwszej linii tego starcia znalazł się prezydent Duda. Najwyraźniej nie bardzo wiedział, co z tą sytuacją począć, bowiem nie powołał tymczasowego p.o. pierwszego prezesa, do czego byłby zobowiązany w przypadku zwolnienia tego stanowiska. Pojawił się jedynie lakoniczny komunikat, że nie ma terminu na powołanie p.o. prezesa. Istotnie, nie ma, ale trudno oczekiwać, że w razie wakatu na tym stanowisku stan zawieszenia może trwać przez długie miesiące. W rezultacie poza sporem jest jedynie to, że pod nieobecność prof. Gersdorf (np. z powodu urlopu, na który się wybrała) Sądem Najwyższym kierować będzie sędzia Józef Iwulski. A i to tylko do czasu rozstrzygnięcia kwestii jego oświadczenia o dalszym orzekaniu, w którym nie odwołał się do żadnej podstawy prawnej.

Co dalej? Trudno prorokować, gdy każdy dzień przynosi nowe wydarzenia, a poranna opinia wieczorem staje się nieaktualna? W każdym razie sytuacja zaczyna przypominać tę z książki George'a Martina. Większość środowiska prawniczego, włącznie z niżej podpisanym, uważa, że pierwsza prezes pełni swą funkcję do 30 kwietnia 2020 r. Inni (z prezydentem na czele) twierdzą, że od 4 lipca prof. Gersdorf jest w stanie spoczynku.

Czytaj także: I Prezes SN Małgorzata Gersdorf nie godzi się na odejście w stan spoczynku

W tej sytuacji istotna jest kwestia uznania. Władcą jest ten, którego inni uznają za władcę. Jeśli sędziowie SN konsekwentnie będą uznawali prof. Gersdorf za pierwszego prezesa (a tak wynika z niedawnych uchwał), to będzie ona pełniła tę funkcję, nawet w przypadku pójścia na urlop. Niezależnie od tego, czy osobiście, czy też przez zastępcę w osobie prezesa Iwulskiego. Oczywiście ważna jest też postawa personelu niższego szczebla. W pewnym filmie wojennym o niepowodzeniu akcji decyduje dowódca batalionu wartowniczego (który jednych aresztuje, a innych wypuszcza) oraz szef telegrafistów (który jedne rozkazy puszcza, a innych nie). Tak samo w tej sytuacji może mieć znaczenie postawa kadrowej, która udziela urlopu, księgowej, która nalicza wynagrodzenie (inne w stanie spoczynku niż w stanie czynnym) czy nawet dowódcy zmiany strażników. Czynniki zewnętrzne (sędziowie powszechni, organizacje prawnicze, demonstranci, media, politycy) mają znaczenie jako grupy wpływu, ale cała sytuacja rozegra się wewnątrz gmachu przy pl. Krasińskich w stolicy.

W każdym razie obóz rządzący, przez brak wyobraźni, wpędził siebie i nas wszystkich w sytuację, z której dobrego wyjścia nie ma. Wszyscy okopali się na upatrzonych pozycjach i słabo widać możliwości sensownego wyjścia z tego pata. Upływ czasu niewiele tu zmieni, bo nawet powołanie 44 nowych sędziów SN (co nastąpi za kilka albo i kilkanaście miesięcy) też nie sprawi, że sytuacja zostanie naprawiona. Wśród nowych nominatów zapewne nie będzie wyłącznie zwolenników prorządowej interpretacji prawa, a takich przypadków jak sędzia TK Piotr Pszczółkowski z pewnością pojawi się więcej. I nawet jeśli znajdzie się jakiś kamikadze, który zechce być p.o. pierwszego prezesa (na razie takie informacje zostały zdementowane), to i tak pozostaje kwestia posłuchu wobec jego decyzji. A także późniejsza kwestia wyboru nowego pierwszego prezesa, do czego potrzeba kworum i aż pięciu kandydatów. Można zaryzykować proroctwo, że ta tymczasowa sytuacja przeciągnie się co najmniej do wyborów w roku 2019, a może i do końca kadencji prof. Gersdorf w kwietniu roku 2020.

Wakaty dla najlepszych

Pozostaje też otwarta kwestia, co robić z obwieszczonymi wolnymi miejscami w SN, w symbolicznej liczbie 44. Są to w większości nowe etaty. 36 miejsc przewidziano w dwóch nowych Izbach: Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej. Jedynie 8 miejsc obwieszczono w dotychczasowych Izbach i są to wakaty z lat ubiegłych. Ile miejsc zostanie obwieszczonych na miejsca tych sędziów, którzy na mocy nowych przepisów przejdą w stan spoczynku? Tego na razie nie wiadomo, bo nie zostały jeszcze rozpoznane wnioski o dalsze orzekanie. Na pewno będzie to co najmniej 14 miejsc (tylu sędziów odeszło na własną prośbę lub nie złożyło oświadczeń o dalszym orzekaniu), a najwyżej 30 (tylu sędziów przekroczyło 65. rok życia lub odeszło na własną prośbę).

Opinie co do startowania na stanowiska w SN są podzielone. Część sędziów uważa, że startować w ogóle nie należy, bo oznacza to stawanie przed niekonstytucyjną KRS. Są nawet propozycje wzywania do bojkotu konkursów, aczkolwiek nie wydaje się, aby miały one jakiekolwiek szanse powodzenia. Taką opcję reprezentuje m.in. autor akcji „Dziękuję, nie kandyduję" sędzia Jacek Ignaczewski. Ale już prezes Stowarzyszenia „Iustitia", sędzia Krystian Markiewicz, takiego kandydowania nie wykluczył. A były przewodniczący KRS sędzia Dariusz Zawistowski podczas wystąpienia na zjeździe „Iustitii" wprost zaapelował, aby najlepsi sędziowie kandydowali do SN, aby zachować poziom orzecznictwa. Jest to skądinąd słuszne, pragmatyczne stanowisko, bo jednak obecnie ukształtowany skład SN będzie miał kluczowe znaczenie dla najbliższych kilkunastu lat funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Warto więc, żeby zgłosiło się możliwie dużo dobrych kandydatów. Byłoby to z korzyścią zarówno dla samego SN, jak i dla sądów powszechnych, ale przede wszystkim dla obywateli stających przed sądami. Miejmy nadzieję, że rozsądek zwycięży.

Oczywiście poszczególne wolne stanowiska nie powinny być oceniane w taki sam sposób. Można tu wyraźnie wyodrębnić trzy kategorie. Pierwsza to obwieszczone obecnie stare wakaty w dotychczasowych Izbach. Tu większych wątpliwości moralnych być nie powinno, chyba że ktoś w ogóle wyklucza udział w jakichkolwiek procedurach awansowych przed obecną KRS. Druga kategoria to miejsca zwolnione obecnie, na skutek obniżenia wieku spoczynkowego. Na razie nie są one obwieszczone, ale w najbliższym czasie należy się takich obwieszczeń spodziewać. Tu wątpliwości mogą się pojawić, bo chodzi o miejsca zwolnione w sposób nader wątpliwy pod względem konstytucyjnym. Trzecia kategoria to nowe Izby, zwane przez część środowiska „politycznymi". Tu wątpliwości konstytucyjnych nie ma żadnych, bo ustawodawca może dowolnie tworzyć Izby SN i powierzać im rozpoznanie poszczególnych kategorii spraw. Wątpliwości budzi, co prawda, nowy tryb postępowań dyscyplinarnych i instytucja skargi nadzwyczajnej, ale nie samo tworzenie nowych etatów w SN. W tej kategorii stanowisk jedyną wątpliwością pozostaje więc, jak przy każdym konkursie, samo stawanie przed nową KRS.

W każdym razie niewątpliwie zaczyna się przełomowy okres w stuletniej historii Sądu Najwyższego. Jaki jego kształt ostatecznie uzyskamy – czas pokaże. ?

Autor jest sędzią SO w Płocku, prezesem płockiego oddziału Stowarzyszenia Sędziów Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL