Opinie

Kowal: Juncker na czerwonym dywanie

AFP
Premier Mateusz Morawiecki przekonał większość komentatorów, że wraz z przetasowaniami na stanowiskach ministrów wszystko się w polskiej polityce zmieniło. Być może nie gorzej pójdzie mu z przedstawicielami unijnych instytucji.

Część z nich nie jest zainteresowana eskalacją sporu, który zakłóca im brukselską drzemkę. W gruncie rzeczy pozostaje tylko wybór drogi: jedna to metoda na Viktora Orbána, druga – taktyka „to nie ja". Metoda na premiera Węgier wymaga niezłej znajomości angielskiego, dobrze skrojonego garnituru, potrenowania uśmiechów oraz zdolności do przekonywania, że czarne jest białe. Właściwie wszystko się zgadza. Zwłaszcza w tym ostatnim premier ma, jako doświadczony menedżer, spore doświadczenie. Optymalnie byłoby się jeszcze zapisać do Europejskiej Partii Ludowej, ale z tym może być problem, przynajmniej dopóki Platforma Obywatelska należy do tej akurat politycznej międzynarodówki.

Już jednak zaczęła się narracja, że poprzednia polityka europejska była zła, czas zerwać z „linią Szydło" itd. A była to po prostu linia partii – konieczna z punktu widzenia Nowogrodzkiej do przeprowadzenia szybkich zmian legislacyjnych. Eskalowanie napięcia służyło temu, by potem je załagodzić – nic tak nie sprawdza się w polityce jak najprostsze triki. W kręgach władzy krąży pomysł obciążenia winą Beaty Szydło oraz ministrów Waszczykowskiego i Szyszki. Premier Morawiecki może więc swobodnie powtarzać „to nie ja" i przekonywać, że faktycznie poprzednia polityka nie była najlepsza.

Pewnie też wyjaśni, że nie może zmienić ustaw sądowych, ale zaoferuje jakieś polityczne gesty, które pozwolą dygnitarzom unijnym ogłosić na konferencji prasowej, że odnieśli sukces. Trwanie w przekonaniu, że Bruksela będzie twarda jak stal w rozmowach z rządem, to dziecinada.

Na pierwszy ogień poszła sprawa uchodźców: po Bożym Narodzeniu próbny sygnał w tej sprawie wysłał Kornel Morawiecki. Nawet plan minimum Morawieckiego seniora spotkał się z ostrą krytyką w PiS. Może się jeszcze okazać, że premierowi łatwiej pójdzie z Junckerem i Timmermansem, którzy jeszcze będą przyjmowani w Warszawie na czerwonym dywanie, niż z niezadowolonymi z ostatnich zmian frakcjami w partii władzy.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL