Reklama

"Timeless": 60 lat z grupą Bee Ges

Zaczęli karierę 60 lat temu. Hity braci Gibb przypomina kolekcja „Timeless".

Publikacja: 25.05.2017 18:00

Maurice, Barry (stoi) i Robin Gibbowie, czyli Bee Gees – zespół legenda sprzedał ponad 220 milionów

Maurice, Barry (stoi) i Robin Gibbowie, czyli Bee Gees – zespół legenda sprzedał ponad 220 milionów płyt.

Foto: Capitol/Universal

Są dumą Manchesteru, bo tam zaczęła się ich kariera. Gdyby nie śmierć Robina (2012) i Maurice'a (2003) byliby najstarszym popowym zespołem. Kiedy wprowadzano ich do Rock'n'Roll Hall of Fame, cały muzyczny świat usłyszał, że tylko The Beatles, Elvis Presley i Michael Jackson sprzedali więcej płyt. Mieli wtedy na koncie 220 mln albumów. Brian Wilson podkreślał, że byli pierwszym zespołem, który wypromował rodzinne śpiewanie w harmonii głosów, jeszcze przez The Beach Boys.

Reklama
Reklama

Zaczęli tak dawno, że o ich prapoczątkach krążą legendy. Podobno, gdy biegli zaprezentować się w popularnej wówczas formie śpiewania z playbacku, potłukła im się płyta z piosenkami. Musieli zaśpiewać na żywo, a po gorącym przyjęciu postanowili rozpocząć profesjonalną karierę.

Ironia losu

Gibbów uważa się często za Australijczyków, ponieważ tak jak rodzina Youngów, założycieli AC/DC, wyemigrowali z Wielkiej Brytanii za chlebem na antypody. Śpiewali w przerwach wyścigów samochodowych, prosto z „paki", aż platforma ciężarówki była usiana monetami. Ten pionierski okres Robin Gibb przypomniał tuż przed śmiercią w piosence „Sidney". Zanim stali się sławni, poczuli, co to ironia losu. Kiedy postanowili opuścić Australię z powodu braku sukcesów, na pokładzie statku płynącego do Anglii dowiedzieli się, że ich piosenkę „Spicks and Specks" uznano za największy australijski hit 1966 roku.

Postanowili mierzyć najwyżej jak się da i wysłali nagrania do menedżera Beatlesów – Briana Epsteina. Ten przekazał je Robertowi Stigwoodowi, który za namową Paula McCartneya postanowił skorzystać z życiowej szansy i został producentem Bee Gees.

Nie zapowiadali się wtedy jeszcze na giganta rytmicznych przebojów disco. Śpiewali słodko i ckliwie. Taki był hit „Massachusetts", który pobił rekord sprzedaży singli (5 mln egzemplarzy).

Reklama
Reklama

Z 17-osobową orkiestrą noszącą nazwę Massachusetts Bee Gees wybrali się na tournée, które otwierała grupa Procol Harum znana już z hitu „A Whiter Shade of Pale". Fani reagowali równie histerycznie, jak na Beatlesów. A oni odrzucili propozycję napisania muzyki i występu w psychodelicznym filmie „Wonderwall" z Jane Birkin, który zilustrował ostatecznie George Harrison.

Jeszcze w 1973 roku centralną postacią był Robin, który popisywał się vibratem. Dwa lata później epokę disco zapowiadał falset Barry'ego. W muzycznej zmianie maczał palce Eric Clapton, który zasugerował, by muzycy nagrali nową płytę „Main Course" w relaksującym klimacie Miami. Album z hitami „Nights of Broadway" i „Jive Talkin'" uważany jest za pierwszy krążek w stylu r'n'b, który wspiął się na szczyty „Billboardu". De facto powstał nowy zespół. Bracia śpiewali w wyższych rejestrach, gitary grały funky, orkiestrę zastąpiły syntezatory. Hit „You Should Be Dancing" z „The Children of the World" brzmiał jak hymn nowej dyskotekowej epoki. Za konsoletą w studio zasiadała wtedy spółka producencka Barry Gibb – Albhy Galuten – Karl Richardson. To ona odpowiadała za nowe brzmienie i sukcesy późniejszych albumów „Guilty" Barbry Straisand z „Woman In Love", „Heartbreaker" Dionne Warwick i „Eaten Alive" Diany Ross.

Cztery dekady temu świat stał się wielkim parkietem disco po premierze „Saturday Night Fever", albumu towarzyszącego filmowi z Johnem Travoltą. Aktor wspominał, że kiedy kręcił film tańczył do nagrań Steve'a Wondera. Stigwood zmienił ścieżkę dźwiękową. Zadzwonił do braci Gibb z nowym zleceniem, a zarys nowych kompozycji powstał w weekend. Fani usłyszeli „How Deep Is Your Love", „More Then a Woman" „Stayin' Alive", „Night Fever" i dostali dyskotekowej gorączki.

Pięć Grammy

Album sprzedał się w 40 mln egzemplarzy, królował pół roku na pierwszym miejscu „Billboardu" i zdobył pięć Grammy. Bee Gees stał się najbardziej wpływowym zespołem na globie. To dlatego obsadzono ich w roli The Beatles w filmowej wersji „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band".

Grupa poszła za ciosem, nagrywając płytę „Spirits Having Flown" z superhitem „Tragedy". To był okres, kiedy w jedno popołudnie potrafił napisać trzy piosenki, które zdobywały potem pierwsze miejsca listy przebojów. Rockmani nie mieli wyjścia. Rod Stewart postanowił zerwać z rockiem i nagrać „Da Ya Think I'm Sexy?". Zasłuchany w Bee Gees był George Michael i Michael Jackson. To słychać.

– Nie nadążałem odbierać telefonów z gratulacjami i propozycjami – mówił Barry Gibb. Fani wspinali się na ogrodzenie mojego domu. Byłem szczęśliwy, kiedy szaleństwo się skończyło.

Reklama
Reklama

Bee Gees zdążyli jeszcze pierwszym wydanym na CD albumem „Living Eyes" otworzyć w 1981 nową cyfrową epokę. Ale pojawili się w glorii chwały, gdy do łask wróciły winyle i kiczowate szlagiery lat 70. Maurice padł ofiarą szkockiej z colą. Do klubu wprowadził go John Lennon, kompanem zaś był sąsiad, Ringo Starr. Robin kłócił się z Barrym i przyjaźnił z Tonym Blairem. Przegrał z rakiem.

Barry cieszy się piątką dzieci z małżeństwa z Miss Endynburga Lindą Gray oraz siódemką wnuków. Jesienią zeszłego roku wydał solowy album „In the Now". A na parkietach znowu rytm dyktuje Bee Gees.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.cieslak@rp.pl

Bee Gees, Stayin' Alive 1989 Live Video

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama