Muzyka

Faust pojawi się w Hali Stulecia

Każdy spektakl w Hali Stulecia może obejrzeć pięć tysięcy widzów.
materiały prasowe
Casting director Opery Wrocławskiej zapowiada, że tradycja wielkich widowisk w różnych lokalizacjach miasta będzie kontynuowana.

Megawidowiska produkowane przez Operę Wrocławską były ważną pozycją jej repertuaru. Jak będzie teraz?

Paweł Orski: Tradycja wielkich widowisk plenerowych we Wrocławiu sięga początków dyrekcji Ewy Michnik, bo to ona rozpoczęła ich regularne wystawianie. W Polsce to fenomen – być może także dlatego, że Wrocław jest wyjątkowym miastem. Ma wiele przestrzeni, w których ogromne plenerowe wystawienia można zrealizować. Warto przypomnieć, że były one prezentowane w bardzo różnych lokalizacjach – od Hali Stulecia, poprzez Wyspę Słodową, Pergolę czy Stadion Olimpijski, czyli w miejscach posiadających genius loci. One umożliwiają nie tylko pomieszczenie orkiestry, chórów, okazałego zaplecza technicznego, no i oczywiście widzów, ale też są to miejsca różnorodne, często piękne i bogate swoją historią. Kontynuowanie tej tradycji wydaje się oczywiste, skoro zdobyły renomę i są naszą chlubną wizytówką. Wrocławianie przywykli do tych nietypowych inscenizacji i bardzo chętnie je oglądają. Spełniają także – o czym warto pamiętać – istotną rolę edukacyjną, bo przychodzą nie tylko widzowie interesujący się teatrem operowym, ale także i ci niezaglądający wcześniej do naszego gmachu. Pewnie zaciekawia ich przede wszystkim inscenizacyjna strona widowiska. Ale to już pierwszy krok do poznania. Jeśli ich usatysfakcjonujemy, przyjdą i do naszej tradycyjnej przestrzeni, by tam oglądać inne opery.

Czy wielkie widowiska plenerowe interesują też melomanów?

Owszem. Miłośnicy opery przyjeżdżają do nas nie tylko z kraju, ale także z zagranicy. Chociażby cały Wagner grany we Wrocławiu – przyciągnął ogromną rzeszę niemieckiej publiczności, dla której to bliska i ważna twórczość. Element ludyczności zdarza się wszędzie, nawet podczas bardzo wysublimowanego festiwalu w Bregencji, na który ściąga publiczność z całego świata, żeby zobaczyć gigantyczne, unikatowe megaprodukcje na Jeziorze Bodeńskim. Jeszcze w Finlandii, w Savonlinnie odbywa się festiwal, w czasie którego opery prezentowane są na dziedzińcu zamkowym. Tam to tradycja. Ale gdzie indziej – tylko sporadyczne wydarzenia.

W jaki sposób planujecie kontynuowanie wrocławskiej tradycji wielkich widowisk?

Realizując jedną taką inscenizację w każdym kolejnym sezonie. Ważną częścią tych przedsięwzięć musi być też przekaz zmuszający widza do myślenia, a nie tylko podziwiania rozmachu inscenizacyjnego. Chcemy, żeby odnosiły się do rzeczywistości, historii, emocji, żeby inspirowały do myślenia o tym, co przeżywamy dziś. W tym roku zrealizujemy „Fausta" Gounoda opowiadającego o poszukiwaniu nieśmiertelności, młodości. Ale będzie to też „Faust" przedstawiony współczesnym obrazem. Budując plany repertuarowe na ten sezon, skupiliśmy się na pokazaniu przedstawień prezentujących różne szkoły operowe. Stąd wybór „Fausta" jest bardzo przemyślany – to opera dobrze znana, atrakcyjnie skonstruowana od strony dramaturgicznej, ze świetną muzyką wpadającą w ucho. I jest okazja do pokazania świetnych scen baletowych, a więc wykorzystania całego potencjału artystycznego Opery Wrocławskiej. Na „Fausta" zaprosimy do Hali Stulecia w dwa ostatnie weekendy czerwca, kończące sezon. To opera, która świętuje triumfy na wszystkich scenach i jeśli ma się czwórkę dobrych śpiewaków do najważniejszych partii, to już połowa sukcesu. W przedstawieniu weźmie udział 100-osobowy chór, kilkudziesięcioosobowy balet, grupa solistów, statystów.

Co powoduje, że „Faust" jest atrakcyjniejszy do wystawienia w Hali Stulecia niż w gmachu Opery?

W Hali Stulecia, olbrzymim budynku z wielkimi możliwościami logistycznymi, mamy większe możliwości zaprezentowania nowinek technicznych i spektakularnych środków wyrazu takich jak światła, lasery, środki multimedialne. W teatrze musiałaby być to ograniczona wersja. Opera Wrocławska ma doświadczony zespół techniczny, który nie boi się nowych wyzwań. Tak jak i nie obawiają się ich scenografowie, od których wymaga to całkowitej zmiany perspektywy, bo tradycyjne skupianie się na detalach nie zdaje tu egzaminu. Hala daje też możliwości rozmachu reżyserskiego. „Faust" rozgrywa się na pograniczu dwóch światów – ludzkiego i diabelskiego. Cienka granica oddzielająca je musi zostać czytelnie zaznaczona w inscenizacji. Kluczowy jest oczywiście pomysł, w konwencji średniowiecznej nie sposób dzisiaj tej opery pokazywać. Widziałem ostatnio nowoczesną, interesującą inscenizację „Fausta" w Stuttgarcie, nasza zapowiada się nie mniej ciekawie. Jej autorka Beata Redo-Dobber skupia wszystkie autorskie kompetencje jako reżyserka i scenografka, a także twórczyni efektów specjalnych.

Czy atrakcyjność wizualna nie zdominuje powoli walorów muzycznych oper?

W megaprodukcjach największym wyzwaniem jest nagłośnienie, czyli użycie takiej aparatury, która nie zniszczy muzyki i wokalnego przekazu. Nieproste jest przecież zachowanie proporcji i balansu między muzykami i wokalistami oraz resztą widowiska. To zawsze ryzykowne, ale we współczesnym teatrze operowym liczy się bardzo także warstwa dramaturgiczna i wizualna. Nie chodzi oczywiście o dominację nowinek technologicznych, których użyjemy, tylko spójną inscenizację przemawiającą do odbiorcy obrazem i dźwiękiem. 

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL