Jan Kwieciński: Internetowi gracze robią ferment

aktualizacja: 19.03.2017, 22:37
Foto: materiały prasowe

Netflix zapewne coś tu wyprodukuje, ale tylko, jeśli znajdzie coś naprawdę interesującego. Sam przygotowuję teraz projekty dla Netfliksa. To bardzo wybredny partner – mówi Jan Kwieciński, producent i reżyser z Akson Studio.

Rz: W jakim momencie znalazł się teraz serialowy rynek w Polsce, po debiucie Netfliksa, Amazona i Showmaksa?

Jan Kwieciński: Wydaje mi się, że z biegiem lat nasz rynek produkcyjny będzie coraz bardziej konkurencyjny właśnie dlatego, że pojawią się na nim nowi gracze – prywatne firmy w rodzaju Netfliksa, Amazona i Showmaksa – których zadaniem będzie sianie fermentu. Będą chcieli przyciągnąć do siebie polską widownię oryginalnymi treściami. A jeśli ktoś ma za te treści płacić, musi tam dostać coś, czego nie ma w darmowej telewizji. Ten ferment będzie dla naszego przemysłu bardzo dobry, ale spowoduje zmianę oczekiwań widzów i w konsekwencji publiczni nadawcy będą musieli zmienić całą swoją filozofię.

Narzeka pan na konferencjach, że za mało jest w Polsce koprodukcji. Dlaczego tak jest?

Polskie stacje bardzo niechętnie wchodzą w międzynarodowe koprodukcje. Taki projekt prowadził Dariusz Jabłoński („Szpiedzy w Warszawie"), teraz ja staram się zrealizować podobny. Jest to trudne, bo na naszym rynku nie ma na to środków – jeśli jeden odcinek serialu produkowanego przez TVP kosztuje maksymalnie 1 mln zł, podczas gdy w Europie większość producentów robi seriale za minimalnie ponad 2 mln zł za odcinek, a w Szwecji i Francji te budżety potrafią sięgnąć kilkunastu milionów złotych. Gdyby więc nawet tamtejsi nadawcy chcieli się pofatygować i wejść tu w koprodukcję, co dostaną w zamian? Jeśli możemy na jakimś polu konkurować, to tematami, jakie poruszamy w serialach. A na razie mamy ich niedużo. Sytuacja zmieni się dopiero, gdy będziemy w stanie być konkurencyjni pomysłami.

Tradycję mamy w tym zakresie słabą – nawet, kiedy w Polsce powstał przyzwoity serial political fiction - „Ekipa" - nikt nie chciał go emitować w dobrym czasie oglądalności i skończył w nocnym paśmie w Polsacie. Przez lata widzowie oglądali głównie telenowele.

To prawda, że autorskie kino artystyczne zawsze było w Polsce stawiane na piedestale, ale kultury pisania i tworzenia seriali nigdy na taką skalę nie mieliśmy. Było „07 zgłoś się" czy „Ekstradycja", ale niewiele więcej. To jest związane z rozwojem rynku telewizyjnego, na którym przez wiele lat nie było wielu dużych graczy. Różnorodność przyniósł dopiero z czasem kapitalizm. Teraz muszą się do niej przyzwyczaić i widzowie i twórcy. Na to potrzeba czasu. I widzowie i twórcy są z natury niecierpliwi, ale wydaje mi się, że ten proces zachodzi teraz w naturalnym tempie. Po prostu nadal rozwijamy się trochę wolniej niż inne rynki, jak chociażby amerykański.

Skąd mają się brać nowe świeże pomysły, skoro nie mamy w Polsce żadnej szkoły script doctoringu?

Właśnie już mamy: coraz więcej jest kursów i warsztatów dla scenarzystów i poprzeczka jest podnoszona coraz wyżej coraz wyżej i jeszcze zostanie podniesiona właśnie dzięki pojawieniu się na rynku takich graczy jak Netflix, Showmax czy Hulu. To tylko kwestia czasu, podejmowanych prób i nauki na błędach.

Nie ma pan wrażenia, że zachodni producenci wyprzedzili lokalnych i trudno będzie im teraz to pole odebrać? Widz na ma przecież tylko jeden czas, a oni już tu są.

Na pewno tak jest. Ale seriali w ogóle jest wszędzie coraz więcej. Netflix z Amazonem już walczą o widzów między sobą, a przecież mamy jeszcze na rynku HBO i parę innych firm. Myślę, że lokalnie mamy dużo do nadrobienia i musimy się teraz wziąć do pracy. W przeciwnym razie stracimy widzów na rzecz producentów zagranicznych.

Czy któraś z wielkich internetowych platform wideo już próbuje nawiązać współpracę z polskimi producentami?

Większość z producentów w Polsce jest teraz w kontakcie z największymi graczami. Oni mają sprecyzowane wymagania odnośnie tego, czego tu poszukują. Chodzi o coś zupełnie nowego, czego inne stacje nie mogłyby u nas kupić, lub bałyby się zaryzykować inwestując w takie treści. Duzi międzynarodowi gracze mają pieniądze i mogą ryzykować.

To kiedy spodziewa się pan pierwszej produkcji Netfliksa w Polsce?

Chciałbym, żeby w ciągu dwóch lat powstał tu jakiś pierwszy oryginalny lokalny projekt tego typu. Bardzo dobrze zadziałałoby to na rynek, bo potrzebna jest mu taka konkurencja. Kiedy ktoś depcze innemu po piętach, zwłaszcza w sztuce, wywołuje bardzo kreatywne zamieszanie, wszystkich pobudza do myślenia. Dzisiaj twórcy wiedzą, co kupują tu największe stacje i trochę trudno wymagać, by pisali „netfliksowe" rzeczy, skoro tego Netfliksa na rynku produkcyjnym tu nie ma. A Netflix zapewne coś tu wyprodukuje, ale tylko, jeśli znajdzie cos naprawdę interesującego. Sam przygotowuję teraz projekty dla Netfliksa. To bardzo wybredny partner, który nie zdecyduje się na słaby projekt, ale też jego menadżerowie wiedzą, że mamy tu już Showmaksa i że chodzi o czterdziestomilionowy rynek. Kto pierwszy do tych widzów trafi, ten będzie lepszy.

Ale od niedawna jest na produkcyjnym rynku serialowym w Polsce np. Canal+. Tacy nowi gracze nic nie zmienią?

Mogą. Ja tez teraz ogłosiłem teraz konkurs „Less is more" i szukam projektu, którego akcja odbywałaby się w jednym pomieszczeniu. Jeśli znajdzie się bardzo dobry oryginalny projekt, będę w stanie przeforsować go dużo szybciej niż wielki serial historyczny, bo będę mógł spróbować go sprzedać w dużo większej liczbie miejsc niż tylko u największych nadawców. Chociażby do internetu.

Mieliśmy kiedyś taki internetowy projekt, jak „Klatka B", a potem nic się w tym zakresie przez dłuższy czas nie działo.

Nie powiedziałbym, że nic się nie działo. Teraz powstaje „Ucho prezesa", dzieje się właśnie coraz więcej. Proszę popatrzeć na YouTube, gdzie mamy kanały takich grup jak Abstrachuje, mamy tam też gromadzące po 3 miliony widzów seriale internetowe takie, jak "Nieprzygotowani". Ale wydaje mi się, w Polsce producenci są kompletnie nieprzygotowani na młodych widzów. Musimy bardzo poważnie zacząć traktować tę grupę społeczną. Gimbazie nie chce się oglądać telewizji, siedzi w necie i tam ogląda: popularność takich seriali, jak „Skam" czy „Nieprzygotowani" jest gigantyczna. I to będą nasi widzowie za 10-15 lat. Trzeba tak pokierować ich uwagą, żeby chcieli ją skupić na nas. To wymaga oryginalnych treści i piłeczka jest po naszej stronie.

Skąd poza koprodukcjami pozyskiwać pieniądze, gdy chce się wyprodukować coś klasycznego, a konkurencja ma na odcinek kilka razy większy budżet?

Przede wszystkim brakuje nam tanich dobrych seriali, które weszłyby na rynek przebojem, jak „Ucho prezesa". To był świetny pomysł biznesowy – mały projekt zrealizowany własnym sumptem, a dopiero potem spieniężony. Co nie znaczy, że nie ma na rynku miejsca i budżetów na większe seriale. Ani Showmax, ani Canal+ ani HBO nie oszczędzają na swoich produkcjach. Tylko także te firmy będą poszukiwać coraz bardziej przebojowych niestandardowych pomysłów. Dlatego naszą ambicją nie powinno być na razie robienie polskiej „Gry o tron" tylko mniejszych, inteligentnych, psychologicznych projektów. Jak np. czeskie „Pustkowie" HBO. Wielkiego kina sci-fi w Polsce nie zrobimy, bo nas na to nie stać, ale coś w rodzaju „Moon" Duncana Jonesa – jak najbardziej. Europa powinna wygrywać inteligencją, arthousem i ciekawym podejściem do gatunku, dalszym rynkom zostawmy „Piratów z Karaibów". Walczmy o oryginalne ascetyczne produkcje, na jakie stawia np. Izrael.

Czemu w Polsce jest tak mało mini seriali?

Miniserial to bardzo dojrzała forma serialu. Dlatego powstają na bardziej rozwiniętych serialowo rynkach. Z tego, co wiem, w polskim HBO powstaje teraz mini serial, więc nie jest tak, że w ogóle ich nie ma.

Obserwujecie jakieś załamanie współpracy z TVP w związku z dziurą budżetową w TVP?

Nie, na razie nie. Tak, jak zawsze, staramy się produkować dla nich możliwie jak najlepsze treści w ramach budżetów, które mamy. Staramy się, żeby ta poprzeczka była co projekt trochę wyższa.

Czy w przypadku polskich producentów międzynarodową ekspansje i współpracę ogranicza fakt, że produkujemy lokalnie po polsku?

Nie, to nie jest problem, bo dużo rynków powszechnie dubbinguje importowane produkcje.

Ma pan kompleksy, kiedy słyszy, ile filmów rocznie produkuje się w innych krajach, a ile powstaje w Polsce? U nas to tylko ok. 1 film na 1 milion widzów kinowych.

Nie, nie mam w ogóle żadnych kompleksów, jeśli chodzi o to, ile tu powstaje filmów. Dobrze rozwija się zwłaszcza kino środka, na które postawił Piotr Starak. Na rynku działa tez wielu świetnych młodych producentów, którzy budują prestiż Polskiego kina za granica.

Gros polskich filmów do tego, żeby powstać, wciąż potrzebuje dotacji z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.

No nie wszystkie, ale większość pewnie tak. Ale to się zmieni, bo kino staje się obiektem zainteresowania coraz większej liczby potencjalnych sponsorów i rodzajem inwestycji. Wydaje mi się, że i na tym rynku dużo się będzie działo.

CV

Jan Kwieciński jest producentem i reżyserem w Akson Studio założonym przez jego ojca Michała. Ma 31 lat, ukończył London Film School. Akson wyprodukował ponad 40 seriali (m.in. „Belle Epoque", „Przyjaciółki", „Bodo", „Czas honoru") i 35 filmów fabularnych (m.in. „Powidoki", „Wałęsa", „Miasto 44", „Tatarak", „Katyń").

POLECAMY

KOMENTARZE