MŚ w Rosji

Rosja – Arabia Saudyjska: Więcej strachu niż nadziei

Trener reprezentacji Rosji Stanisław Czerczesow i napastnik Fiodor Smołow
AFP
W czwartek o 17.00 w Moskwie mecz otwarcia Rosja – Arabia Saudyjska. Gospodarze nie mają złudzeń: drużyna Stanisława Czerczesowa jest słaba.

Nie tak to miało wyglądać. Gdy w 2010 r. na kongresie FIFA w Johannesburgu ogłoszono, że Rosja będzie gospodarzem mistrzostw świata za osiem lat, trenerem Sbornej był Holender Guus Hiddink, a jego pensję wynoszącą 7 mln euro rocznie miał opłacać sam Roman Abramowicz.

Oligarchowie zostali zobowiązani przez Władimira Putina do współfinansowania zarówno organizacji mistrzostw, jak i całego rosyjskiego futbolu z akademiami dla młodzieży na czele. Podczas konferencji prasowej po ogłoszeniu przez FIFA, że największy kraj świata zorganizuje największą na świecie imprezę piłkarską, Putin mówił, rechocząc i pokazując na Abramowicza: – On może nam dać pieniądze, a ma ich dużo w skarbcu.

Ta zasada obowiązuje od lat: Putin pozwala bajecznie bogatym oligarchom zachować majątki tyko pod dwoma warunkami: mają być lojalni, to po pierwsze, a po drugie, gdy tylko Władimir Władimirowicz zapragnie skorzystać z ich pieniędzy, mają bezdyskusyjnie się jego woli podporządkować.

W meczu otwarcia reprezentację gospodarzy poprowadzi Stanisław Czerczesow, doskonale znany polskim kibicom, gdyż zanim objął kadrę, zdobył mistrzostwo Polski z Legią Warszawa. Czerczesowowi pensji nie wypłaca Abramowicz, a sumy, jakie wpływają na konto byłego trenera Legii, nie przypominają nawet tych, które otrzymywał jeszcze niedawno (2012–2015) Włoch Fabio Capello, wówczas najlepiej opłacany selekcjoner świata.

Dziś na Łużnikach w Moskwie Czerczesow nie wystawi jednak w swoim zespole młodych zawodników z opłacanych przez oligarchów szkółek i akademii. Także z tego planu nic nie wyszło. Gdy zachodnie sankcje uderzyły w Moskwę, trzeba było zamykać kosztowne projekty. Kształcenie piłkarzy było jednym z nich.

Dlatego dla kibiców oglądanie reprezentacji Rosji jest jak podróż w czasie – w bramce wciąż stoi 32-letni Igor Akinfiejew, który w kadrze zadebiutował 14 lat temu, a przed nim wciąż biegają weterani: 38-letni Siergiej Ignaszewicz z CSKA Moskwa czy cztery lata młodszy Jurij Żyrkow, który niemal dekadę temu próbował podbić Premier League, ale po dwóch sezonach dał sobie spokój i wrócił do ojczyzny.

Następców nie widać. Zawodnicy, którzy jeszcze niedawno znakomicie rokowali, popadli w przeciętność. Ałan Dżagojew został jednym z sześciu królów strzelców mistrzostw Europy w 2012 r. Miał wtedy 22 lata. Teraz wcale nie było pewne, czy znajdzie się w 23-osobowej kadrze na MŚ.

Cudownym dzieckiem rosyjskiego futbolu był w pewnym momencie Denis Czeryszew, który przebijał się przez kolejne drużyny młodzieżowe Realu Madryt. I chociaż spędził na Santiago Bernabeu i w okolicach aż 14 lat, to w zespole seniorów zagrał zaledwie dwa mecze. Dziś jest zawodnikiem Villarrealu i jednym z zaledwie dwóch piłkarzy, którzy grają poza rosyjską ligą. Drugim jest rezerwowy bramkarz z Club Brugge – Władimir Gabułow.

Gdy Rosja dostawała mistrzostwa, była 13. w rankingu FIFA, co prawda nie zakwalifikowała się do mundialu w RPA, ale była półfinalistą Euro 2008, a dwóch wówczas najlepszych zawodników kadry – Roman Pawljuczenko i Andriej Arszawin – na życie zarabiało w północnym Londynie, odpowiednio w Tottenhamie i Arsenalu. Dziś Rosja jest 70. i chociaż wylądowała w najsłabszej grupie w historii MŚ, to tylko na otwarcie przeciwko Arabii Saudyjskiej będzie faworytem.

Abramowicz zaczął się wycofywać z finansowania rosyjskiej piłki w 2013 r. To wtedy powołany przez niego fundusz ogłosił, że „spełnił swoją misję". To z pieniędzy spółek właściciela Chelsea wybudowano ponad 100 boisk w całej Rosji. Dalsze zobowiązania przejął Gazprom, ale oczywiście po aneksji Krymu i zachodnich sankcjach potrzebne były cięcia. Tolerowany przez Kreml właściciel Chelsea musiał dołożyć się do konstrukcji stadionu w Sankt Petersburgu. Państwowe firmy też wydały mnóstwo pieniędzy, by mundial się udał.

Zarówno MŚ, jak i zimowe igrzyska w Soczi są elementem wewnętrznej propagandy. Mundial ma przekonać Rosjan, że ich kraj jest potęgą i mimo zachodnich sankcji radzi sobie z tak wielkim przedsięwzięciem. Turniej ma także dowieść, że aneksja Krymu i agresja w Donbasie nie spowodowały bojkotu rosyjskiej imprezy przez Zachód.

Ale na choćby przyzwoity występ reprezentacji mało kto liczy. Większość kibiców pogodziła się z tym, że awans z tej słabiutkiej grupy byłby wynikiem ponad stan. Gdyby nie tak szczęśliwe – i wzbudzające podejrzenia – grudniowe losowanie, nikt o awansie nawet by nie mówił. Arabia Saudyjska jest jednym z niewielu zespołów na tym mundialu, które w rankingu FIFA są jeszcze niżej niż gospodarze. To zresztą coraz bardziej prawdopodobny organizator kolejnych MŚ. W FIFA istnieje silne lobby domagające się powiększenia mundialu 2022 do 48 zespołów. Katar sam nie byłby w stanie ugościć tylu drużyn, dlatego musiałby się mundialem podzielić. Głównym chętnym jest właśnie bogaty sąsiad emiratu – czyli Arabia Saudyjska.

Szefowie saudyjskiej federacji podpisali zimą umowę z kilkoma hiszpańskimi klubami i wysłali swoich reprezentantów, by tam szykowali się do mundialu. Wszystkie koszty tej operacji federacja wzięła na siebie. Ostatecznie do 23-osobowej kadry na mundial powołanych zostało zaledwie trzech zawodników spośród dziewięciu, których wysłano do Hiszpanii. Światowe media są zgodne: mecz otwarcia od dawna nie zapowiadał się tak słabo.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL