MŚ w Londynie

Smutny koniec Błyskawicy z Jamajki

Usain Bolt tak zakończył udział w mistrzostwach świata. W sztafecie 4x100 m doznał kontuzji i nie dotarł do mety. Był to jego ostatni bieg w karierze.
AFP
Kończą się 16. mistrzostwa świata. Zapamiętamy z nich pożegnanie Usaina Bolta, amerykańskie sukcesy oraz przekonanie, że Polska ma zwycięską niszę.

Relacja z Londynu

Polacy wracają do Warszawy z tarczą oraz z mieszkiem medali, który napęczniał niemal do poziomu sprzed dwóch lat jeszcze przed ostatnią, wieczorną sesją w niedzielę, gdy biegali Angelika Cichocka i Marcin Lewandowski oraz sztafety 4x400 m.

Wprawdzie polscy lekkoatleci w niedzielę rano, po konkurencjach chodu, stracili trzecie miejsce w klasyfikacji medalowej, które zajmowali jeszcze w sobotę wieczorem, ale i tak sukces można śmiało głosić. Nie było zaskoczenia: rzuty, w szczególności młotem, to polski medalowy zdrój, wsparcie w konkurencjach technicznych i biegach średnich to też część tradycji.

Bez rekordów

Światową lekkoatletyką rządzą Amerykanie, nic się nie zmienia, biegacze z Afryki, w szczególności z Kenii, ich nie dogonią. Chińczycy trzymają się mocno, potem jest Europa, także Rosjanie, którzy nawet zredukowani do 19-osobowej ekipy startującej pod flagą neutralną znaleźli się w pierwszej dziesiątce klasyfikacji medalowej.

Mistrzostwa nie przyniosły wielu rekordów. Poprawiono kilka osiągnięć regionalnych, kilka wyników krajowych, ustanowiono najlepsze wyniki sezonu, ale czas efektownego bicia rekordów świata się skończył. IAAF raczej nie będzie się przesadnie chwalić rekordem globu, który ustanowiła portugalska chodziarka na 50 km. Rekordzistka Ines Henriques, maszerując dzielnie koło Pałacu Buckingham, osiągnęła w niedzielę czas 4:05.56. To był debiut długiego chodu kobiecego w mistrzostwach i konkurencja nie była szczególnie wymagająca. Wystartowało siedem pań, cztery doszły do mety, jedną zdyskwalifikowano, dwie przekroczyły limit czasu.

Brak wielkich wyników jest, nie bez racji, wiązany ze zwiększoną aktywnością kontrolerów dopingowych IAAF z Athletics Integrity Unit (AIU). Robili swoje przed imprezą, pobierali próbki w trakcie. Efekt końcowy był taki, że po raz pierwszy od dawna w trakcie MŚ nie dostaliśmy żadnego komunikatu o wpadce. Doping jako temat właściwie nie istniał, wyłączywszy gwizdy i buczenie publiczności pod adresem Justina Gatlina.

Usain Bolt zakończył karierę, leżąc na bieżni z nosem w torze nr 5. Pożegnanie z legendą sprintu, jakie widzieliśmy podczas finału sobotniej sztafety 4x100 m, ewidentnie się nie udało. Przyczyną medyczną upadku rekordzisty świata był skurcz mięśni lewej nogi. Poszukano winnych i zaraz znaleziono – organizatorów, którzy, według trenerów i zawodników Jamajki, zbyt długo zwlekali z rozpoczęciem sztafety, poświęcając czas na dekoracje medalowe, rozgrzane mięśnie wystygły i stąd katastrofa.

Następcy nie widać

Bolt miał swoje pożegnalne okrążenie stadionu i zapomniany nigdy nie będzie. Po trzy razy wygrywał igrzyska i mistrzostwa świata na 100 m, trzy razy był mistrzem olimpijskim na 200 m, cztery razy mistrzem świata. Plus liczne złota ze sztafet. Plus rekordy świata z Berlina (2009), które wciąż wyglądają nieziemsko: 9,58 s na 100 m, 19,19 na 200.

Chwilę potrwa trawienie porażek w Londynie, a potem Usain-Błyskawica się odnajdzie w roli sportowego celebryty, do której także wydaje się stworzony. Są też głosy, niezbyt liczne, że wróci, że zechce rozstać się ze sportem, wygrywając jeszcze jakiś mocny bieg, nawet po roku–dwóch przerwy.

Pytanie, czy widać następcę, oczywiście padało nie raz. Odpowiedź na dziś: nie widać. Wpisanie Wayde'a Van Niekerka w tę rolę zupełnie się nie powiodło, nie tylko dlatego, że rekordzista świata na 400 m w Londynie żadnego rekordu nie pobił, a na 200 m przegrał z azerskim Turkiem Ramilem Galiyevem.

Podczas konferencji prasowej Van Niekerk, zapytany o ciężar popularności, rzekł z poważną miną mniej więcej tak: – To honor i odpowiedzialność, kontynuacja wielkiego dziedzictwa, ważna dla każdego z nas możliwość budowania pozytywnego wizerunku naszego sportu, i za to dziękuję Panu każdego dnia.

Pozostaje przychylić się do opinii szefa IAAF Sebastiana Coe, który od tygodni powtarza, że drugiego Bolta nie będzie, bo Bolt to jest (było) niepodrabialne połączenie niezwykłych zdolności, skoncentrowanej determinacji i naturalnego geniuszu wizerunkowego.

Oszczędny Londyn

Sir Sebastian Coe przygotował światu mistrzostwa w duchu oczekiwanej odnowy i skromności. Porównania z poprzednimi są znaczące. Nie było dawnego zadęcia podczas uroczystości otwarcia i zamknięcia, nie było pompy przy dekoracjach medalami. Jeszcze dwa lata temu w Pekinie maszty flagowe sięgały dachu, miały maszynerię do lin, własne oświetlenie i, na szczycie, dysze tworzące sztuczny wiatr. Teraz po prostu trójka żołnierzy wnosiła flagi.

Przy podium przestali się pojawiać gromadnie egzotyczni działacze IAAF, większość dekoracji obsłużyli Sebastian Coe i jego pierwszy zastępca, Siergiej Bubka. Z opisu zdarzeń wokół mistrzostw zniknął znany przez dekady zwrot „Rodzina IAAF", co w praktyce oznaczało kiedyś potężne świty działaczy z rodzinami bawiącymi się przy okazji mistrzostw w luksusach oficjalnych hoteli.

Przewodniczącemu IAAF została z czasu igrzysk w Londynie zdolność liczenia pieniędzy i według pierwszych szacunków na mistrzostwach świata też nie stracił. Bilety na niedzielę wieczór (w najlepszym sektorze) kosztowały 155 funtów, piwo plus hot dog w barze przy trybunach – 8,50.

Złośliwi komentatorzy, takich w Wielkiej Brytanii nigdy nie brakuje, stwierdzili, że najciekawszym tematem na Stadionie Olimpijskim i wokół, była zapewne mała epidemia wirusa żołądkowego w jednym z hoteli, razem z późniejszymi skutkami organizacyjnymi i sportowymi, ale nie przesadzajmy, to nie było wydarzenie, które będzie pamiętane przez lata.

Znacznie dłużej powinna być pamiętana brytyjska publiczność, kibicująca według zapomnianych już w wielu miejscach świata zasad sportowej uczciwości: niewyczerpany entuzjazm dla swoich, szczere brawa dla zwycięzców, kimkolwiek byli. Może to niepotrzebny niepokój, ale w Ad-Dausze za dwa lata o ten klimat na stadionie chyba będzie trudno.

Końcowy obrazek z mistrzostw świata Londyn 2017 dobrze oddaje nastroje tej szczególnej widowni: tysiące ludzi (także rodziny z małymi dziećmi śpiącymi w wózkach) idą spokojnie późną nocą ze stadionu na stację Stratford, porządkowi trochę dla zabawy puszczają przez megafon klasykę – „We are the champions" grupy Queen. Tłum natychmiast podchwytuje pieśń i nawet gdy megafon cichnie, Brytyjczycy nadal śpiewają.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL