Kraj

Bartkiewicz: Gra w reparacje

Samolot Junkers Ju-87 bombardujący Warszawę w 1944 roku
Wikimedia Commons/ domena publiczna
Kiedy Witold Waszczykowski mówi, że sprawa reparacji to „proces, który trochę potrwa” i wspomina już o kolejnych ekspertyzach, które jeszcze bardziej niezbicie dowiodą, że Polska ma prawo domagać się reparacji, to możemy być pewni, że celem całej operacji jest gonienie króliczka tak długo, jak to tylko możliwe.

Mogłoby się wydawać, że po przygotowaniu przez Biuro Analiz Sejmowych na zlecenie Arkadiusza Mularczyka ekspertyzy ws. reparacji, rząd wreszcie zacznie działać. Dokument ten jest wszak – jak mówi sam Mularczyk – profesjonalny, obszerny i taki, jakiego jeszcze nie było. Skoro więc mamy napisane czarno na białym – pieniądze należą nam się i basta, to czas posłać w bój naszych dyplomatów, którzy przygwożdżą Niemców argumentami, postraszą umiędzynarodowieniem sprawy – i przywiozą nam zza Odry kilka tirów wypełnionych dolarami.

Powiedzenie „sprawdzam” narażałoby jednak rząd na zderzenie się z niemieckim „nein”. Wymagałoby jakiegoś planu „B” na taką okoliczność. Chociażby posiadania koalicji wspierających nas państw, które wyrażą oburzenie wobec tego „nein”. Albo chociaż – w wariancie minimalistycznym – jednogłośnego poparcia całej polskiej klasy politycznej dla podejmowanej przez rząd krucjaty. Innymi słowy wymagałoby to kompromisów, negocjacji, ustępstw, etc. – czyli prowadzenia polityki, która jest czymś więcej niż retorycznymi popisami gęsto usianymi racjami moralnymi, bon motami o dziejowej sprawiedliwości i wyliczeniami krzywd. Tak, Polska ma moralne prawo, by domagać się reparacji od Niemiec. Ba, mamy moralne prawo domagać się zadośćuczynienia również od Rosji – nie tylko za jej udział w zniszczeniu II Rzeczypospolitej, ale również chociażby za zmuszenie Polski do rezygnacji z udziału w Planie Marshalla. Niestety, jak mówił Machiavelli w jednym z wierszy Jacka Kaczmarskiego: „W polityce (…) koncept ów prostaczy, że sprawa jest słuszna niezbyt wiele znaczy”.

Zakładanie, że politycy PiS o tym nie wiedzą, oznaczałoby zakładanie, że są naiwni jak dzieci. A to byłoby niesprawiedliwe wobec przedstawicieli formacji politycznej, która wygrała wybory w dużym, europejskim kraju. Jeśli jednak założymy, że o tym wiedzą, a mimo to postanowili podrzucić opinii publicznej ten temat – to znaczy, że nie walczą o reparacje, ale grają w reparacje.

Gra polega na utrzymywaniu opinii publicznej w napięciu. Z jednej strony umożliwia to zwarcie szeregów własnych wyborców w obliczu tradycyjnego wroga, z drugiej szantażowanie pozostałych brakiem patriotyzmu w przypadku kwestionowania moralnie należnych roszczeń. Ten drugi cel jest być może ważniejszy – zmusza bowiem przeciwników do politycznej ekwilibrystyki. Trudno bowiem zdecydowanie odrzucić ten postulat, gdy w tle widać zdjęcia zniszczonej Warszawy, czy żołnierzy Wehrmachtu zrywających orły z granicznych szlabanów. Przeciwnicy PiS muszą być więc „za”, a nawet „przeciw” – co sprawia, że automatycznie zostają zepchnięci do defensywy. Najpierw muszą – czy tego chcą czy nie – potwierdzić, że reparacje się należą, dopiero potem przedstawiając swoje zastrzeżenia. Koniec końców wychodzi na to, że PiS ma rację – reszta to technikalia.

Nie mniejsze znaczenia ma to, że temat generalnie rozgrzewa emocje i przyciąga uwagę wszystkich, niezależnie od barw politycznych. To też ważny element tej gry. Za chwilę Sejm znów zacznie obradować, jesień ma spędzić m.in. na staraniach o tzw. repolonizację mediów i drugim podejściu do reformy sądownictwa. W perspektywie kolejnych nocnych głosowań dobrze mieć temat, który ma potencjał do skupiania uwagi całego społeczeństwa. Wystarczy kolejna ekspertyza, kolejna kwota rzucona w eter przez któregoś ministra – by rozszerzyć gamę tematów, o których rozmawia się w wieczornych programach informacyjnych i publicystycznych. Dziś zarzuca się PiS-owi, że ten przystępuje do debaty o reparacjach bez odpowiedniego przygotowania całej operacji. Ale może właśnie debatowanie o reparacjach jest przygotowaniem do działań w zupełnie innym temacie?

Gra w reparacje zapewnia też pewien wentyl bezpieczeństwa na wypadek przyszłych porażek na forum UE. Jeśli udział Polski w kolejnym unijnym budżecie będzie mniejszy – to będzie jasne, że jest to zemsta Niemiec za nasze dążenie do dziejowej sprawiedliwości. A i z utratą miliardów z UE łatwiej się pogodzić, gdy w perspektywie będą biliony, które uzyskamy z Berlina. Prawdziwy polityczny majstersztyk.

I gdyby działania polskiego rządu można było bezpiecznie ograniczyć do polityki wewnętrznej – należałoby z uznaniem stwierdzić, że oto obserwujemy grę, w której rząd nie może przegrać.

Niestety, gdy do tej układanki dodamy politykę zagraniczną może się okazać, iż na koniec gry pozostanie nam – jak pisał Herbert – „krzepiąca wiedza że jesteśmy – sami”.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL