Konflikt na Ukrainie

Militaryzacja anektowanego Krymu

Na lądzie, morzu i w powietrzu. Rosyjskie manewry na Krymie.
AFP
Ukraińska zbrojeniówka tworzy nowy system rakietowy, a Rosja wzmacnia obronę powietrzną półwyspu.

Kolejny najnowszy system obrony powietrznej S-400 Triumf został przerzucony na Krym. Rosyjska armia ma takich jedynie 16, z czego dwa już są na anektowanym półwyspie. Może razić jednocześnie 36 celów powietrznych na odległości do 400 km. Rosyjska agencja Ria Nowosti, powołując się na źródło w strukturach siłowych, podaje, że jeden z tych systemów ma chronić przestrzeń powietrzną pomiędzy Krymem a Ukrainą. Pochodzący z Sewastopola deputowany Dumy Dmitrij Bielik tłumaczy, że Moskwa odpowiada tak na próby Kijowa utworzenia nowych systemów rakietowych. – Niezależnie od tego, co testują kijowscy taktycy, każdy obiekt, który przekroczy powietrzną granicę półwyspu, zostanie zestrzelony – mówi Bielik.

Pod koniec grudnia ukraiński przemysł zbrojeniowy przetestował nowy system rakietowy Olha. Zadowolenia z tego powodu nie krył prezydent Petro Poroszenko, który poinformował, że wszystkie rakiety trafiły w cel. Z kolei na początku stycznia konstruktorzy z fabryki Jużmasz wypróbowali silnik do nowego systemu rakietowego Grom. W Kijowie twierdzą, że pierwsze próby na poligonie odbędą się już w tym roku. Do masowej produkcji jeszcze daleko, a pierwszy wyprodukowany system rakietowy ma trafić do jednego z krajów Bliskiego Wschodu. Znany ukraiński portal apostrophe.ua twierdzi, że chodzi o Arabię Saudyjską, która na produkcję Gromu miała wydać 40 mln dolarów. Niewykluczone, że to właśnie ta współpraca wywołuje niepokój Kremla.

– Rakiety systemów rakietowych Olha i Grom będą miały zasięg do 500 km. Będą bardzo podobne do słynnych rosyjskich iskanderów, którymi Rosja straszy cały świat. W Moskwie się tego obawiają. W odwecie za ofensywę Rosji moglibyśmy uderzyć, i to bardzo boleśnie – mówi „Rzeczpospolitej" kpt. Ołeksij Arestowycz, ukraiński analityk wojskowy.

Rzecznik rosyjskiego prezydenta Dmitrij Pieskow tłumaczy, że przerzucenie na Krym systemów S-400 ma wzmocnić „bezpieczeństwo Rosji". Po aneksji Krymu oprócz Floty Czarnomorskiej pojawiły się tam prawie wszystkie rodzaje rosyjskich sił zbrojnych. Szacuje się, że stacjonuje tam nawet 40 tys. rosyjskich żołnierzy. Rozbudowano lotniska, gdzie dyżuruje kilkanaście zmodernizowanych rosyjskich myśliwców bojowych Su-30SM i bombowce strategiczne Tu-22M. W 2016 r. zachodnie media informowały, że Moskwa rozmieściła na Krymie iskandery, które mogą zostać uzbrojone w ładunki atomowe. Rok po aneksji Władimir Putin przyznał, że krymskiego wybrzeża bronią najnowsze systemy rakietowe Bastion, wyspecjalizowane w zwalczaniu floty.

– Wiosną 2014 r. systemy te wzięły na celownik okręt amerykańskiej marynarki wojennej, który się kręcił w wodach neutralnych, ale był bardzo blisko granicy. Gdy Amerykanie zobaczyli, że są na celowniku, natychmiast się cofnęli. Rozmieszczone na Krymie siły są w stanie samodzielnie prowadzić działania wojenne bez wsparcia reszty rosyjskiej armii – mówi „Rz" płk Igor Korotczenko, redaktor naczelny czasopisma „Nacjonalna Oborona", blisko związany z rosyjskim resortem obrony. – To nie z powodu Ukrainy systemy S-400 postawiono na Krymie. Z tego co wiemy, na tworzeniu własnych systemów rakietowych Ukraińcom zejdzie co najmniej 15 lat. Zagrożeniem dla nas jest podwyższona aktywność w tym regionie amerykańskich samolotów wywiadowczych oraz okrętów wojskowych, które mogą być wyposażone w rakiety manewrujące typu Tomahawk – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL