Inne sporty

Wielicki: Rozstrzygnięcie do początku marca

Fotorzepa, Jakub Ostałowski
- Kierownik polskiej wyprawy na K2 Krzysztof Wielicki mówi "Rzeczpospolitej" o zmianie trasy i ewentualnym ataku szczytowym -

Rzeczpospolita: Musieliście przenieść wyprawę z Drogi Basków na drogę przez Żebro Abruzzów i zaczynać pracę od początku. Co już udało się zrobić?

Krzysztof Wielicki: Mamy liny poręczowe do wysokości 6300 m. W tamtym obozie są Adam Bielecki i Denis Urubko, którzy będą się wspinać w kierunku tzw. Czarnej Piramidy. Z obozu pierwszego wyszły następne cztery osoby, by uzupełnić liny poręczowe do wysokości 6600–6700 m, gdzie powinien stanąć obóz drugi.

Czemu wybraliście tę drogę?

Kiedy zdecydowałem o zaniechaniu wejścia Drogą Basków, to wybraliśmy Żebro Abruzzów, bo zespół zna ten szlak, chyba tylko Maciej Bedrejczuk nie wspinał się tą drogą. Reszta już tu była, chociaż w porze letniej. Ten czynnik przeważył, ale pojawiały się inne pomysły. Denis Urubko optował za wchodzeniem wschodnią ścianą, której kiedyś próbował Wojciech Kurtyka, ale to jest droga mało znana, a wchodzenie w połowie wyprawy na drogę zagadkę, w dodatku oddaloną od bazy o kilka godzin, to większe ryzyko porażki. Zespół uznał, że przenoszenie się w tamto miejsce nie ma sensu, więc Denis się z tym pogodził.

W 2002 roku Urubko wchodził na K2 od strony chińskiej i doszedł dość wysoko...

On wchodził wtedy drogą od północy, tzw. Drogą Japońską. Teraz planował pójść jeszcze bardziej na lewo, żeby z chińskiej strony przeskoczyć na pakistańską i kończyć trawersem. To byłoby bardzo trudne podejście. Nie znalazł chętnych na taką drogę.

Głosowaliście przed wybraniem Żebra Abruzzów czy decydował pan samodzielnie?

Głosowanie nie było potrzebne. Wszyscy uznaliśmy, że na przenoszenie się na wschodnią stronę góry jest już za późno. Nie można pod koniec wyprawy ruszać zupełnie nową drogą. Żebro Abruzzów było naturalnym wyborem.

Jesteście zadowoleni z tempa wykonywanej pracy?

Tempo teraz nie jest najgorsze. Na Drodze Basków posuwaliśmy się wolniej, bo przez spadające kamienie ciągle groziło nam niebezpieczeństwo. Teraz w kilka dni wykonaliśmy to, co poprzednio zajęło nam miesiąc.

Wybraliście Drogę Basków, bo miała dawać największe szanse na zdobycie szczytu. Spadające kamienie były dla was zaskoczeniem?

Jest tam stosunkowo mało śniegu, który normalnie przytrzymywał kamienie. Teraz leżą luźno i są łatwo strącane przez wiatr. Może się zdarzyć nawet tak, że zespół idący z przodu niechcący spowoduje spadanie kamieni. Jeśli po miesiącu wspinania nie było nikogo, kto by nie dostał kamieniem, to decyzja mogła być tylko jedna. Mieliśmy już rozwalony kask, rozbite czoło i nos oraz złamaną rękę. Powiedziałem, że nie wezmę takiego ryzyka na siebie.

Jarosław Botor opuścił wyprawę z powodów rodzinnych. Rafał Fronia też wrócił do kraju. Adam Bielecki jest po poważnej kontuzji. Jak to wpływa na podział zadań?

Adamowi już zdjęliśmy szwy i włączył się do akcji, ale to prawda, że zespół jest osłabiony. Nie załamujemy rąk, choć dajemy sobie sprawę z upływu czasu, obserwujemy prognozy. Założenie obozu na dużej wysokości zajmuje dwa, trzy dni. Do kiedy dajemy sobie czas? Pozwolenie mamy do 20 marca, ale chcielibyśmy zakończyć działania trochę wcześniej. Jeśli prognozy pogody nie pozwolą na wspinanie się przez dziesięć dni, to nie będzie sensu tutaj siedzieć. Wszystko powinno się rozstrzygnąć do początku marca.

Po wyjeździe Jarosława Botora nie macie ratownika medycznego. Jak radziliście sobie z opatrywaniem kolegów?

Każdy przechodził szkolenia z ratownictwa medycznego, ale ze względów bezpieczeństwa Polski Związek Alpinizmu wysłał do nas lekarza Przemysława Gułę, który w bazie będzie za kilka dni. Przy opatrywaniu Bieleckiego bardzo dobrze spisał się Piotr Tomala, który zachował zimną krew. Mamy odpowiednie wyposażenie i każdy, gdyby musiał, to zszyłby ranę, ale jakoś nikt się nie wyrywał. Piotrek poradził sobie świetnie, w ocenie lekarza szwy wyszły mu bardzo dobrze. Po kilku dniach zdjął je Adamowi.

Jesteście już długo ze sobą. Jak walczycie z monotonią?

Życie w bazie to głównie wyczekiwanie i sprawdzanie prognoz pogody, obserwowanie, jak mocno wieje. Dostajemy prognozy z różnych firm, mamy dokładne dane na sześć dni do przodu, ale oprócz tego analizy ruchów powietrza arktycznego, na których budowane są symulacje pogody na trochę dłuższe okresy. Najbardziej wiarygodne są, niestety, prognozy na dwa, trzy dni. Czemu niestety? Bo zazwyczaj pokazują, że pogoda będzie niesprzyjająca. Kiedy nie można wyjść w góry, to w wolnych chwilach gramy w karty, w szachy, czytamy książki, rozmawiamy. Ktoś, kto jeździ na wyprawy zimowe, jest przystosowany do przeżycia dwóch miesięcy w górach. W sezonie letnim jest łatwiej, bo zaświeci słoneczko, można się nawet położyć. Teraz człowiek chce wyjść na zewnątrz, a tu namiot zasypany. Do tego trzeba mieć przystosowaną psychikę. Wyobrażam sobie, że wielu ludzi nie chciałoby żyć w takich warunkach, a co dopiero się wspinać.

Straszny mróz, hula wiatr, ale myć się trzeba. Jak radzicie sobie z tym wyzwaniem?

Przy kuchni mamy parawan. Kucharz, człowiek wielu talentów, razem z pomocnikami grzeją wodę. Jest miska, jest frajda, tylko trzeba się ubrać od razu. Ci bez włosów mają łatwiej, bo nie trzeba ich suszyć. Poza tym mamy ten komfort, że jeśli nie chcemy, to się nie myjemy. Jesteśmy w męskim towarzystwie i mamy dużą tolerancję w tym zakresie. Poza tym przy minus 25 stopniach i tylko 13 proc. wilgotności człowiek się zbytnio nie poci. Kwestia mycia się nie jest wtedy aż tak paląca.

Internet i telefon też macie. To sporo ułatwia?

Dysponujemy łącznością satelitarną, mamy internet. Oglądaliśmy nawet olimpijski konkurs skoków i cieszyliśmy się ze złota Kamila Stocha. Mamy łączność ze światem, ale ja jestem z tego pokolenia, które nie czuje potrzeby ciągłego podpięcia do mediów społecznościowych. Nie mam konta na Facebooku i jestem szczęśliwy, ale młodsi koledzy bez tego by nie wytrzymali. Niektórzy mi podpowiadają: zabierz im te komórki i laptopy, ale co ja mogę? Wisły kijem nie da się zawrócić.

Kto może zostać wytypowany do ataku szczytowego?

To prosta sprawa. Mogą pójść tylko ci, którzy najwyżej spali i są przygotowani. Jeśli ktoś nie spał na 7300 m, to nie ma możliwości podjęcia ataku. Nie tylko ja nie wyrażę zgody, ale w zespole są na tyle rozsądni ludzie, że nikt się tego nie podejmie. Im więcej ktoś ma doświadczenia, tym jest ostrożniejszy. Czasami zdarza się na wyprawach, że nie ma chętnych do podjęcia ataku szczytowego. Jeśli taki zespół się wytworzy, to samoistnie, a nie przez nominację. Godzinę wyjścia do ataku na szczyt ustali zespół atakujący w zależności od tego, jak daleko będą mieli do szczytu z ostatniego biwaku. Jeśli wyjdzie się za późno, to wraca się po nocy, w terenie niezabezpieczonym. W gotowości będzie pozostawał zespół, który w razie potrzeby może wyjść na spotkanie i wspomóc kolegów.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL