Rzecz o historii

Sztuka po Powstaniu Styczniowym

Artur Grottger, „Branka” (lub też „Pobór w nocy”) z cyklu „Polonia”, powstała w 1863 r.
Wikipedia
Pamięć narodu o przyczynach i tragicznych konsekwencjach niepodległościowego zrywu, jakim było powstanie styczniowe, kształtowała m.in. sztuka, zwłaszcza cykle rysunków Artura Grottgera oraz obrazy Aleksandra Sochaczewskiego i Jacka Malczewskiego.

Aleksander Wielopolski, od czerwca 1862 r. naczelnik rządu cywilnego Królestwa Polskiego, nakłonił władze rosyjskie do wydania ukazów o zniesieniu pańszczyzny i oczynszowaniu chłopów, a także równouprawnieniu Żydów. Mimo to przez polskie środowiska był izolowany, zwłaszcza że to z jego inicjatywy w połowie stycznia 1863 r. przeprowadzono tzw. brankę (przymusowy pobór do wojsk carskich), która bezpośrednio doprowadziła do wybuchu powstania styczniowego (pierwotnie planowanego na wiosnę). Na imiennych listach było ponad 10 tys. osób podejrzanych o spiskowanie przeciw caratowi. W nocy z 14 na 15 stycznia odbył się zmasowany pobór do wojska na terenie Warszawy. Jednak Rosjanie nie osiągnęli celu, ponieważ większość młodzieży znajdującej się na listach, ostrzeżona wcześniej, opuściła miasto. Kilka dni później rozpoczęły się walki powstania styczniowego.

Tę tragiczną noc upamiętnił Artur Grottger na jednym z rysunków, zatytułowanym „Branka" (lub też „Pobór w nocy"), z cyklu „Polonia", który powstał w 1863 r. Grottger zajmuje szczególne miejsce wśród artystów tworzących „ku pokrzepieniu serc" Polaków. Jego twórczość przez pokolenia kształtowała pamięć narodu o przyczynach i tragicznych konsekwencjach powstania styczniowego.

Najmłodszy z romantyków

Jakże krótkie było życie tego geniusza rysunku, jednego z czołowych przedstawicieli późnego romantyzmu w malarstwie polskim. I niczym w soczewce skupia w sobie tragizm całego pokolenia. Ojciec artysty, Jan Józef, był nieślubnym synem radcy sądu tarnowskiego Hilarego Siemianowskiego. Po urodzeniu nosił nazwisko panieńskie swojej matki, francuskiej guwernantki panny Grottger, która przyjechała ze Szwajcarii. Siemianowski zadbał jednak o edukację oraz wychowanie syna. Opłacił jego studia w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu. Po osiągnięciu przez Jana Józefa pełnoletności Siemianowski oddał mu w dzierżawę jeden z należących do niego majątków w Ottyniowicach, a przed swą śmiercią zostawił mu 10 tysięcy reńskich w gotówce. Co ważne, Jan Józef Grottger walczył w powstaniu listopadowym jako rotmistrz 5. Pułku Ułanów „Warszawskie Dzieci". Ożenił się z Krystyną Blahao de Chodietow, córką Chorwata osiadłego w Polsce, byłego oficera huzarów węgierskich oraz wyższego urzędnika przy sądzie szlacheckim we Lwowie. Z tego związku 11 listopada 1837 r. urodził się Artur Grottger, który był pierwszym dzieckiem pary (przyszły malarz miał troje młodszego rodzeństwa: Marię, Jarosława i Aleksandra).

Wiosną 1851 r. na wystawie jednego z lwowskich sklepów ze sztuką bawarski hrabia Aleksander Pappenheim dostrzegł ciekawą akwarelę przedstawiającą pogoń polskiej szlachty za Tatarami. Zapytał sprzedawcę o autora i dowiedział się, że jest to pierwsza praca 14-letniego chłopca, Artura Grottgera. Nie tylko kupił obraz, ale też postanowił poznać autora, co zaowocowało później wieloletnią przyjaźnią, dzięki której młody Grottger zyskał protektora oraz mecenasa. Szczęśliwie dla nastoletniego artysty 16 października 1851 r. do Lwowa przybył cesarz austriacki Franciszek Józef I. Przyjaciele początkującego malarza wpadli na pomysł, aby Grottger uwiecznił wjazd monarchy do miasta. Pomysł poparli hrabia Agenor Gołuchowski, ówczesny namiestnik Galicji, oraz magnat galicyjski Zabielski, wuj Artura, który gościł monarchę we własnych apartamentach. Franciszek Józef otrzymał akwarelę upamiętniającą jego wjazd w prezencie od polskiej szlachty, a po powrocie do Wiednia z własnej kasy ufundował Arturowi Grottgerowi stypendium w wysokości 20 guldenów miesięcznie oraz nakazał młodemu artyście podjąć studia artystyczne w Krakowie, a po ich ukończeniu – w Wiedniu. Tak też się stało, a nauki pobierane w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu odcisnęły na Grottgerze swój ślad. Artysta cenił zwłaszcza technikę Petera Geigera i to pod jego wpływem przedkładał później czarno-białą grafikę nad kolorowe malarstwo olejne czy akwarele. W Wiedniu Artur Grottger spędził ponad dekadę, mieszkając tam od 1854 do 1865 r. i odnosząc sukcesy jako ilustrator czasopism wiedeńskich (a także, od roku 1859, polskiego periodyku „Postęp").

Artur Grottger zamierzał wziąć udział w powstaniu styczniowym i w tym celu w marcu 1863 r. przybył do Lwowa. Stamtąd chciał przedostać się do zaboru rosyjskiego, ale przyjaciele wyperswadowali mu ten pomysł. Artysta nie miał zdrowia, a ponadto był jedynym żywicielem rodziny, dlatego ostatecznie nie zdecydował się na uczestnictwo w walce i wraz z matką oraz siostrą wrócił do Wiednia. Artysta z losami powstania był jednak bezpośrednio związany. W 1864 r. jego młodszy brat, Jarosław Grottger, za udział w powstaniu został zesłany na Syberię. Samemu malarzowi wytoczono proces sądowy w Wiedniu za pomoc, jakiej udzielał uchodzącym z zaboru rosyjskiego powstańcom. Z powodu szykan policyjnych zmuszony był opuścić Wiedeń w 1865 r.

W 1866 r. na balu we lwowskim Towarzystwie Strzeleckim poznał 16-letnią Wandę Monné. Gwałtowna miłość pomiędzy młodziutką polską patriotką i malarzem, obfitująca w wiele romantycznych spotkań i długich, afektowanych listów, pozostała niespełniona. Artur, chcąc osiągnąć artystyczny i finansowy sukces, wyjechał do Paryża, gdzie – chory na gruźlicę – zdołał jedynie dokończyć cykl „Wojna", który sprzedał austriackiemu cesarzowi Franciszkowi. Malarz, nękany chorobą i opadający z sił, został wysłany przez lekarzy do uzdrowiska Amelies-les-Bains we francuskich Pirenejach, gdzie zmarł 13 grudnia 1867 r. w wieku zaledwie 30 lat. Trumnę ze szczątkami artysty sprowadziła do Lwowa 4 lipca 1868 r. jego narzeczona. Wanda Monné pochowała ukochanego na Cmentarzu Łyczakowskim w miejscu, które wybrał sam Artur Grottger podczas ich wspólnego spaceru.

Alegoryczno-martyrologiczna kreska

Kiedy w 1987 r. w Muzeum Narodowym w Krakowie zorganizowano retrospektywną wystawę twórczości Artura Grottgera z okazji 150. rocznicy jego urodzin, okazało się, że choć żył zaledwie 30 lat, pozostawił po sobie bogaty dorobek artystyczny – na wystawie pokazano blisko 500 jego prac (rysunki, ilustracje książkowe, akwarele, szkice, obrazy olejne oraz jedyną wykonaną przez artystę litografię). Grottger reprezentował XIX-wieczne podejście do sztuki i za swoją misję uważał poświęcenie własnej twórczości sprawie niepodległości ojczyzny. Nie mogąc brać udziału w walkach, starał się ocalić je od zapomnienia za pomocą sztuki. Mimo że nigdy nie widział wydarzeń powstania styczniowego, stworzył dwie serie rysunków, które zadedykował temu wolnościowemu zrywowi. „Polonia", wykonana w 1863 r., przedstawia przebieg wydarzeń w Królestwie Polskim, natomiast „Lithuania" (powstała w latach 1864–1866), miała upamiętniać walki powstańcze, które miały miejsce na „ziemiach zabranych" – na Litwie i Białorusi. Artysta chciał także wykonać trzeci cykl poświęcony przebiegowi walk na Ukrainie (pod tytułem „Roxolania"), jednak przedwczesna śmierć zniweczyła te plany.

Z cyklu „Polonia" pochodzi rysunek zatytułowany „Branka". Jak już wyżej wspomniano, przedstawia przymusową brankę Polaków do carskiego wojska zarządzoną przez Aleksandra Wielopolskiego w nocy z 14 na 15 stycznia 1863 r. w Warszawie. Na rysunku widzimy rozpaczającą kobietę, jedynie w nocnej koszuli, rzucającą się do drzwi, za którymi znika zakuty w kajdany jej ukochany mąż. Scena jest pełna symboli: druga z kobiet, jedynie świecą oświetlająca ciemność nocy, unosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa, na ścianie – tuż pod krzyżem – wiszą dwa pistolety, znalazło się też miejsce na półkę z książkami. Jest to zatem dom bogobojnego patrioty, a zarazem człowieka wykształconego. Car wiedział, co czyni – zabierał „kwiat polskiego narodu".

Jak możemy przeczytać na stronie www.malarstwo-historia.blogspot.com, „cykle Grottgera powstawały na ciemnożółtym kartonie, rysowane czarną kredką i uzupełniane o białe bliki. Nastrój sceny wynikał przede wszystkim z ekspresji uczuć bohaterów dramatu, dlatego jasność i natychmiastowa zrozumiałość zobrazowanej sytuacji narracyjnej, budowanej w dużym stopniu przez mowę gestów i mimiki postaci, wymagała iluzjonistycznej rzeczywistości przedstawionej. Intencją Grottgera było od samego początku nobilitowanie tematu współczesnego do rangi malarstwa historycznego poprzez wpisanie przedstawień w gatunkową konwencję egzemplaryczności czy uniwersalizmu przesłania".

Nie inaczej było w przypadku kolejnego cyklu: „Lithuania" to sześć czarno-białych rysunków przedstawiających sceny związane z powstaniem styczniowym. Akcja cyklu rozgrywa się w litewskiej puszczy, gdzie zbierają się powstańcy, organizując partyzanckie oddziały oraz przygotowując się do walki z zaborcami. Głównymi bohaterami całości jest małżeństwo mieszkające w leśniczówce – leśniczy oraz jego żona z dzieckiem. Ukończony cykl artysta przedstawił na wystawie światowej w Paryżu w 1867 r. Na tzw. kartonie czwartym, zatytułowanym „Bój", artysta ukazał jedną z około 2500 bitew i potyczek, do których doszło w latach 1863–1864 w czasie trwania powstania styczniowego. Pomimo ostatecznej klęski wiele z nich zakończyło się zwycięstwem powstańców. Właśnie taką pomyślnie dla powstańców zakończoną bitwę stoczoną w lesie Grottger postanowił uwiecznić. Z kolei na rysunku piątym, zatytułowanym „Duch", przy drzwiach widzimy postać leśnika, który poległ w walce (lewą dłonią wskazuje na swą ranę na piersi) i nawiedza jako zjawa własny dom, powracając do swojej rodziny. Żona przerywa topienie na piecu ołowiu na kule i zamyśla się. W ramionach trzyma podniesione z kołyski niemowlę. Kobieta nie wyczuwa ducha swego męża, jedynie – być może – właśnie w tej chwili go wspomina. Tylko pies, wierny towarzysz, odwrócony w stronę drzwi, spogląda w twarz zjawy.

Cykl „Lithuania" kończy rysunek zatytułowany „Widzenie", a przedstawiający Matkę Boską wraz z Jezusem, którzy ukazują się kobiecie-powstańcowi zesłanej w głąb Rosji. Kobieta skuta kajdanami pracuje jako górnik w kopalni. Po zakończeniu powstania styczniowego około 40 tys. powstańców wysłano etapami na sybirską katorgę. Niestety, więcej niż połowa z nich nie wróciła do swych rodzin.

Zsyłka na Sybir

Polacy byli zsyłani na Syberię już od czasu wojen polsko-rosyjskich w XVII w. Trudno zliczyć, ilu tak naprawdę naszych rodaków trafiło w głąb Rosji. Zesłania nasiliły się w okresie zaborów, a zsyłki na szeroką skalę władze carskie zastosowały wobec powstańców styczniowych. Wiązało się to także z konfiskatą majątków i utratą prawa powrotu w rodzinne strony. Cierpienie sybiraków zaczynało się już w trakcie transportu: skazańców dowożono bezpośrednio na stacje kolejowe, a tam czekały na nich wagony towarowe. Podróż w głąb Rosji stawała się koszmarem także z powodu niewielkich ilości wody zdatnej do picia i braku jedzenia. A trwała zwykle co najmniej kilka tygodni. Po dotarciu na miejsce na zesłańców czekały nieludzkie warunki mieszkaniowe i katorżnicza praca na mrozie sięgającym często minus 40 stopni.

Nie kto inny tylko Artur Grottger jest autorem obrazu „Pochód na Sybir" (z 1866 r.), gdzie ukazał powstańców w marszu do „nieludzkiej ziemi". Zesłańcy idą kolumną, dwójkami, podtrzymując się nawzajem, skuci kajdanami. Na pierwszym planie jeden z nich pada ze zmęczenia na kolana, wyciąga dłonie do współtowarzysza. Na prawo od nich widać carskiego strażnika, kolejny zaś patroluje skazańców na koniu. Krajobraz przedstawiony na obrazie jest bardzo surowy i przygnębiający – to nie widok łagodnej, malowniczej zimy. Zawieja śnieżna i zastygłe na mrozie gałęzie krzewów – niczym ludzkie szkielety – dopełniają dramatyzmu przedstawionej sceny. Obraz przechowywany jest obecnie w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Jeszcze tragiczniejszą wymowę ma dzieło Aleksandra Sochaczewskiego „Pożegnanie Europy" (z 1894 r.). Zgromadzeni przy słupie granicznym zesłańcy – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – zdają się wiedzieć, że właśnie żegnają się ze znanym im światem i wkraczają na „ziemię wiecznych śniegów i wiecznej tęsknoty". Jeden z nich – stojący tyłem, na prawo od słupa – to sam autor. Oto bowiem Aleksander Sochaczewski (właściwie Lejb Sonder) został aresztowany jesienią 1862 r. na fali zatrzymań po nieudanych zamachach na Aleksandra Wielopolskiego, więziony w Cytadeli i skazany na 20 lat pobytu na Syberii (dziesięć lat katorgi, dziesięć lat zwykłego osiedlenia). Po powrocie z zesłania (w 1884 r.) z powodu braku zgody władz carskich na pobyt w Królestwie Polskim osiedlił się we Lwowie. Następnie mieszkał m.in. w Monachium i Brukseli, gdzie stworzył cykl przejmujących obrazów dokumentujących katorgę i pobyt na Syberii w okresie zsyłek po powstaniu styczniowym. Jego „Pożegnanie Europy" ma wymowę symboliczną, autor uwiecznił bowiem na nim znanych sybiraków zesłanych w różnych zsyłkach, w tym siebie. W 1913 r., w 50. rocznicę powstania styczniowego, po wystawie we Lwowie Sochaczewski przekazał radzie miejskiej kolekcję swoich obrazów w zamian za dożywotnią rentę (zmarł jednak z dala od polskiej ziemi – w austriackim Biedermannsdorf, 15 czerwca 1923 r.).

Mimo że zesłańcom odbierano majątki, skazywano na katorżniczą pracę i głód, co często kończyło się ich przedwczesną śmiercią, to wielu z nich nie traciło nadziei na „lepsze jutro" dla siebie i ojczyzny. Ogromne znaczenie miały dla nich praktyki religijne, które pomagały przetrwać najgorsze. W miarę możliwości starali się obchodzić święta, zwłaszcza Wigilię Bożego Narodzenia. Wspólne śpiewanie polskich kolęd, łamanie się chlebem i składanie sobie życzeń – to dodawało sybirakom otuchy w chwilach zwątpienia. Tu trzeba jeszcze nadmienić, że zwyczaj zostawiania pustego miejsca przy wigilijnym stole upowszechnił się właśnie w okresie deportacji w XIX w. i symbolizował pamięć o członku rodziny zesłanym na Syberię.

Na koniec warto więc przywołać powszechnie znany obraz Jacka Malczewskiego zatytułowany „Wigilia na Syberii" z 1892 r. Uwagę przykuwa śnieżnobiały obrus (spod niego wystaje tradycyjne sianko), ułożony na długim stole, na którym leży czarny chleb. Bo i cóż innego mieli zesłańcy? Służył im zarówno jako opłatek, jak i jedyny posiłek. Po obu stronach stołu w milczeniu i zadumie siedzą zesłańcy. Malczewski przedstawił ośmiu mężczyzn, z których każdy odzwierciedla odmienny odcień zadumy i tęsknoty. Jeden z nich kurczowo zaciska splecione do modlitwy dłonie, drugi zasłania sobie twarz pustym talerzem. Trzeci zdaje się być nieobecny, zatopiony we własnych myślach. Nie zważa, że jego ręce ciężko i bezwładnie spoczywają na stole. Czwarty wpatruje się w płomień świecy... Atmosfera jest poważna. Panuje cisza i oczekiwanie – na cud narodzin samego Boga. Ale obraz Jacka Malczewskiego swym nastrojem i wymową przypomina bardziej Ostatnią Wieczerzę. Przecież – zgodnie z Ewangelią – przez cierpienie i śmierć można odkupić nawet cudze przewiny. A nagroda? Malczewski, kiedy uczył rysunku, miał powtarzać swym studentom: „Malujcie tak, aby Polska zmartwychwstała". Jak wiemy, artysta – zmarły w 1929 r. – doczekał niepodległej Rzeczypospolitej.

„Wigilia na Syberii" Malczewskiego stała się inspiracją dla Jacka Kaczmarskiego (1957?2004), wybitnego polskiego poety, prozaika, kompozytora, barda i twórcy tekstów piosenek, z których większość nawiązywała do burzliwej historii Polski. W 1980 r. Kaczmarski napisał wiersz pod tym samym tytułem, co obraz Malczewskiego. Oto jego fragment:

„Zasyczał w zimnej ciszy samowar

Ukrop nalewam w szklanki

Przy wigilijnym stole bez słowa

Świętują polscy zesłańcy

Na ścianach mroźny osad wilgoci

Obrus podszyty słomą

Płomieniem ciemnym świeca się kopci

Słowem – wszystko jak w domu (...)

Nie będzie tylko gwiazdy na niebie

Grzybów w świątecznym barszczu

Jest nóż z żelaza przy czarnym chlebie

Cukier dzielony na kartce

Talerz podstawiam, by nie uronić

Tego, czym życie się słodzi

Inny w talerzu pustym twarz schronił

Bóg się nam jutro urodzi (...)

Nie, nie jesteśmy biedni i smutni

Chustka przy twarzy to katar

Nie będzie klusek z makiem i kutii

Będzie chleb i herbata

Siedzę i sam się w sobie nie mieszczę

Patrząc na swoje życie

Jesteśmy razem – czegóż chcieć jeszcze

Jutro przyjdzie Zbawiciel (...)".

Jak już wspomniano, niewielu spośród powstańców styczniowych przeżyło zsyłkę na Sybir. W odrodzonej II Rzeczypospolitej nie zapomniano o nich – ci, którzy dożyli niepodległej Polski, wszędzie przyjmowani byli z honorami należnymi bohaterom.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL