Film

Karlowe Wary: Zatuszowana rzeź, dzieci bez uczuć

Tryumfatorzy festiwalu (od lewej) Olmo Omerzu (reżyser „Kawek na drodze”), producenci Jiří Konečný i Ada Solomon, oraz Radu Jude („Nie przejmuję się tym, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy”)
materiały prasowe
Rumun Radu Judeta wygrał festiwal, a Europa Wschodnia rozliczała się z traumami współczesności.

Najsłynniejsi reżyserzy pokazują filmy w Cannes, Wenecji, Berlinie. Ale festiwal w Karlowych Warach znalazł swoje miejsce wśród ważnych imprez świata.

Ludzie odpowiedzialni za jego program szukają ciekawych obrazów w różnych częściach globu, przede wszystkim jednak skupiają się na tym, co się dzieje w kinie Europy Wschodniej i Środkowej. I znajdują tu mocne filmy, jak nagrodzony Kryształowym Globem „I Do Not Care if We Go Down in History as Barbarians" („Nie przejmuję się tym, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy").

Romscy niewolnicy

– Człowiek ma zdrową psychikę, jeśli wie, skąd pochodzi, w jakim miejscu jest i dokąd zmierza – mówi twórca filmu Radu Jude. – To zdanie odnosi się również do społeczeństw. Moi rodacy zamiatają trudne chwile swojej historii pod dywan, nie chcą mieć poczucia winy. Ale rumuńskie społeczeństwo nie będzie zdrowe, dopóki uczciwie nie rozliczy się z przeszłością.

Czytaj także: Artyści nie mogą być kukiełkami propagandy

Jude próbuje to robić. W roku 2015 pokazał znakomity „Aferim!", w którym odsłonił epizod handlu romskimi niewolnikami na dawnych ziemiach rumuńskich. Czarno-biała konwencja sprawiała, że film o niesprawiedliwości, korupcji, spychaniu na margines mniejszości oglądało się jak stary sztych. A mimo to „Aferim!" był bardzo współczesny.

W nowym filmie Radu Jude mówi o pamięci i polityce historycznej władz Rumunii, które chcą chwalić się bohaterskimi momentami dziejów, a wykreślać ze zbiorowej świadomości te wstydliwe. Wykorzystuje materiały archiwalne, jakie zebrał do dokumentu „Umarły naród" o masakrze Żydów w Odessie w 1941 r.

W „I Do Not Care if We Go Down in History as Barbarians" młoda reżyserka przygotowuje rekonstrukcję tamtych wydarzeń, chce pokazać, że w zbiorowym mordzie wzięła udział armia rumuńska. „Wielu ludzi myśli, że Rumuni walczyli z nazistami. Walczyli, ale po trzech latach kolaboracji. Wielu ludzi myśli, że nie było Holocaustu i nie deportowano Romów. Nasze dzieci uczą się historii z heroicznych książek i filmów" – mówi artystka przedstawicielowi mera miasta, który chce ocenzurować jej spektakl. „Dlaczego mamy portretować siebie na kolanach? – ripostuje urzędnik. – Pokażmy coś pięknego, po czym widzowie będą bić brawo. Masakra w Odessie? To nie wskrzesi umarłych, a opluje dawne generacje". Skąd my to znamy?

Psychiczny ból

Iwan Twerdowski, uhonorowany nagrodą specjalną za film „Jumpman", bez znieczulenia pokazał dzisiejszą Rosję. Opowiedział historię chłopaka, którego po latach odbiera z sierocińca matka. Tylko po to, by go wykorzystać. Chłopak cierpi na rzadką chorobę: nie czuje bólu. Ma się rzucać pod samochody, żeby potem szajka, w której skład wchodzą prokurator, adwokatka i sędzia, mogła wyłudzać od kierowców wielkie pieniądze. Nie obowiązuje żadne prawo, a w skorumpowanych sądach nie można liczyć na sprawiedliwy wyrok.

Ale Twerdowski opowiada też o miłości. A właściwie jej braku. 13-latek nie czuje bólu fizycznego, ale psychiczny – niekochanego dziecka – jest nie do wytrzymania.

Motyw braku miłości pojawia się również w nagrodzonych za reżyserię „Kawkach na drodze" Słoweńca Olmo Omerzu. 12-letni Hedus i 14-letni Mara kradną samochód, żeby pojechać nim... gdziekolwiek, gdzie będzie fajnie. Zerwać z szarością życia, uciec od obojętności rodziny i otoczenia, od poczucia, że jest się balastem.

Omerzu rysuje portrety dzieciaków, które bez uczuć stwardniały, ale też parszywego świata, gdzie stróż prawa okaże się maszyną wykonującą obowiązki bez krztyny empatii. „Kawki na drodze" powstały w koprodukcji czesko-słoweńsko-polskiej. Polską koproducentką filmu jest Natalia Grzegorzek, a postprodukcję wykonano w DI Factory.

W zachodnich filmach opowiadano o turbulencjach dojrzewania w stylu kina młodzieżowego. Omerzu i Twerdowski historie nastolatków mocno osadzili w społecznych realiach. Pokazali młodych ludzi niemających jeszcze tarczy ochronnej, próbujących się buntować, szukać przyjaźni, uczucia. Przypomnieli, że to oni są największymi ofiarami świata, tracącego kompas moralny i zapominającego, czym są prawda, przyzwoitość, empatia.

Zupełnie inną, ale ciekawą i skomplikowaną rzeczywistość sportretowali Izraelczycy Joseph Madmony i Boaz Yehonatan Yacov. W ich filmie „Redemption" („Odkupienie") ojciec walczy o życie córki chorej na raka i potrzebującej kosztownej chemioterapii. Mężczyzna był kiedyś członkiem bandu, starzy przyjaciele chcą mu pomóc, znów razem grać. Ale nie jest to proste: każdy ma już inne życie, a sam Manachem zerwał z przeszłością, stał się ortodoksyjnym żydem, a religia nie pozwala mu na występy i zrzucenie z głowy jarmułki. Ważna okazuje się miłość do dziecka i solidarność w nieszczęściu. Bardzo to ładny film, który odtwórcy głównej roli Moshe Folkenflikowi przyniósł nagrodę aktorską.

Tegoroczny karlowarski konkurs główny nie zachwycił, ale jury wyłuskało z niego pozycje najciekawsze. Szkoda, że nie doceniło „Ataku paniki" Pawła Maślony, nie dostrzegło jego nowoczesności, łamiącej czas świetnej narracji, wizji współczesnego świata. Ale tak czasem bywa w konkursach.

Stare dobre kino

A publiczność zatęskniła za wielkim kinem. Swoją nagrodę przyznała... nakręconemu w 1988 roku „Rain Manowi" Barry'ego Levinsona. Znakomity film z Dustinem Hoffnanem i Tomem Cruise'em nie zestarzał się. Historia chorego na autyzm człowieka, który na krótki czas odzyskuje kontakt z otoczeniem, wzrusza.

– W swoim czasie „Rain Man" zwrócił uwagę na problem autyzmu. Ludzie nie wiedzieli, na czym ta choroba polega. Po sukcesie filmu rodzice autystycznych dzieci mogli łatwiej wytłumaczyć, na co ich dziecko cierpi – mówił 76-letni Levinson, który w Karlowych Warach odebrał Kryształowy Glob za całokształt twórczości.

Dziś ogląda się „Rain Mana" jak piękną opowieść o człowieczeństwie. A swoją drogą: ile z naszych współczesnych obrazów przetrwa próbę czasu?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL