"Pod opieką wiecznego słońca": Koreańska kreacja

aktualizacja: 29.06.2016, 23:01
W dokumencie „Pod opieką wiecznego słońca” reżyser Witalij Manski poka...
W dokumencie „Pod opieką wiecznego słońca” reżyser Witalij Manski pokazał kulisy powstawania swojego filmu, obnażył mechanizmy politycznej manipulacji
Foto: against gravity

Od piątku na ekranach dokument „Pod opieką wiecznego słońca" Witalija Manskiego. Film wygrał niedawno Festiwal Millennium Docs Against Gravity.

Korea Północna, uważana za jeden z najbardziej represyjnych reżimów świata, jest jednocześnie krajem, o którym wyjątkowo chętnie filmowcy kręcą dokumenty. Pojechać tam jednak można jedynie za zgodą władz, a najlepiej na ich zaproszenie. Plonem dwóch takich polskich wizyt były dwa polskie filmy: nakręcona przez Andrzeja Fidyka w 1989 roku słynna, obsypana nagrodami „Defilada" i kilkanaście lat później – „Widowisko" Jarosława Sypniewskiego.

Andrzej Fidyk pokazał wszechobecny kult jednostki – nieprzebrane tłumy wielbicieli Ukochanego Wodza Kim Ir Sena z pokorą wymawiające jego imię i wiwatujące na jego cześć w czasie obchodów 40-lecia istnienia Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Z kolei Sypniewski nakręcił relację z widowiska „Arirang", spektaklu ku czci ojca narodu, wykonywanego przez tysiące perfekcyjnie przygotowanych tancerzy na ogromnym stadionie w centrum Phenianu, mieszczącym 100 tys. widzów.

Ta sama opowieść

O Korei Północnej powstaje też wyjątkowo dużo dokumentów zagranicznych będących wariantami ciągle tej samej opowieści o kraju, w którym ludzie nie mają informacji o zewnętrznym świecie za granicami ich państwa (ostatnio w TVP dokument BBC „Korea Północna z ukrycia"). Koreańczycy nie wiedzą, że jest internet i karty kredytowe, nie mają kont w banku ani telefonów komórkowych, co wyszło na jaw, gdy zaczęli się pojawiać w bratniej Korei. Uciekinierzy musieli przechodzić trzymiesięczny program przystosowawczy, by samodzielnie żyć.

Każdy kolejny film ściga się z poprzednim, bo choć Korea jest tak trudno dostępnym krajem, to dokumentaliści za punkt honoru biorą sobie opowiedzenie o niej czegoś, czego świat jeszcze nie wie. Trochę to samograj, bo kraj obserwowany nawet z perspektywy turysty, wygląda jak zadziwiający relikt zamierzchłej ponurej przeszłości - szczególnie dla Europejczyka.

Ale wydaje się, że temat coraz bardziej się wyczerpuje. Zatem o Korei trzeba opowiadać sposobem. Znalazł go kiedyś Andrzej Fidyk, powracając do opowiadania o Korei Północnej bez przekraczania jej granic.

Kilkanaście lat po „Defiladzie" nakręcił „Yodok Stories" film odkrywczy, bo dokumentalista wpadł na pomysł, by znaleźć uciekiniera reżysera teatralnego, który zrealizuje musical opowiadający o rzeczywistości totalitarnego kraju – obozach koncentracyjnych. Przygotowania do wystawienia musicalu trwały dwa lata, premiera odbyła się 5 marca 2006 roku. „Yodok Stories" pokazał jego powstawanie i opowiedział historie siedmiu ludzi, którzy uciekli z piekła.

Także sposobem o Korei postanowił opowiedzieć Rosjanin Witalij Manski, który zrealizował film na zlecenie... rządu Korei Północnej.

Miał on być, rzecz jasna, propagandowy, opiewający walory tego kraju. Manski spędził w Korei Północnej rok. Przez ten czas miał zarejestrować kamerą życie rodziny przygotowującej ośmioletnią Zin-mi do wstąpienia w szeregi Koreańskiej Unii Dzieci, rodzaju komunistycznej młodzieżówki. To celebrowany moment wstąpienia w prawdziwą tamtejszą dorosłość, gdy przysięga się lojalność Wielkiemu Wodzowi Kim Ir Senowi, ojcu narodu no i oczywiście jego następcom.

Przed jego pozłacanym pomnikiem niewyobrażalnej wysokości, kłaniają się wciąż mali i duzi mieszkańcy tego raju na pokaz. I nie byłoby w tej opowieści nic pewnie nowego, gdyby Manski filmował wyłącznie oczekiwane ujęcia. Tymczasem dokumentalista nie wyłączał kamery w czasie poprzedzającym filmowanie reżyserowanych scen. Dzięki temu powstał dokument o filmie. I o drugim reżyserze człowieku wydelegowanym przez koreańskie władze do pilnowania wizerunku. Widzowie mogą zobaczyć, jak dalece kreowany jest obraz idealnego narodu – wszystkie sceny „prawdziwego" życia zostały bowiem zainscenizowane.

Życie na pokaz

Rodzina Zin-mi mieszkająca w reprezentacyjnym apartamencie w centrum Pjongjang w istocie została tam zakwaterowana na czas kręcenia zdjęć. Koreański „filmowiec", instruuje dziewczynkę i jej rodziców, by czuli się przed kamerą swobodniej tak jak u siebie w domu... A sceny, które są tam odgrywane, nie należą do skomplikowanych – jedzą (obfitość jedzenia na stole!) i rozmawiają o swoim idealnym kraju, powtarzając zresztą nauczone wcześniej kwestie.

Zin-mi uczęszcza do najlepszej szkoły w Pjongjang i uczestniczy w niekończących się lekcjach historii traktujących o chwalebnych zwycięstwach Korei Północnej nad „japońskimi najeźdźcami" i „amerykańskimi tchórzami". Jej ojciec wykonujący zawód dziennikarza na potrzeby filmu stał się inżynierem pracującym w zakładzie produkującym ubrania. Matka zarabiająca na życie w fabryce mleka przyjmuje gratulacje od koleżanek z okazji wstąpienia Zin-mi w szeregi Koreańskiej Unii Dzieci. I tu koreański spec od filmu zarządza więcej spontaniczności i uśmiechu....

Szczególne wrażenie robią jednak sceny, w których filmowane są setki dorosłych i dzieci na ulicy, w czasie zgromadzeń, wspólnych obowiązkowych fizycznych ćwiczeń. Naczelna zasada dotyczy respektowania swojego miejsca w szeregu. Z zakazem wyłamywania się z niego.

Z naszej, europejskiej perspektywy dręczący obraz. Ale jak już wiemy, wolność też wcale nie jest łatwa.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE