Film

Bohdan Łazuka: Lubelski spleen

materiały prasowe
Wierzę w coś, co nazywamy małymi ojczyznami. Przypominają mi się też słowa Adama Mickiewicza z „Pana Tadeusza", gdzie nasz narodowy wieszcz był łaskaw zauważyć: „Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie".

Od lat uważany jestem za warszawiaka – o co wcale nie mam pretensji, bo tu się czuję jak u siebie. Tu zrealizowałem się jako artysta. Ale też odwiedzałem wiele miast na świecie. Jednak miastem, do którego lubię wracać, nie tylko wspominaniem, jest Lublin. Cieszę się, że pięknieje z roku na rok, bardzo kibicowałem, by zdobył tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Wyszło jak wyszło. Trudno.

W Lublinie mam swoje korzenie. Tu się urodziłem, tu chodziłem do szkoły podstawowej, przy ulicy Wyszyńskiego. W drużynie Startu Lublin grałem w koszykówkę, a legendarny trener Władysław Maleszewski powołał mnie na obóz reprezentacji Polski młodzików. Można powiedzieć, że zawsze dobrze się zapowiadałem. Miałem wówczas dylematy, czy powinienem poświęcić się karierze sportowej czy artystycznej. To w Lublinie bowiem zadebiutowałem na deskach Teatru im. Osterwy. Zadebiutowałem, to może zbyt duże słowo. Powiedzmy raczej: pojawiłem się na scenie, gdzieś w tle jako jeden z trzech chłopców w „Dwóch teatrach" Jerzego Szaniawskiego. Było to jednak na tyle znaczące, że łyknąłem teatralnego bakcyla. Teatr Osterwy jest dziś pięknie wyremontowany i warto z pewnością go odwiedzić. Jeżeli będzie zamknięty na wakacje, to nic straconego. Trzeba powrócić tu po rozpoczęciu sezonu.

Miejscem, które szczególnie polecam, jest oczywiście lubelska Starówka. Obok niej zamek, który przypomina budowlę z bajki, a skrywa mroczną historię. Nie odwiedzaliśmy go zbyt często, a jako muzeum ma bardzo ciekawe zbiory. To tu m.in. jest słynny obraz Jana Matejki „Unia lubelska".

Kiedy robiło się ciepło, lubiliśmy spacerować na trasie od Bramy Krakowskiej do Ogrodu Saskiego. A do hotelu Lublinianka przy Krakowskim Przedmieściu chodziło się na fajfy. W tym jednym z najbardziej reprezentacyjnych hoteli można było usłyszeć fantastyczną orkiestrę Tadeusza Muncha – klarnecisty z Filharmonii Lubelskiej, który dorabiał tam sobie koncertami wraz ze swoim kwartetem. Wszystkim nam imponował i pamiętam, że bardzo chciałem być podobny do niego. Nie marzyłem oczywiście o saksofonie, bo to był instrument w Polsce zakazany. Wybrałem więc obój, bo bardzo przypominał saksofon. Uznałem, że kiedy po mrocznej epoce stalinizmu nadejdą lepsze czasy, jeżeli będę umiał grać na oboju, szybko przerzucę się na saksofon.

Z Lublinianką mam zresztą i inne wspomnienia. Odwiedzała ją często pani Maria, która kończyła konserwatorium w klasie śpiewu. Przyglądała się, jak z kolegami udajemy orkiestrę (ja grającego na perkusji, a potem na saksofonie), i powiedziała, że mam poczucie rytmu – poradziła zdawać do szkoły muzycznej. Mogę nieśmiało powiedzieć, że miała nosa.

Starówka ożywa latem dzięki festiwalowi sztukmistrzów. Pamiętam też, że było tam chętnie odwiedzane kino. Mieściło się w budynku jednego z najstarszych w Polsce teatrów. Później popadało w ruinę, a w ostatnich latach wypiękniało i po odbudowie wróciło do dawnej funkcji jako Teatr Stary.

—not. Jan Bończa-Szabłowski

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL