Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Film

Niezależność i luz Julie Delpy

Julie Delpy w Berlinie, na Festiwalu Filmowym w 2013 roku z okazji pokazu filmu „Przed północą”
mat. pras.
?W sobotę w Berlinie francuska aktorka i reżyserka Julie Delpy odbierze prestiżową Europejską Nagrodę Filmową za wkład w kinematografię światową.

Trudno w to uwierzyć, ale Julie Delpy zbliża się już do pięćdziesiątki. Zagrała w ponad pięćdziesięciu filmach, wyreżyserowała sześć, zawsze według własnych scenariuszy, do trzech z nich sama napisała muzykę.

Przez te lata przybyło jej trochę centymetrów w talii, ale uśmiecha się stale jak młoda dziewczyna. Jest spontaniczna i pełna wdzięku. Bardzo „francuska” w stylu bycia, mówienia, zachowania. Bezpośrednia, nie uznaje tematów tabu. Opowiada o dzieciach, seksie, karierze.

Żyje ciekawie. Między dwiema kulturami, bo mieszka na stałe w Los Angeles z kompozytorem Markiem Streitenfeldem, z którym ma ośmioletniego syna. A w Europie spędza około czterech miesięcy w roku.

Francuzka w Ameryce

– W Stanach dają mi do zrozumienia, że z moją niezależnością i obcym akcentem zawsze będę outsiderką. We Francji nie mogą mi darować, że mieszkam w Ameryce – śmieje się.

Z jej niechęcią do bankietów, operacji plastycznych i autopromocji nie jest ulubienicą bossów show-biznesu w obu krajach. Ale nie dziwi się: – „Czy jesteś gotowa poświęcić czas na bywanie na lunchach, premierach i bankietach, które ci wskażę?” – pyta agent. „Nie” – odpowiadam. Mnie to nudzi. Mówię, co myślę, niczego nie udaję, nie kamufluję się. A jak mam ochotę się zabawić, bawię się z ludźmi, z którymi dobrze się czuję i z którymi dobrze mi się pije wino.

Jej siłą są: fantazja, luz, poczucie humoru i tolerancja. – Tworząc bohaterów moich filmów, pamiętam, że nikt nie jest doskonały – mówi. – Nigdy nie spotkałam idealnego faceta. Kobiety zresztą też. Ludzie, którzy w pracy chodzą jak w zegarku, często w domu stają się neurotykami nie do wytrzymania. A zimne dranie bywają czułymi altruistami.

Pochodzi z aktorskiej rodziny. Zadebiutowała na ekranie, mając 12 lat. Grała w filmach Jeana-Luca Godarda („Detektyw”, „Król Lear”), Carlosa Saury („Ciemna noc”), Leosa Caraxa („Zła krew”), Bertranda Taverniera („Beatrice”), Volkera Schlöndorffa („Homo Faber”). I nigdy nie była w nich słodką nastolatką.

– Chciałam być aktorką, a nie młodą aktorką – mówi. – Nie wygłupiałam się, nie udawałam beztroskiej osóbki. Nie znoszę sztuczności i fałszu.

Jako osiemnastolatka wyjechała do Stanów, by tam studiować reżyserię, scenariuszopisarstwo i aktorstwo. I została, ale do Europy stale wraca. Sporo tu gra i reżyseruje. W czasie tych powrotów trzykrotnie spotkała się na planie z polskimi reżyserami: Januszem Kijowskim („Tragarz puchu”), Agnieszką Holland („Europa, Europa”) i Krzysztofem Kieślowskim („Biały”). Ale mówi, że w Los Angeles poznała zupełnie inny świat.

– Z daleka wydaje się, że jest pełen fantazji, a naprawdę jest sformalizowany i tradycyjny. Francuzi są romantyczni, więc rozumiem, że szesnastoletni chłopak może zobaczyć dziewczynę przez szybę autobusu, a potem marzyć o niej przez pół życia. Amerykańskie szaleństwa kończą się po wyjeździe z uniwersyteckiego kampusu. Wszyscy wracają do swoich miast i miasteczek, zakładają rodzinę, biorą kredyt na dom i nie pozwalają sobie na ekscesy, które mogłyby zniszczyć ich reputację. To się potem przekłada na życie polityczne.

Kulturowe konfrontacje

O zderzeniu kultury europejskiej i amerykańskiej opowiadała w filmach – tych, w których grała, i w tych, które sama robiła. Rolę życia stworzyła w trylogii Richarda Linklatera. Młoda, spontaniczna, kochająca sztukę Francuzka Celine pierwszy raz spotkała Amerykanina Jessego w 1995 roku w „Przed wschodem słońca”. W Wiedniu przegadali jedną noc, pijąc wino i włócząc się po ulicach.

Umówili się za pół roku. Jednak spotkali się dopiero po dziewięciu latach, w roku 2004 w Paryżu, w „Przed zachodem słońca”, gdy Celine przyszła na promocję książki Jessego. Dawne zauroczenie na chwilę wróciło.

„Przed północą” działo się po kolejnych dziewięciu latach. Marzenia okazały się silniejsze niż odległość i inne życiowe zobowiązania. Celine i Jesse byli razem, mieli dwie córki, choć zachowali inne podejście do świata.

O kulturowych różnicach Julie Delpy opowiadała też we własnych filmach. „2 dni w Paryżu” (2007) i „2 dni w Nowym Jorku” (2012) znów były opowieściami o związku Amerykanina i Francuzki, niemal własnym dziennikiem. Kiedy jej bohaterka Marion żaliła się na ekranie „Mam 38 lat, jestem brzydka, gruba i nikt mnie nie będzie chciał”, to był płacz samej Julie, która po urodzeniu synka wpadła w depresję poporodową. Ojca Marion zagrał tata aktorki. W filmie odbiła się choroba nowotworowa jej matki.

Z tych przeprowadzanych przez Delpy konfrontacji zawsze fajniej wychodzi Europa, choć aktorka jest sprawiedliwa: – Lubię Amerykę i jej energię – przyznaje. – W Los Angeles jest mnóstwo słonecznych dni. A amerykański sen może nie zawsze się spełnia, ale uczy tęsknić.

Czasem żali się na zmaskulinizowany, amerykański przemysł filmowy. Ale walczy, wciąż pozostając wolną, wierną sobie artystką. Wyjątkowo zasługuje na nagrodę, którą przyznała jej Europejska Akademia Filmowa.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL